wtorek, 12 maja 2015

100 dni PO - Rzeczywistość po powrocie - KONIEC.

Hej, cześć i czołem.

a tak żegnał mnie Nowy Jork dnia 30 stycznia 2015
Dzisiaj mija dokładnie 100 dni od kiedy wróciłam do domu. 100 dni, które zamiast stagnacją i 'powrotem do rzeczywistości' (czego obawiałam się w znacznym stopniu), okazały się początkiem zupełnie nowej rewolucji, a przygody tym samym.
Zastanawiałam się, kiedy powinnam napisać tego podsumowującego posta - by już nie cackać się z tematem i za bardzo nie utrzymywać tego bloga sztucznie przy życiu. Jakby nie patrzeć był i jest dla mnie niesamowitą przygodą samą w sobie, ale uważam, że aby przejść dalej, trzeba pewnie tematy zakończyć.
Moje pożegnanie z byciem au pair można podzielić na kilka etapów, a mianowicie:

Moja najwspanialsza Kasiarzyna, która przybyła po mnie
na lotnisko
Początki końca

Będąc jeszcze pełnoetatową au pair, która właśnie skończyła 23 lata i która czuła, że mimo ogromu frajdy i satysfakcji bycia au pair, to pod koniec stycznia wiedziałam, że będę się czuć gotowa by wrócić do domu. Wiele osób z Polski pytało się mnie, dlaczego nie zdecydowałam się zostać - przecież Stany to kraina i mlekiem płynąca.  Tak niedostępna, tak pożądana. Bullshit. To raz.
Po drugie, na moją decyzję złożyło się wiele czynników, które z jednej strony wiązały się z uprzednią realizacją pewnych celów, związanych z przyjazdem (spełnienie 'zawodowe' w kwestii bycia au pair, podszkolenie języka, ukończenie kursów akademickich, poznanie kultury amerykańskiej od środka, nowi znajomi i kontakty, rozwój osobisty) oraz ze sferą osobistą - tęskno mi już było za kilkoma bardzo ważnymi mi osobami (i 4 łapami), a szans na ich przylot do Stanów - brak.

luty 2015: staję się częścią Truchtacz Mysłowice :-)

Travel month

Moja trzytygodniowa wyprawa z plecakiem po Stanach była tak naprawdę zapieczętowaniem całego mojego amerykańskiego rezydowania. Umocniłam się w przekonaniu, że czas najwyższy wracać do domu - byłam po prostu na to gotowa, równocześnie doświadczając niesamowitości Stanów Zjednoczonych. Udało mi się poznać fenomenalnych ludzi z fascynującymi historiami, które jeszcze bardziej natchnęły mnie do kreatywnego działania.
Trudno było mi się rozstać z Kalifornią, która zdawała się wyrażać 'jestem najcudowniejszą krainą pod słońcem' przez każdy nagrzany kamień, czy uderzającą o brzeg falę... a potem Arizoną, ale wiedziałam, że czas najwyższy wracać.

Bieganie udzieliło się nawet Meli.

Welcome to Warsaw

Lądujemy na lotnisku Chopina. Zaczyna padać deszcz ze śniegiem. Jest szaro.
Gdy zobaczyłam swoją przyjaciółkę, a za nią mojego taty, którzy wytrwale czekali na mnie na lotnisku, to wciąż nie docierało do mnie, że już wróciłam. Czułam się tak jakby nie było mnie miesiąc, góra dwa. Nawet, gdy wsiedliśmy do auta i ruszyliśmy po mega burgery wegańskie, za którymi tęskniłam przez ponad rok, to wciąż miałam wrażenie, że nie było mnie w Polsce tylko chwilę. Nadal padał deszcz ze śniegiem, a ja czułam, że jestem w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie.

Home, sweet home.

Odwiedziny Adriana!!!!
Oprócz faktu, że doświadczyłam strasznego jet lag, to muszę przyznać, że proces adaptacji zniosłam całkiem nieźle. Podjęłam decyzję o przystąpieniu do klubu biegowego, gdzie znalazłam ogromne oparcie i zupełnie nowe cele, które w znaczący sposób zaserwowały mi bodźce, które nie pozwoliło mi popaść w marazm po powrocie. Fundowałam sobie (prawie codzienne) przebieżki po lesie i pracowałam nad poprawą kondycji. Obiecałam sobie, że co miesiąc wystąpię w przynajmniej jednej imprezie biegowej. Po 100 dniach stwierdzam, że cel ten zrealizowałam w 200%: bo startuję średnio w 2,a czasami nawet 3 imprezach miesięcznie. Co więcej, mam cudownego partnera do biegania :-)
Tak więc, mogę z czystym sercem stwierdzić, że bieganie było dla mnie swoistym łącznikiem między życiem TAM, a TU. Dzięki niemu moje życie zyskuje nowej jakości na zupełnie odmiennych płaszczyznach.

Marta przylatuje z Arizony do Katowic :-)
Zrobiłam totalne przemeblowanie pokoju - wyrzuciłam wszystkie stare meble i zainwestowałam w mały makeover. Świeżość i dobra energia.

W bardzo szybkim czasie udało mi się znaleźć pracę w szkole językowej i rzuciłam się w wir pracy, który nie pozwolił mi siedzieć na swoich czterech literach i zastanawiać się, co teraz robią moje dzieciaki albo ile bym dała by poszwendać się wybrukowanymi uliczkami Soho...

Z odwiedzinami u Sylwii i Akopa Szóstak we Wrocławiu
Po trzecie, dużo zmian w życiu osobistym i rodzinnym.
Nie będę się nad tym rozwodzić, bo jest pierdyliard czynników i składowych. Problemy i problemiki. Szczęścia mniejsze lub większe. Dużo uśmiechu. Tysiące przejechanych kilometrów. Poznawanie Polski. Aktywne weekendy. Odwiedziny przyjaciół zza Oceanu.
Zupełnie nowa jakość relacji z rodzicami. Nadrabianie zaległości spotkań towarzyskich.



Ależ za tym tęskniłam!!!!!
Podsumowując, mój au pair year był FANTASTYCZNYM przeżyciem i bardzo wartościowym doświadczeniem, które nie tylko pozwoliło mi na poznanie kultury amerykańskiej i podszkolenie języka, ale przede wszystkim poznanie samej siebie. Wróciłam do Polski troszkę odważniejsza, dojrzalsza i może troszkę bardziej niepokorna.

Do decyzji o wyjeździe na rok trzeba dojrzeć - pamiętajmy, to nie takie hop siup. Wiele wyrzeczeń, ciężka praca i naprawdę ostry kop w tyłek. Jednak ...naprawdę warto.
Na teraz znalazłam swój dom - nie wiem, gdzie i kiedy znowu mnie wywieje, ale na dzień dzisiejszy jestem najszczęśliwsza na świecie i w żadnym razie nie żałuję żadnej decyzji, którą podjęłam, a które doprowadziły mnie do tak przeróżnych zakątków świata by ostatecznie móc pisać do Was z Katowic, które stały się moim nowym małym Nowym Jorkiem.
TAKA DUMNA!
Podziękowania

Dziękuję wszystkim czytelnikom za śledzenie mojego bloga, wszystkie ciepłe komentarze i wiadomości, na który próbowałam w miarę możliwości odpisywać. Gdyby nie blog nie poznałabym wielu świetnych ludzi, nie wzięłabym udziału w audycji radiowej, a na pewno pogubiłam się w chaosie tego wszystkiego, co tutaj skrzętnie odnotowywałam.
To była czysta przyjemność prowadzić tego bloga i będę tę całą blogową przygodę bardzo dobrze wspominać.

Dziękuję i trzymajcie się ciepło,
Marta