piątek, 19 września 2014

A na Brooklynie - jak w domu :-)

Brooklyn ... Brooklyn. 
Jakie są Wasze pierwsze skojarzenia? Są one pozytywne, czy raczej negatywne?
Co tak naprawdę wiemy o Brooklynie z perspektywy osoby mieszkającej w Europie?

Muszę przyznać, że przed przylotem do Stanów moja wiedza o tejże dzielnicy (borough) Nowego Jorku ograniczała się wyłącznie do stereotypów, które próbowałam zweryfikować na podstawie kilku filmów, piosenek i innych wymysłów mediów masowych. Totalna ignorancja, prawda?
Na szczęście podróże i samo życie bardzo szybko zweryfikowało moje braki, tym samym pozwalając na poznanie wielu części Brooklynu z zupełnie różnymi ludźmi, a każdy z inną historią i bagażem życiowym, co tym samym pozwoliło na zachłyśnięcie się tymże zróżnicowanym etnicznie miejscem.

Moja pierwsza wyprawa na Brooklyn mocno zapadła mi w pamięć. Było to dokładnie 17 stycznia, gdy po raz pierwszy sama wybrałam się do Nowego Jorku, a moja hostka mieszkała po drugiej stronie East River. Wtedy to też pomyliłam linie metra i przez pomyłkę wylądowałam na Greenpoincie, który okazał się bardziej polski niż amerykański. Podczas tamtych kilku dni wielokrotnie zdumienie odbierało mi język w gębie - byłam zszokowana ilością ortodoksyjnych żydowskich rodzin, których wielkie vany okupowały wszystkie parkingi w okolicy. Innym razem nie mogłam wydobyć z siebie słowa po zjedzeniu najlepszej pizzy swojego życia, popijając prawdziwym brooklyńskim IPA.

Jednak, tego postu nie mam zamiaru poświęcić swoim przemyśleniom dotyczącym Brooklynu i jak niesamowitym jest on miejscem - na to przyjdzie jeszcze czas. Tym razem chcę Wam trochę opowiedzieć o ostatniej sobocie, gdy robiąc rzeczy 'zwykłe' na Brooklynie sprawiliśmy, że uśmiechy nie schodziły nam z twarzy. Były nawet łzy. Ale łzy szczęścia :-)

Dzień zaczął się dość wcześnie by móc wyjść z domu o 6.50, kiedy to umówiłam się z Magdą, że razem złapiemy autobus do Newark, a stamtąd weźmiemy PATH (rodzaj pociągu) na Manhattan. Pomimo tego, że ta opcja jest nieco dłuższa (i bardziej niebezpieczna w godzinach nocnych), to jest znacznie tańsza niż podróż pociągiem ($2.90 za autobus + $2.50 za PATH, czyli $5.40, gdy bilet na pociąg to koszt $10), a jako, że nasze fundusze po wakacjach są mocno ograniczone, to trzeba było się poświęcić.
Oczywiście, nie obyło się bez przygód od samego rana, gdyż jako, że nikt normalny nie bierze autobusu do najgorszego miasta w NJ przed 7 rano, to autobus przyjechał na przystanek o ponad 5 min za wcześnie i tym samym stojąc na przejściu dla pieszych zorientowałyśmy się co się dzieje i mądra Marta wyskoczyła na środek drogi, nerwowo gestykulując i próbując zwrócić na siebie uwagę kierowcy. Nie powiem, że było to mądre posunięcie, ale nie chcąc czekać godziny na kolejny autobus, zdecydowałam się zrobić z siebie debila i ... poskutkowało! Pani kierowca zjechała na bok i mogłyśmy spokojnie wsiąść i przez kolejne 5 minut wrzucać nasze miedziaki do maszyny z biletami. O dziwo, nikt nie okazał poirytowania naszym tempem - wręcz przeciwnie! Na kolejnym przystanku wszyscy się ustawili grzecznie w kolejkę i czekali aż uda nam się w końcu okiełznać tę maszynę haha.
Magda usypiając powolutku w PATH

cudownie niewyraźna z samego rana w nowojorsk
Podróż do Newark zajęła około godziny. Potem znalazłyśmy platform H, gdzie w ostatniej chwili wsiadłyśmy do pociągu w kierunku Journal Square (Jersey City), a stamtąd przesiadłyśmy się w kierunku 14th Street, gdzie udałyśmy się w stronę metra, a dokładnie w poszukiwaniu linii F by móc dostać się na Bryant Park i wziąć pociąg linii D, który dowiózł nas bezpiecznie pod sam Yankee Stadium.
Podsumowując: 5 różnych środków transportu publicznego. Czas: 3 h 20.
Warto było poświęcić tyle czasu by przemieścić się z naszego poczciwego (i bezpiecznego) Chatham na Bronx. Nie powiem, że powtórzyłabym tak długą wyprawę po raz kolejny, ale jednorazowo jest to naprawdę ciekawe doświadczenie.

Pierwszy punkt: Bronx


na Bronxie nie zabawiliśmy długo.
Zimno. Wszystko pozamykane. Sezon baseballowy na finiszu,
to i tłumów brak.


po lewej stronie znajdował się mały skwarek zieleni.
Dowiedziałyśmy się, że przynajmniej 2-3 razy w ciągu dnia zostaje tam ktoś
okradziony/pobity/zgwałcony.
Milutko. Od razu odechciało się mi się spacerów w tamtej okolicy ...
polecam przewodniki z serii NFT (not for tourists) -
tutaj byliśmy na etapie planowania CO/GDZIE/JAK
i nawet prawdziwy Nowojorczyk skorzystał z sugestii z magicznej książeczki!
pamiątkowa fota pod stadionem być musi!

Punkt drugi: Greenpoint


Po 3 przesiadkach z Bronx'u w końcu dotarliśmy na Greenpoint

Z ŻYCIA WZIĘTE!!! :D

po tak długiej podróży umieraliśmy z głodu i zdecydowaliśmy się na lunch
w osławionej Łomżyniance.
Z zewnątrz wygląda to naprawdę przeciętnie (nawet bardzo przeciętnie),
ale nie dajcie się zwieść - jedzenie było fantastycznie.
Obsługa bardzo cienka - no, ale że to określę 'typowo po polsku'

haha, nie ma to jak prawdziwy żur po 8 miesiącach z dala od domu

niby trochę kiczu, ale muszę przyznać, że lokal był naprawdę przytulny

a to nasze łzy i wzruszenie na widok schabowego hahahaha

a po jedzonku udaliśmy się w stronę McCarren Park.
Zrobiłam to zdjęcie, bo w życiu nie widziałam tak ogromnego skupiska
hipsterów w jednym miejscu :O

tak bardzo hamerykańsko ... a w tle cerkiew.

słodki pyszczolek :-)
W Stanach bardzo często można spotkać specjalne wybiegi dla psów w parkach,
gdzie nasi podopieczni mogą się ze sobą pobawić.

a tu Farmers' Market


Przechadzając się po Greenpoincie, zatrzymaliśmy się na dłużej przy ogromnym boisku
(a raczej dobrze zagospodarowanej przestrzeni po-industrialnej)
i Adrian oznajmił, że to czas najwyższy by pograć trochę w kosza. 

Co jak to w kosza?! - pomyśłałam - przecież nie mamy piłki!
I w tym momencie Adrian wyjmuje piłkę z pompką ze swojego plecaka
i po 3 minutach gramy!!!!


zaczęło się porządnie chmurzyć i postanowiliśmy, że wrócimy do serca Greenpoint'u.

omomomon 
a tu mały drop-in do polskiej cukierni :-)
I oczywiście - prince polo smakuje najlepiej, gdy się nim dzieli!

po przepysznych słodkich croissantach rozpadało się na dobre i postanowiliśmy,
że przeczekamy w Macu przy kawie za dolara.




w drodze do Williamsburga udało nam się natrafić na hipster market :D

to była dopiero sensacja:
toi-toi + stacja sanitarna z kranem/środkiem dezynfekującym przed każdą budką
Punkt trzeci: Williamsburg


deszczowo, ale nie dajemy się - widok na Williamsburg Bridge










bardzo ciekawe graffiti, które symbolizuje pracę imigrantów
w fabryce cukru, którą zrównano z ziemią i tym samym pozbawiono
pracy tysiące ludzi.


Williamsburg ... 

Coś niesamowitego. Szarość. Deszcz. Post-industrialne budynki. Znowu szarość.
I nagle kolorowe graffiti.
Albo kolorowe wyszydełkowane (!!!) napisy



no i wracamy spacerkiem na Manhattan.
Williamsburg Bridge - kwintesencja Nowego Jorku jak dla mnie.
Ale to już zupełnie inna historia :-)






Dodaj napis

no i jesteśmy znowu na Manhattanie!

udało nam się natrafić na festyn w Little Italy
(coś związanego z jakimś świętym)

znowu jedzenie ... i znowu miliard kalorii.


A tak poza tym co u mnie? Wszystko w jak najlepszym porządku. Ten tydzień jest wyjątkowo pracowity i zaczynam mocno odczuwać codzienne wstawanie o 5.45 ... Ale jutro już sobota i myślę tylko o tym jak będę mogła sobie wyjść i spokojnie przebiec upragnione 7 mil. Przypominam - do kolejnego maratonu tylko 9 tygodni !!!!!

Trzymajcie się słonecznie,
Marta