piątek, 27 lutego 2015

Travel month (5) - Arizona

Cześć i czołem, jedziemy z koksem - zostały już tylko dwa punkty travel month do opisania. Potem będzie zestawienie kosztów i małe podsumowanie. Postaram się również napisać, co u mnie słychać i jak odnalazłam się w polskiej rzeczywistości po powrocie. Uwaga, poszło całkiem nieźle :-)

Arizona 
21 -23 styczeń 2015

21 styczeń 2015
Przybywamy w godzinach porannych na dworzec autobusowy w Phoenix. Słońce jeszcze nie odważyło się zakończyć snu i wciąż było uśpione, gdy jechałyśmy wgłąb miasta w aucie C., z którym udało nam się skontaktować przez CS i który był na tyle uprzejmy, że podrzucił nas do Tempe, a następnie pojechał do pracy by w ostateczności spotkać się z nami w okolicach południa, aby wyruszyć w stronę Sedony. 

Jako, że miałyśmy prawie 6h przed jego przyjazdem, najpierw złapałyśmy trochę snu w Starbucksie, gdzie absolutnie nikt nie zwrócił nam uwagi, że zamówiwszy cup of coffee, rozwaliłyśmy się wygodnie w kącie i po prostu zasnęłyśmy. 

Zebrałyśmy trochę sił i po jakieś godzince wyruszyłyśmy w stronę Downtown Phoenix. Warto było. Pogoda przepiękna - cieplutko i przyjemnie. Za to Phoenix okazało się dla nas zupełnym zaskoczeniem, bo wszystko było tak daleko usytuowane od siebie. Jednak, te główne punkty wyprawy udało się zrealizować, dzięki light train, który dowiózł nas do/z Downtown. 
Około 12-13 dotarłyśmy z powrotem do Tempe, skąd odebrał nas C. i pojechaliśmy. Podróż minęła bardzo przyjemna, a my przynajmniej miałyśmy okazję by znowu trochę się przespać. 

Do Sedony dotarliśmy w okolicach 15-16. Udało się zebrać resztki sił na małą penetrację tego parku narodowego, gdzie mówi się, że istnieją magiczne siły (namely Vortex) i to im przypisałyśmy fakt, że jeszcze miałyśmy jakiekolwiek zasoby energii by wyczołgać się z samochodu po tak ciężkiej nocy w autobusie (podkreślę, że to był nasz drugi nocny bus na przestrzeni 4 dni). Na noc zjechaliśmy do Flagstaff, gdzie zabukowaliśmy dwa pokoje w motelu: jeden dla C. i jeden dla mnie i Anny. Przed położeniem się spać, wybraliśmy się do osławionej browarni w Flagstaff, gdzie miałam ogromną przyjemność by spróbować niesamowitego (!) hamburgera (chyba najlepszego jakiego w życiu jadłam) w towarzystwie niebiańskiego lager'a. Polecam!
Potem był już błogi sen i ładowanie akumulatorów.

spacerki po Phoenix

Heritage Square


w drodze do Sedony


ahhh Sedona, here we come!









bo jestem healthy nut i zamiast frytek zamawiam warzywa na parze haha

22 styczeń 2015
Pobudka po 5. Continental breakfast zgarnięty do samochodu (czyli pączki, suchy tost, dżem i kawa)
Niesamowity niesamowity niesamowity Grand Canyon.
Temperatura -15C, ale nie poddajemy się. Towarzyszą nam sarny, łosie i inne miłe stworzonka.
C. wyrusza na jakiś skomplikowany szlak, a my decydujemy się na opracowanie planu w punkcie informacyjnym i zastanowienie się, co tak naprawdę chcemy zobaczyć.
Zaczynamy od Mather Point, idziemy do Yavapai Point oraz Geology Museum. Mała przerwa w El Tovar Hotel, a stamtąd mamy idealny widok na Bright Angel Trailhead, który w wieku XX był jeszcze własnością prywatną, gdzie trzeba było uiścić opłatę w celu skorzystania ze szlaku. Następnie Trailview Overlook ( widok na zygzakowaty Bright Angel Trailhead. Bierzemy autobus do Maswik Lodge, jemy lunch (lettuce wrap) i wracamy do Visitor’s Center, gdzie miedzy 14-14.30 bylysmy umówione z C.

Wracamy do Phoenix. Cała podróż zajmuje około 4h. Docieramy do miasta i C. podrzuca nas do naszej cudownej hostki z CS, która przyjęła nas bardzo serdecznie i zapewniła nam wszystko, czego byśmy wtedy potrzebowały.























23 styczeń 2015 
Cudem udało się zdarzyć na autobus do centrum Phoenix, gdyż nasza hostka nie założyła, że autobus może przyjechać PRZED czasem i tym samym nasza jazda sportowym mustangiem na przystanek zamieniła się w prawdziwą przygodę. Ale zdążyłyśmy. Zgubiłyśmy buta, potem go znalazłyśmy, ale ostatecznie zdążyłyśmy!
Przesiadłyśmy się następnie na light train, który zabrał Annę pod samo lotnisko i musiałyśmy się pożegnać, gdyż wylatywała do Chicago z samego rana. Ja miałam za to ponad 12h do zagospodarowania jako, że miałam opuścić Arizonę na pokładzie samolotu linii JetBlue dopiero o 22. 

Los mi dopomógł i zesłał mi przekochaną M. - Polkę urodzoną na Alasce, która skontaktowała się ze mną kilka miesięcy przed moim tripem do Arizony i zaproponowała spotkanie. M. odebrała mnie z Tempe i zafundowała mi najbardziej intensywny i jeden z najpiękniejszych dni jakie spędziłam podczas swojego travel month.

Pierwszą atrakcją był jej pomarańczowy wielki wóz (o prześmiewczych tablicach rejestracyjnych 'Tr4kt0R'), którym zabrała mnie na ranczo, skąd wybrałyśmy się na kilkugodzinną przejażdżkę konną po pustyni. Dowiedziałyśmy się co nieco o kaktusach, pogodzie w Arizonie i klanie rodzinnym właścicieli rancha. Troszkę zgłodniałyśmy po całej wycieczce i M. zabrała mnie do meksykańskiej restauracji, gdzie raczyłyśmy się prawdziwymi specjałami tejże kuchni. Potem było Old Town w Scottsdale (tak, tam gdzie był zorganizowany Superbowl :P), Camelback Mountains, a wisieńką na torcie było poznanie polskiej rodziny M. oraz kolacja z jej bratem, skąd wyruszyliśmy prosto na lotnisko, gdzie niestety musiałyśmy się pożegnać.
Nie wiem jak to opisać, ale mam wrażenie, że znamy się z M. od lat stu. Po prostu między nami zakliknęło i sposób w jaki zobaczyłam Arizonę dzięki niej zawsze pozostanie w moim sercu. Mam nadzieję, że choć trochę jej się odwdzięczę, gdy przyleci do Polski i pokażę nasz pikny Ślonsk <yes yes yes M. przylatuje!>

horse-riding !




a mówiąc o lunch'u ...

Scottsdale



marzy mi się mieć tyle nalepek na własnym samochodzie.
Dla niewtajemniczonych: 26.2 to dystans na maraton :-)

Camelback Mountains


Potem było malutkie lotnisko w Phoenix. I wylot do Bostonu, który przywitał mnie zawieją, śniegiem i ... wykładem na Harvardzkim prawie :-)

środa, 18 lutego 2015

Travel month (4): Nevada - Las Vegas

19 - 20 stycznia 2015  Las Vegas

19 stycznia
5 rano. Anna i Marta przybywają do Las Vegas. No i co my mamy zrobić? Jesteśmy na dworcu autobusowym (oddalone od wszystkiego), mega zmęczone i zupełnie zdezorientowane, gdyż nasz check-in w hotelu miał się zacząć dopiero o 15, a transport publiczny zdawał się nie być zbyt przyjazny pod kątem rozkładu o tak wczesnej porze. Czułyśmy się jakby nie było planu wyjścia – tylko zimna ławka na dworcu i bezdomni, którzy zdawali się być naszym jedynym towarzystwem.
Jednak, po godzinnej drzemce, wzięłyśmy się w garść i postanowiłyśmy działać. O 6 rano złapałyśmy taksówkę, która zabrała nas pod Palace Station, który miał się stać naszym azylem na kolejne dwa dni. Ku naszej uciesze, okazało się, że taksówka nie była wcale taka droga – zapłaciłyśmy $10 na głowę (włączając w to napiwek). Podchodzimy do rejestracji i słyszymy pytanie ‘Are you here for the check-in?’, a my potrząsamy głowami z nadzieją, że uda się nagiąć zasady i otrzymamy klucze do pokoju ponad 8h przed faktycznym check-in’em. Cholerka, udało się! Dostajemy klucze i bierzemy windę na 15 piętro.

Hotel okazuje się OGROMNY. Kasyno, kompleks basen-siłownia, ponad 1700 pokoi. Nasz pokój to istny luksus, a widok z okna – marzenie. Przecieramy oczy z niedowierzania. Czy naprawdę udało nam się zabukować noc w tym niesamowitym hotelu za ledwie $35 na osobę? YES!!!!!

Tak więc. Była drzemka, siłownia i śniadanie. Udałyśmy się na I piętro, gdzie znajdował się bufet, za który zapłaciłyśmy $8 za osobę - zjadłyśmy pożywne śniadanie, a na lunch zapakowałyśmy sobie kanapki. Dzięki temu udało się za tą sumę zorganizować dwa posilki. Odpoczęłyśmy i nacieszyłyśmy się, że w końcu mamy swoją własną przestrzeń. Wierzcie mi, po 10 dniach ‘surfowania’ i spania u kogoś, miło było w końcu być w swoim własnym pokoju.

Zrobiłyśmy mały research i okazało się, że jeśli weźmiemy autobus lokalny (zaledwie 10min spacerkiem od naszego domu), to dotrzemy pod sam znak ‘Welcome to Fabulous Las Vegas’ za jedyne $2 zamiast płacić $6 za autobus, który jest najbardziej popularny wśród turystów, zmierzających na Strip.

Zaczęłyśmy od południowej części Strip'u (Las Vegas Blvd) i LV sign, który jakoś niespecjalnie przypadł mi do gustu. Za to zupełnie pochłonęła mnie energia Strip’u, gdzie każdy kolejny hotel zdawał się być bardziej majestatyczny i wypasiony od poprzedniego. Moim ulubieńcem był Ceasar’s Palace, a Anny – Bellagio, gdzie obejrzałyśmy pokaz fontann, który był fantastyczny !!! Cały spacer zajął nam ponad 6h i po powrocie do hotelu, poszłyśmy spać (ale czad co? Być w Vegas i iść spaść przed północą bez jakichkolwiek szaleństw :P).

Pokój numer 1501 - home, sweet home? (at least temporarily!) 

Widok z naszego okna - widzimy Stratosphere


a to już lobby

casino - uwaga, już od godziny 9 rano siedzieli tam 'stali bywalcy',
których należy rozumieć jako stare babunie z papierosem w ustach i drinkiem,
przepitych (bądź po ciężkiej nocy) 'dżentelmenów' i tego typu elity.






















Przepyszne gelato z Bellagio <3
(to jest mała porcja! A ledwo potrafiłyśmy to zjeść we dwie)









20 stycznia 2015
Wyspać się. Cel nadrzędny.
Potem check-out o 12. Ogarniamy swoje sprawy, zwiedziamy Stratospherę.
Bierzemy dwa autobusy na dworzec Greyhound’a. Zero problemów.

Czas na Arizonę.

zaczynamy od śniadania
(piszę to 3 tyg po powrocie ze Stanów i usycham z tęsknoty za bekonem :( )

a to jakże paskudna kanapka, gorąca czekolada i granola bar
w formie 'kolacji' przed odjazdem autobusu.

Opuszczamy Miasto Świateł.
Goodbye Las Vegas. Welcome Arizona.