wtorek, 12 maja 2015

100 dni PO - Rzeczywistość po powrocie - KONIEC.

Hej, cześć i czołem.

a tak żegnał mnie Nowy Jork dnia 30 stycznia 2015
Dzisiaj mija dokładnie 100 dni od kiedy wróciłam do domu. 100 dni, które zamiast stagnacją i 'powrotem do rzeczywistości' (czego obawiałam się w znacznym stopniu), okazały się początkiem zupełnie nowej rewolucji, a przygody tym samym.
Zastanawiałam się, kiedy powinnam napisać tego podsumowującego posta - by już nie cackać się z tematem i za bardzo nie utrzymywać tego bloga sztucznie przy życiu. Jakby nie patrzeć był i jest dla mnie niesamowitą przygodą samą w sobie, ale uważam, że aby przejść dalej, trzeba pewnie tematy zakończyć.
Moje pożegnanie z byciem au pair można podzielić na kilka etapów, a mianowicie:

Moja najwspanialsza Kasiarzyna, która przybyła po mnie
na lotnisko
Początki końca

Będąc jeszcze pełnoetatową au pair, która właśnie skończyła 23 lata i która czuła, że mimo ogromu frajdy i satysfakcji bycia au pair, to pod koniec stycznia wiedziałam, że będę się czuć gotowa by wrócić do domu. Wiele osób z Polski pytało się mnie, dlaczego nie zdecydowałam się zostać - przecież Stany to kraina i mlekiem płynąca.  Tak niedostępna, tak pożądana. Bullshit. To raz.
Po drugie, na moją decyzję złożyło się wiele czynników, które z jednej strony wiązały się z uprzednią realizacją pewnych celów, związanych z przyjazdem (spełnienie 'zawodowe' w kwestii bycia au pair, podszkolenie języka, ukończenie kursów akademickich, poznanie kultury amerykańskiej od środka, nowi znajomi i kontakty, rozwój osobisty) oraz ze sferą osobistą - tęskno mi już było za kilkoma bardzo ważnymi mi osobami (i 4 łapami), a szans na ich przylot do Stanów - brak.

luty 2015: staję się częścią Truchtacz Mysłowice :-)

Travel month

Moja trzytygodniowa wyprawa z plecakiem po Stanach była tak naprawdę zapieczętowaniem całego mojego amerykańskiego rezydowania. Umocniłam się w przekonaniu, że czas najwyższy wracać do domu - byłam po prostu na to gotowa, równocześnie doświadczając niesamowitości Stanów Zjednoczonych. Udało mi się poznać fenomenalnych ludzi z fascynującymi historiami, które jeszcze bardziej natchnęły mnie do kreatywnego działania.
Trudno było mi się rozstać z Kalifornią, która zdawała się wyrażać 'jestem najcudowniejszą krainą pod słońcem' przez każdy nagrzany kamień, czy uderzającą o brzeg falę... a potem Arizoną, ale wiedziałam, że czas najwyższy wracać.

Bieganie udzieliło się nawet Meli.

Welcome to Warsaw

Lądujemy na lotnisku Chopina. Zaczyna padać deszcz ze śniegiem. Jest szaro.
Gdy zobaczyłam swoją przyjaciółkę, a za nią mojego taty, którzy wytrwale czekali na mnie na lotnisku, to wciąż nie docierało do mnie, że już wróciłam. Czułam się tak jakby nie było mnie miesiąc, góra dwa. Nawet, gdy wsiedliśmy do auta i ruszyliśmy po mega burgery wegańskie, za którymi tęskniłam przez ponad rok, to wciąż miałam wrażenie, że nie było mnie w Polsce tylko chwilę. Nadal padał deszcz ze śniegiem, a ja czułam, że jestem w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie.

Home, sweet home.

Odwiedziny Adriana!!!!
Oprócz faktu, że doświadczyłam strasznego jet lag, to muszę przyznać, że proces adaptacji zniosłam całkiem nieźle. Podjęłam decyzję o przystąpieniu do klubu biegowego, gdzie znalazłam ogromne oparcie i zupełnie nowe cele, które w znaczący sposób zaserwowały mi bodźce, które nie pozwoliło mi popaść w marazm po powrocie. Fundowałam sobie (prawie codzienne) przebieżki po lesie i pracowałam nad poprawą kondycji. Obiecałam sobie, że co miesiąc wystąpię w przynajmniej jednej imprezie biegowej. Po 100 dniach stwierdzam, że cel ten zrealizowałam w 200%: bo startuję średnio w 2,a czasami nawet 3 imprezach miesięcznie. Co więcej, mam cudownego partnera do biegania :-)
Tak więc, mogę z czystym sercem stwierdzić, że bieganie było dla mnie swoistym łącznikiem między życiem TAM, a TU. Dzięki niemu moje życie zyskuje nowej jakości na zupełnie odmiennych płaszczyznach.

Marta przylatuje z Arizony do Katowic :-)
Zrobiłam totalne przemeblowanie pokoju - wyrzuciłam wszystkie stare meble i zainwestowałam w mały makeover. Świeżość i dobra energia.

W bardzo szybkim czasie udało mi się znaleźć pracę w szkole językowej i rzuciłam się w wir pracy, który nie pozwolił mi siedzieć na swoich czterech literach i zastanawiać się, co teraz robią moje dzieciaki albo ile bym dała by poszwendać się wybrukowanymi uliczkami Soho...

Z odwiedzinami u Sylwii i Akopa Szóstak we Wrocławiu
Po trzecie, dużo zmian w życiu osobistym i rodzinnym.
Nie będę się nad tym rozwodzić, bo jest pierdyliard czynników i składowych. Problemy i problemiki. Szczęścia mniejsze lub większe. Dużo uśmiechu. Tysiące przejechanych kilometrów. Poznawanie Polski. Aktywne weekendy. Odwiedziny przyjaciół zza Oceanu.
Zupełnie nowa jakość relacji z rodzicami. Nadrabianie zaległości spotkań towarzyskich.



Ależ za tym tęskniłam!!!!!
Podsumowując, mój au pair year był FANTASTYCZNYM przeżyciem i bardzo wartościowym doświadczeniem, które nie tylko pozwoliło mi na poznanie kultury amerykańskiej i podszkolenie języka, ale przede wszystkim poznanie samej siebie. Wróciłam do Polski troszkę odważniejsza, dojrzalsza i może troszkę bardziej niepokorna.

Do decyzji o wyjeździe na rok trzeba dojrzeć - pamiętajmy, to nie takie hop siup. Wiele wyrzeczeń, ciężka praca i naprawdę ostry kop w tyłek. Jednak ...naprawdę warto.
Na teraz znalazłam swój dom - nie wiem, gdzie i kiedy znowu mnie wywieje, ale na dzień dzisiejszy jestem najszczęśliwsza na świecie i w żadnym razie nie żałuję żadnej decyzji, którą podjęłam, a które doprowadziły mnie do tak przeróżnych zakątków świata by ostatecznie móc pisać do Was z Katowic, które stały się moim nowym małym Nowym Jorkiem.
TAKA DUMNA!
Podziękowania

Dziękuję wszystkim czytelnikom za śledzenie mojego bloga, wszystkie ciepłe komentarze i wiadomości, na który próbowałam w miarę możliwości odpisywać. Gdyby nie blog nie poznałabym wielu świetnych ludzi, nie wzięłabym udziału w audycji radiowej, a na pewno pogubiłam się w chaosie tego wszystkiego, co tutaj skrzętnie odnotowywałam.
To była czysta przyjemność prowadzić tego bloga i będę tę całą blogową przygodę bardzo dobrze wspominać.

Dziękuję i trzymajcie się ciepło,
Marta



wtorek, 31 marca 2015

Audycja w Polskim Radiu Katowice



Zapraszam wszystkich do posłuchania audycji w programie 'Trzecia Fala', gdzie Pani Ewelina pozwoli mi podzielić się moją au pairkową historią ze światem :-) 

Audycji  będzie można posłuchać online na:
 www.radio.katowice.pl lub włączając radio na 102.2 FM
dnia 1 kwietnia 2015 (jak mi nie wyjdzie, to będzie, że żart na Prima Aprillis)
o godzinie 19

Będzie mi niezmiernie miło jak posłuchasz!

Dzięki i do usłyszenia jutro :-)



EDIT:


Kochani,
Dziękuję uprzejmie za wszystkie miłe słowa, które docierają do mnie z Europy i Stanów na temat wczorajszej audycji radiowej, w której miałam przyjemność wziąć udział. Czuję się ogromną szczęściarą wiedząc jak wielu niesamowitych ludzi miałam szansę poznać i których pozytywna energia daje mi siły do działania. Dzięki :-)

link do fragmentu audycji z moim udziałem:

wtorek, 17 marca 2015

Travel month - podsumowanie i koszty

Hej wszystkim!

Zabierałam się za napisanie tego posta już od długiego czasu, a Wasze wiadomości/komentarze jeszcze bardziej mnie mobilizowały by znaleźć choć kilka minut by oficjalnie zakończyć opis travel month i napisać małe podsumowanie. Jednak, mnogość spraw na tle osobistym i zawodowym (obiecuję, że któregoś razu jeszcze o tym napomknę) sprawiły, że nie miałam tak naprawdę czasu by złapać więcej niż kilka godzin snu od dobrych dwóch tygodni.
Ale mniejsza o to. Siedzę z kubkiem kawy i z moim kochanym psem - Melą, która w widoczny sposób pokazuje, że to do niej należy moja prywata przestrzeń i do Was piszę.

Travel month - wymarzony plan

Każda osoba, która staje przed wyzwaniem zaplanowania dłuższego/krótszego wyjazdu wakacyjnego, musi zdawać sobie sprawę, że może przynieść to niesamowitą frajdę i satysfakcję, ale na samym początku jest po prostu frustrujące - wszystko zdaje nas przytłaczać, bo nie wiadomo od czego zacząć.
Spokojnie, step by step.

Na początku należy określić swoje priorytety, czyli innymi słowy CO chcemy osiągnąć przez tę naszą podróż. Może chcemy się skupić na poznawaniu kultur, nowych zwyczajów i mnogości różnic, wynikających z nowego miejsca? A może chcemy się odizolować od wszystkiego, skupiając na czystym relaksie z drinkiem pod palemką?

Drugie pytanie - z kim będziemy podróżować. Jest to niesamowicie ważne, bo podróż wygląda zupełnie inaczej, gdy jesteśmy skazani na samych siebie (jesteśmy w ciągłym stanie gotowości), a wtedy, gdy jedziemy w kilka osób. Jeśli dobierzemy te osoby pod kątem wspólnych zainteresowań i OCZEKIWAŃ wobec podróży, to jest ogromna szansa, że spędzimy niesamowite chwile. Naturalnie podzielimy się obowiązkami i w sposób nieunikniony ktoś zostanie liderem, ktoś będzie odpowiedzialny za kreatywne pomysły, a jeszcze ktoś będzie umiał wybrać najciekawsze miejsce na jedzenie, czy wypoczynek.

Trzecie pytanie - jakie jesteśmy w stanie ponieść koszty.
Nie tylko w kwestii pieniędzy, ale również czasu. Zdawajmy sobie sprawę, że obniżenie kosztów wyprawy (np. zakup biletów autobusowych zamiast lotniczych) związane jest z poświęceniem większego czasu nie tylko na samo planowanie, ale również na to jak długo przedostaniemy się z punktu A do B.

Czwarte pytanie - czego chcę się nauczyć podczas mojej podróży?
Ktoś może chce napisać artykuł na temat środowiska homoseksualistów w SF. A może zwiedzić jak największą liczbę stanów? A może w drugą stronę - nie nauczyć się nic, a zresetować mózg.

Piąte pytanie - czego się boję?
Czy są to może gangi w Los Angeles? A może obrzydliwa wątróbka po której zawsze spędzam pół dnia w łazience? A jeśli jest to po prostu strach przed nieznanym? Przed nowościami?
Ja osobiście boję się marnować czas. Od samego początku planowania travel month byłam przerażona tym, że nie zobaczę tego wszystkiego, co bym chciała. Odpowiedziałam sobie na pytanie w czym leży problem i uwaga, zdałam sobie sprawę, że boję się słusznie. Bo NIGDY nie ogarnę wszystkiego, co jest 'najlepsze'. Wtedy też zrozumiałam, że JAKOŚĆ jest o wiele ważniejsza niż ilość zwiedzanych miejsc. Dlatego absolutnie nie podjęłabym się żadnego au pair tours, bo w żadnym wypadku nie pozwoliłoby mi to poznać kulturę i lokalsów z miejsc, w których byłam.

Innymi słowy, im więcej pytań sobie zadamy PRZED wyprawą, tym lepiej. Pozwoli nam to się skonfrontować z tym CO chcemy i następnym krokiem będzie zastanowienie się JAK to osiągnąć.

Jak obniżyć koszty wyprawy?

Dostaję wiele wiadomości ILE powinno się odłożyć na travel month. A ja odpowiadam - nie mam pojęcia.
Każdy inaczej planuje wakacje i ma inne priorytety. Nie jestem w stanie podać określonej sumy pieniędzy, bo w żadnym wypadku nie byłaby adekwatna do tego, co dana osoba zamierza.

Jest jednak kilka sposobów jak obniżyć koszty wyprawy.
1) Planuj wszystko z wyprzedzeniem
Nasze snucie planów o travel month zaczęło się na dobre 8-9 miesięcy przed faktycznym wyjazdem. Jednak, pierwsze rezerwacje (samolot, autobus, hotel) zaczęły się 3 miesiące przed. Pozwoliło to na zaoszczędzenie gigantycznych pieniędzy.

2) Korzystaj z wyszukiwarek (tanie loty, hotele)
Polecam serdecznie kayak.com (loty,samochody, a nawet hotele), hostels.com, bookings.com - z wyprzedzeniem naprawdę znajdziemy super oferty.

3) Alternatywne zakwaterowanie
Mam na myśli couchsurfing.org, airbnb.com, co nie tylko pozwoli na obniżenie kosztów, ale jest to też niesamowita szansa na poznanie świetnych ludzi.

4) Samolot naprawdę taki konieczny?
Oczywiście, jeśli podróżujemy z jednego końca kraju na drugi. Jednak, jeśli potrzebujemy przedostać się z punktu A do B do około 800km, to autobus jest idealnym rozwiązaniem. Co więcej, autobusy nocne nie tylko zabierają nas bezpiecznie do określonego miejsca, ale również sprawiają, że nie musimy martwić się o zakwaterowanie na daną noc.
Polecam: megabus.com, greyhound.com, boltbus.com
Z wyprzedeniem dorwiemy bilety nawet po dolara.

5) Jedzenie - we własnym zakresie
Podczas naszych 3tyg podróży organizowałyśmy się w ten sposób, że każda z nas płaciła po 50% kosztów za jedzenie. Spędzałyśmy średnio 8-10 dolarów na zakupy spożywcze na około 2-3 posiłki. Oczywiście, nie odmawiałyśmy sobie nic na mieście, ale kierowałyśmy się zdrowym rozsądkiem. Biorąc lunch (który był notabene OGROMNY), miałyśmy dodatkową kolację w pudełeczku.
Co więcej, będąc w hotelu i wykupując opcję bufetu na śniadanie możemy sobie spokojnie pozwolić o spakowanie kanapki na lunch. I znowu koszty się obniżają.

6) Transport publiczny
Nogi bolą, a wszędzie daleko. Jest środek dnia. Po co brać taksówkę?
Metro, autobusy, kolejki miejskie ... jest sto rozwiązań, które pozwolą zaoszczędzić koszty.

7) UBER
Uber jest aplikacją na telefon, która pozwala nam na znalezienie osoby skłonnej do przewiezienia nas do punktu docelowego. Cała płatność pobierana jest z naszej karty kredytowej i tym samym nie musimy martwić się o gotówkę.
Wystarczy założyć konto, wprowadzić dane karty i do przodu.
Pierwszy przejazd do $20 jest darmowy.
Sprawdzone i polecam. Relatywnie tanie, wygodne i naprawdę super doświadczenie.

8) Bagaż 
Im mniej bagażu, tym lepiej. Nie tylko nie musimy tego nosić, ale też pozbywamy się pewnego balastu psychicznego - ilość rzeczy przytłacza, a podczas podróży chodzi o poczucie wolności, huh? :-)

Koszty w praktyce - małe zestawienie

Podczas naszych podróży, codziennie robiłyśmy zestawienie tego na co wydałyśmy pieniądze, co w znaczny sposób pozwoliło na utrzymanie kontroli wydatków oraz odłożenie pieniążków na jakieś małe treat'y-cheat'y :-)


Tickets
Plane:
        New York – San Francisco 168.10
Phoenix – Boston 144
Bus:
San Francisco – Los Angeles 26
Los Angeles – San Diego 11
San Diego – Las Vegas 32.50 (+$20)
Las Vegas – Phoenix 23.50
Boston – New York 2.50
=  $ 427.60

Daily expenses

San Francisco & San Mateo = $ 150 (about $ 32/day)

Los Angeles = $ 145 (app. $ 36/day)
W tym $55 za dwie nocy na airbnb

San Diego =  $ 105 (app. $ 35/day)

Las Vegas: $ 100 (app. $ 50/day)
W tym $36 za noc w hotelu.

Phoenix = $ 146 (app. $ 48/day)
W tym paliwo/motel do Grand Canyon - $50

Boston & NYC = $ 133 (app. $ 44 / day)

Tickets: $ 428
Daily expenses:  $ 780
Co łącznie wychodzi około +/- $ 1200 

Uważam, że poniesione koszty to NIC w porównaniu do tego, co udało mi się zobaczyć i przeżyć. Nigdy nie byłam materialistką i nie potrzebuję miliarda par butów, czy innych rzeczy by czuć się szczęśliwą - może też dzięki temu nie wydałam fortuny podróżując. Co więcej, jestem przekonana, że pieniądze to nie tylko środek płatniczy, ale przede wszystkim - środek wymiany ENERGII. Jestem sto razy bardziej skłonna wydać $100 na najdziwniejszy podróżniczy pomysł niż na jakąś pierdołę z markową metką. Oczywiście, jeśli to drugie jest dla kogoś wartością - nie ma sprawy. Jak pisałam, to jest bardzo osobiste i dzielę się z Wami moją opinią.

TYLE.
W końcu napisałam tego posta i mam nadzieję, że Wam to coś pomoże.

Trzymajcie się, a ja lecę biegać.

M.


czwartek, 5 marca 2015

Travel month (6) - Boston & Salem

24 - 26 styczeń 2015
Boston - Salem

Dzień 17: 24 styczęń 2015
Przybywam do Bostonu przed godziną 5 rano. 
Nieświadoma tego, co miało się wydarzyć przez kolejne 24h, biorę swój tobołek, kocyk i ze słuchawkami na uszach kładę się w hali przylotów by móc złapać choć trochę snu. Budzę się po jakiś 20-30 min i spoglądam na pas startowy, który ... jest całkowicie przykryty ogromną warstwą śniegu.
CO?!
Czy to możliwe, że byłam tak wykończona, że zupełnie nie zauważyłam śnieżnego puchu po wylądowaniu? Bzdura! Jak to się w ogóle stało?! Przecież niecałe 15h temu jeździłam sobie konno na pustyni w Arizonie, a teraz przyjdzie mi się zmierzyć z zimową kurtką - witamy w Massachusetts! Jak na podróżnika przystało, przebrałam się w łazience (na lot miałam założone dresy i w żadnym razie nie byłam przygotowana na sprostanie zimowej aurze), wzięłam autobus SL1 silver line na South Station. Stamtąd przeszłam magicznym korytarzem na stację autobusową, gdzie wykorzystując godzinę, którą musiałam poświęcić na czekanie zanim otworzyli przechowalnie bagażu, zjadłam owsiankę z McDonalda (!) i pogadałam z rodzicami na skype, którzy byli chyba bardziej podekscytowani ludźmi, którzy mnie mijali na tym dworcu niż tym, gdzie faktycznie się znajdowałam.
OK. Pozbyłam się bagażu i wyruszyłam w stronę Harvardu, gdzie byłam umówiona z Z. - archeologiem pracującym dla uniwersytetu, który zaoferował się, że pokaże mi kampus i oprowadzi po muzeach. Jako, że był zatrudniony na Harvardzie, wstęp do każdego budynku był bezproblemowy, a za muzea również nic nie zapłaciłam. 
Było fantastycznie. Wszystko pokażę na zdjęciach.

W okolicach 16 wróciłam na centrum, odebrałam swój bagaż i ruszyłam na commuter rail, który miał mnie zabrać do Salem, gdzie znajdowała się moja hostka, z którą mieszkałam przez kolejne kilka dni. Hostka (nazwijmy ją S.) okazała się przesympatyczną dziewczyną, która wraz ze swoim chłopakiem ugościli mnie w swoim domu w Salem - mieście czarownic. Co ciekawe, przy wieczornym winie oraz kosztowaniu najdroższego piwa w Stanach i pogaduchach wyszło na jaw, że ... czarownictwo jest osobną religią w Stanach i S. się nadal z nią utożsamia! Ależ to było ciekawe :-) 

Harvard Square

No i mała przerwa w Starbucksie - bo gdzie indziej, huh?
A poza tym, jak się nie ma telefonu podczas podróży, to jednak dostęp
do internetu jest kluczowy by wyprawa ta okazał się sukcesem

Harvard

z Z. oraz przyjacielem bałwankiem przed pomnikiem Johna Harvarda


Fogg Museum of Art

mój zią!

Sala buddyjska


 a tak wyglądał pierwszy kalkulator

HARVARD LAW SCHOOL !!!
Od razu poczułam się tam taka mądra :D



Marta daje wykład na temat ślunskiego jedzenia na Harvardzie :D


Museum of Natural History



Peabody Museum - autorska wystawa mojego przewodnika


a to już Salem i rarytasowe piwo :-)

S. z chłopakiem i przyjaciółką

a to nasza twórczość po tym jakże dobrym winie i piwie.
Dzień 18: 25 styczeń 2015

Obudziłam się przed południem. Pierwszy raz od roku spałam tak długo. Muszę przyznać, że byłam wykończona - 18 dni w podróży, gdy sen był istnym cudem. A w Salem zostałam tak ciepło przyjęta, nakarmiona, napojona i położona na super wygodnym dmuchanym materacu, gdzie przespałam ponad 13h. 
Po śniadaniu wybraliśmy się z S. do Salem. Odwiedziliśmy witch shops, które stanowiły dla mnie niesamowite przeżycie. Nigdy wcześniej nie widziałam czegoś takiego - tak na serio, tak 'nie-made-in-china'. Na lunch zatrzymałyśmy się w Tavern, gdzie dołączyła do nas przyjaciółka S. Pochodziłyśmy trochę po mieście, a potem wróciłyśmy do domu, gdzie czekał na mnie mail, że ... mój bus trip do NYC został odwołany. Zewsząd dochodziły sygnały o wielkiej zamieci spodziewanej na wschodnim wybrzeżu. No i co robią Amerykanie?
Panikują (oni to interpretują jako 'podjęcie niezbędnych środków bezpieczeństwa') - okazało się, że bus trip Anny również został odwołany. Jednak, mnie udało się przebukować mój, a Anna została na lodzie w Chicago. Udało jej się kupić bilet lotniczy na jeden dzień PRZED planowanym powrotem do Włoch. Nie wspomnę ile musiała za niego zapłacić ... ale nie było wyjścia.
Wróćmy jednak do mnie - udało mi się przebukować bilet na wcześniej, ale tym samym nie miałam zupełnie czasu by pozwiedzać Boston. No trudno - lepiej dotrzeć w jednym kawałku na czas niż potem narobić sobie problemów.

Wieczorem S. zaprosiła znajomych i wszyscy rozmawialiśmy nad zapowiadanymi opadami śniegu. Wtedy też poznałam N., który gdy dowiedział się, że mój bus trip został odwołany (ja oczywiście PANIKA), to powiedział, że jeśli znowu coś stanie na mojej drodze, to my Salem friends postarają się o to bym dotarła do NJ na czas. Milion serduszek ahh. 

Stres. Stres. Stres. 
Czy uda mi się dotrzeć do NJ przed nadejściem śniegu? 




Ołtarzyk w jednym z witch shops


Friendship

Mówi się, że to jest najstarszy dom w Salem i w którym mieszka do tego demon

sklep z różdżkami <mega love>






Dzień 20: 26 styczeń 2015

Pożegnałam się z S. oraz jej chłopakiem, którzy musieli bardzo wcześnie rano wyjść do pracy. Byłam niesamowicie wdzięczna za te kilka dni, które spędziliśmy razem. Jednak, trzeba było wyruszać do domu. Z domku S. odebrał mnie N., z którym wybrałam się najpierw na śniadanie do najbardziej znanej diner w Salem, skrywającej wiele tajemniczych historii ... 
Potem odwiózł mnie na dworzec, a ja udałam się do Bostonu, gdzie na dworcu poznałam Niemkę, wracającą z Kanady i również kierującą się do Nowego Jorku. Wielkim zbiegiem okoliczności wylądowałyśmy w tym samym autobusie. 
Gdy autobus ruszył, mój poziom stresu opadł o połowę. Jednak, wraz z pojawiającymi się płatkami śniegu, poziom ten stopniowo rósł aż do momentu przekroczenia granicy The Bronx - Manhattan. Uwaga, władze miasta zamknęły Manhattan dla samochodów osobowych oraz pojazdów wykorzystywanych w celach prywatnych. Wszystkie sklepiki, kawiarnie były zamknięte. Manhattan był OPUSTOSZAŁY.  Nigdy nie zapomnę tego widoku.
Udało mi się (również cudem) dotrzeć na Penn Station, gdzie zapakowałam się w ostatni (!!!!) pociąg do NJ. O 20 wszystkie pociągi stanęły, a o 22 zamknęli autostrady w stanie NJ i NY. 
Ale ja już byłam bezpieczna. O 19.30 stanęłam na dworcu w Chatham, z którego odebrała mnie moja kochana Magda, która zabrała mnie do swojego domu, gdzie spędziłyśmy kolejne 4 dni. 

Tym wpisem kończę moją relację o travel month. 
Następnym razem obiecuję małe podsumowanie i zestawienie kosztów. Oraz to, co się wydarzyło po moim powrocie do NJ.

Trzymajcie się cieplutko,
M

piątek, 27 lutego 2015

Travel month (5) - Arizona

Cześć i czołem, jedziemy z koksem - zostały już tylko dwa punkty travel month do opisania. Potem będzie zestawienie kosztów i małe podsumowanie. Postaram się również napisać, co u mnie słychać i jak odnalazłam się w polskiej rzeczywistości po powrocie. Uwaga, poszło całkiem nieźle :-)

Arizona 
21 -23 styczeń 2015

21 styczeń 2015
Przybywamy w godzinach porannych na dworzec autobusowy w Phoenix. Słońce jeszcze nie odważyło się zakończyć snu i wciąż było uśpione, gdy jechałyśmy wgłąb miasta w aucie C., z którym udało nam się skontaktować przez CS i który był na tyle uprzejmy, że podrzucił nas do Tempe, a następnie pojechał do pracy by w ostateczności spotkać się z nami w okolicach południa, aby wyruszyć w stronę Sedony. 

Jako, że miałyśmy prawie 6h przed jego przyjazdem, najpierw złapałyśmy trochę snu w Starbucksie, gdzie absolutnie nikt nie zwrócił nam uwagi, że zamówiwszy cup of coffee, rozwaliłyśmy się wygodnie w kącie i po prostu zasnęłyśmy. 

Zebrałyśmy trochę sił i po jakieś godzince wyruszyłyśmy w stronę Downtown Phoenix. Warto było. Pogoda przepiękna - cieplutko i przyjemnie. Za to Phoenix okazało się dla nas zupełnym zaskoczeniem, bo wszystko było tak daleko usytuowane od siebie. Jednak, te główne punkty wyprawy udało się zrealizować, dzięki light train, który dowiózł nas do/z Downtown. 
Około 12-13 dotarłyśmy z powrotem do Tempe, skąd odebrał nas C. i pojechaliśmy. Podróż minęła bardzo przyjemna, a my przynajmniej miałyśmy okazję by znowu trochę się przespać. 

Do Sedony dotarliśmy w okolicach 15-16. Udało się zebrać resztki sił na małą penetrację tego parku narodowego, gdzie mówi się, że istnieją magiczne siły (namely Vortex) i to im przypisałyśmy fakt, że jeszcze miałyśmy jakiekolwiek zasoby energii by wyczołgać się z samochodu po tak ciężkiej nocy w autobusie (podkreślę, że to był nasz drugi nocny bus na przestrzeni 4 dni). Na noc zjechaliśmy do Flagstaff, gdzie zabukowaliśmy dwa pokoje w motelu: jeden dla C. i jeden dla mnie i Anny. Przed położeniem się spać, wybraliśmy się do osławionej browarni w Flagstaff, gdzie miałam ogromną przyjemność by spróbować niesamowitego (!) hamburgera (chyba najlepszego jakiego w życiu jadłam) w towarzystwie niebiańskiego lager'a. Polecam!
Potem był już błogi sen i ładowanie akumulatorów.

spacerki po Phoenix

Heritage Square


w drodze do Sedony


ahhh Sedona, here we come!









bo jestem healthy nut i zamiast frytek zamawiam warzywa na parze haha

22 styczeń 2015
Pobudka po 5. Continental breakfast zgarnięty do samochodu (czyli pączki, suchy tost, dżem i kawa)
Niesamowity niesamowity niesamowity Grand Canyon.
Temperatura -15C, ale nie poddajemy się. Towarzyszą nam sarny, łosie i inne miłe stworzonka.
C. wyrusza na jakiś skomplikowany szlak, a my decydujemy się na opracowanie planu w punkcie informacyjnym i zastanowienie się, co tak naprawdę chcemy zobaczyć.
Zaczynamy od Mather Point, idziemy do Yavapai Point oraz Geology Museum. Mała przerwa w El Tovar Hotel, a stamtąd mamy idealny widok na Bright Angel Trailhead, który w wieku XX był jeszcze własnością prywatną, gdzie trzeba było uiścić opłatę w celu skorzystania ze szlaku. Następnie Trailview Overlook ( widok na zygzakowaty Bright Angel Trailhead. Bierzemy autobus do Maswik Lodge, jemy lunch (lettuce wrap) i wracamy do Visitor’s Center, gdzie miedzy 14-14.30 bylysmy umówione z C.

Wracamy do Phoenix. Cała podróż zajmuje około 4h. Docieramy do miasta i C. podrzuca nas do naszej cudownej hostki z CS, która przyjęła nas bardzo serdecznie i zapewniła nam wszystko, czego byśmy wtedy potrzebowały.























23 styczeń 2015 
Cudem udało się zdarzyć na autobus do centrum Phoenix, gdyż nasza hostka nie założyła, że autobus może przyjechać PRZED czasem i tym samym nasza jazda sportowym mustangiem na przystanek zamieniła się w prawdziwą przygodę. Ale zdążyłyśmy. Zgubiłyśmy buta, potem go znalazłyśmy, ale ostatecznie zdążyłyśmy!
Przesiadłyśmy się następnie na light train, który zabrał Annę pod samo lotnisko i musiałyśmy się pożegnać, gdyż wylatywała do Chicago z samego rana. Ja miałam za to ponad 12h do zagospodarowania jako, że miałam opuścić Arizonę na pokładzie samolotu linii JetBlue dopiero o 22. 

Los mi dopomógł i zesłał mi przekochaną M. - Polkę urodzoną na Alasce, która skontaktowała się ze mną kilka miesięcy przed moim tripem do Arizony i zaproponowała spotkanie. M. odebrała mnie z Tempe i zafundowała mi najbardziej intensywny i jeden z najpiękniejszych dni jakie spędziłam podczas swojego travel month.

Pierwszą atrakcją był jej pomarańczowy wielki wóz (o prześmiewczych tablicach rejestracyjnych 'Tr4kt0R'), którym zabrała mnie na ranczo, skąd wybrałyśmy się na kilkugodzinną przejażdżkę konną po pustyni. Dowiedziałyśmy się co nieco o kaktusach, pogodzie w Arizonie i klanie rodzinnym właścicieli rancha. Troszkę zgłodniałyśmy po całej wycieczce i M. zabrała mnie do meksykańskiej restauracji, gdzie raczyłyśmy się prawdziwymi specjałami tejże kuchni. Potem było Old Town w Scottsdale (tak, tam gdzie był zorganizowany Superbowl :P), Camelback Mountains, a wisieńką na torcie było poznanie polskiej rodziny M. oraz kolacja z jej bratem, skąd wyruszyliśmy prosto na lotnisko, gdzie niestety musiałyśmy się pożegnać.
Nie wiem jak to opisać, ale mam wrażenie, że znamy się z M. od lat stu. Po prostu między nami zakliknęło i sposób w jaki zobaczyłam Arizonę dzięki niej zawsze pozostanie w moim sercu. Mam nadzieję, że choć trochę jej się odwdzięczę, gdy przyleci do Polski i pokażę nasz pikny Ślonsk <yes yes yes M. przylatuje!>

horse-riding !




a mówiąc o lunch'u ...

Scottsdale



marzy mi się mieć tyle nalepek na własnym samochodzie.
Dla niewtajemniczonych: 26.2 to dystans na maraton :-)

Camelback Mountains


Potem było malutkie lotnisko w Phoenix. I wylot do Bostonu, który przywitał mnie zawieją, śniegiem i ... wykładem na Harvardzkim prawie :-)