San Francisco 8 –
12 stycznia 2015
8 stycznia 2015.
I stało się. Moja
kariera au pairki została oficjalnie zakończona.
Mimo tego, że już
w poniedziałkowe popołudnie przeprowadziłam się do pokoju gościnnego (mój stary
pokój musiał przejść generalne porządki przed przybyciem nowej au pair), to
wciąż nie dochodziło mnie, że mój rok jako au pair ma się ku końcowi. Nawet
obudziwszy się w mroźny czwartkowy poranek, cały czas miałam wrażenie, że to
przecież normalny dzień pracy. A przecież nie mogłam się ]bardziej
mylić! Jako, że nocowała u mnie Anna, postanowiłyśmy, że wstaniemy o 6 i na
spokojnie przygotujemy się do podróży. Ogromnym zbiegiem okoliczności okazało
się, że mój bliski znajomy jedzie na Brooklyn i zaoferował nam podwózkę pod
samo JFK! Dzięki temu zaoszczędziłyśmy masę nerwów, których przysporzyłby nam
NJ transit, nowojorskie metro oraz airtrain oraz prawdopodobny ból gardła i
wyziębienie organizmu jako, że na dworze temperatura wahała się między -16C, a
-18C.
Gdy przygotowywałyśmy
śniadanie (oczywiście musiały to być bagle J), to do kuchni weszła moja hostka, która
mnie wyściskała i powiedziała, że już nie mogą się doczekać jak wrócę za 3 tyg!
Potem na dół zszedł mój młody, który w całkowitej ciszy skonsumował śniadanie,
a potem ujawnił swoją emocjonalną stronę i przydreptał do mnie do salonu, gdzie
siedziałam sobie spokojnie na kanapie z kubkiem kawy, oglądając wariacki taniec
wiatru, który z zaskakującą łatwością łamał gałęzie masywnego klonu w naszym
ogrodzie. Młody spojrzał za okno, obrócił się do mnie i rozpłakał mi się na
ramieniu, mówiąc, że będą tęsknić i że mam wrócić. Wrócę. Na chwilę, ale wrócę J
Następnie
pożegnałam się z młodą, której zrobiłam niespodziankę czekając aż wstanie, bo
poprzedniej nocy powiedziałam, że będziemy wyjeżdżać na lotnisko o 5 rano. W
rzeczywistości opuściłyśmy dom w okolicach 8 by wsiąść do wygodnego Forda,
którym dostaliśmy się przez Staten (Satan?!) Island oraz Brooklyn na JFK.
Podróż zajęła około 1.5h i byłam zaskoczona faktem, że praktycznie w ogóle nie
staliśmy w korkach. Na lotnisku wszystko bez problemów, a w południe byłyśmy
już wysoko na niebie, co w końcu uświadomiło mi, że po pracowitym roku, mamy
zasłużone wakacje, które staną się przygodą naszego życia.
San Francisco
przywitało nas słońcem i temperaturą 16C, która w moim umyśle była
zarezerwowana na początek marca w klimacie umiarkowanym, a nie na początek
stycznia! Ale cóż, Kalifornia.
Wydostałyśmy się
z lotniska w ekspresowym tempie – najpierw wzięłyśmy airtrain, kursujący między
terminalami lotniska, by dostać się na stację BART’u (lokalnego pociągu), który
bezpiecznie dowiózł nas na Civic Center, skąd ruszyłyśmy piechotką do domu
naszego hosta, mieszkającego zaledwie 10min od City Hall (Ratusza). Nasz host
(nazwijmy go ‘K.’) okazał się mega pozytywnym gościem z zamiłowaniem do sztuki
(grał na kontrabasie, pianinie oraz był zakochany w balecie!), który nie tylko
sprawił, że poczułyśmy się jak w domu, ale również zabrał nas wieczorową porą
na pierwszy spacer po San Francisco. Nie mając żadnego pojęcia o topografii
miasta, zaufałyśmy naszemu przewodnikowi, co zaowocowało bardzo długim spacerem
przez Hayes Valley, Castro (znane jako mekka dla homoseksualistów) oraz
Mission, dokąd weszliśmy przez Dolores Park, skąd rozpościerał się iście
zabójczy widok na miasto, a w powietrzu unosił się wszechobecny zapach
marihuany. Dotarliśmy do Taquerias El Farolito – miejsca bardzo dobrze znanego
mieszkańcom SF, którzy po szaleństwach pór nocnych, szukają ukojenia w
wypełnionej hiszpańskim jazgotem knajpce, serwującej jedne z lepszych burrito w
mieście (które można zjeść nawet z ‘głową wołową’, czy ‘językiem’. Zanim
wróciliśmy do domu, zrobiliśmy jeden przystanek w ulubionym barze K., gdzie
poznaliśmy jego znajomych (między innymi piękną japońską baletnicę) oraz
wypiliśmy City IPA - naprawdę warto!
 |
| Goodbye JFK, welcome SFO! |
 |
| Nowy Jork z lotu mechanicznego ptaka :-) |
9 stycznia 2015
Po względnym
ogarnięciu się, zjedzeniu śniadania oraz spakowaniu prowiantu na cały dzień,
zamknęłyśmy za sobą drzwi i wyruszyłyśmy na podbój San Francisco, który
zaczęłyśmy od długiego spaceru na 1618 Haight Street, gdzie miałyśmy wynająć
rowery. W drodze do wypożyczalni, praktycznie na każdym kroku można było
spotkać osobę a) chorą psychicznie b) bezdomną c) na haju d) naćpaną albo
a),b),c),d) razem wzięte. Zostałyśmy nawet zaatakowane przez jakąś chorą babę,
która natarła na nas jak rozwścieczony byk na torreadora, bo rzekomo
zniszczyłyśmy jej życie. Nawet mnogość kolorów, zapachów (z przewagą marihuany
oczywiście) oraz emocji nie pozwoliła zatrzeć pewnego dziwnego odczucia względem
San Francisco i ludzi, których całkowicie pochłonął klimat miasta.
OK. Rowery
wypożyczone. Zadeklarowałyśmy się, że oddamy je na Fisherman’s Wharf po wyjściu
z promu, ale w praktyce zatrzymałyśmy je na cały dzień, co w sumie wyniosło $25
(wspomniałyśmy, że jesteśmy studentkami i obniżono nam cenę). Uderzyłyśmy w
pedały naszych miejskich rowerów tuż po godzinie 10 rano i ruszyłyśmy przed
siebie. Musnęłyśmy Golden Gate Park i za Convervatory of Flowers (masywny biały
budynek na samym początku parku) skręciłyśmy w stronę Presidio. Nie obyło się
bez upadków, stromych podjazdów, kilku siniaków oraz pięknych widoków.
Gdy naszym oczom
ukazał się Golden Gate Bridge, poczułyśmy TO. Jesteśmy w Kalifornii. Jesteśmy w
San Francisco.
Most okazał się
jeszcze piękniejszy i bardziej monumentalny niż sobie wyobrażałam. Co więcej,
wcale nie było tłoczno i tym samym na spokojnie mogłyśmy przejechać przez jeden
z najbardziej znanych mostów świata. Gdy dotarłyśmy na drugą stronę,
skierowałyśmy się ku Sausalito, skąd wzięłyśmy prom do Ferry Building,
usytuowanego na początku Fisherman’s Wharf. Tam też zadecydowałyśmy, że
zatrzymamy rowery i po poinformowaniu o tym obsługi, nie tylko dostałyśmy
dodatkowe zapięcia do rowerów (które okazały się mega pomocne w późniejszym
czasie), ale również całą listę rad na temat rodzaju hamburgera oraz kruchości
frytek w In-N-Out Burgers, gdzie zamierzałyśmy zjeść z Anną lunch. Obiło nam
się o uszy, że to jedyny taki fast food, gdzie naprawdę można zjeść prawdziwego
burgera. Nie jestem fanką fast food’ów, ale chciałam potraktować to jako nowe
doświadczenie. I warto było!
Po chwili odpoczynku
i zjedzonym lunch’u, rzuciłyśmy sobie wyzwanie – wjeżdżamy na Hyde Street. Tak,
to jest TA ulica. Oczywiście, w 1/3 drogi musiałyśmy zejść z rowerów, bo podejście
było tak strome, że wydawało się, iż trzeba będzie skorzystać z Cable Cars,
które miałyby zawieźć nas na samą górę. Jednak, nie poległyśmy i udało nam się
dotrzeć na sam szczyt. Stamtąd szybciutko na Lombard Street, a w drodze do
Chinatown zahaczyłyśmy jeszcze o uroczą kawiarnie, że po raz pierwszy w swojej
amerykańskiej karierze wypiłam kawę ze szklanki (cóż za przeżycie). Dzień
szybko zleciał i zanim się zorientowałyśmy, musiałyśmy odwieźć rowery na Haight
Street, co oznaczało, że droga powrotna do domu zapowiadała się pieszo. W ciągu
45 min zostałyśmy chyba z 15 razy zaczepione przez ludzi, którzy mamrocząc
‘marihuana’ bądź ‘drugs’ sprawili, że w mojej głowie San Francisco na zawsze
zostanie bardzo specyficznym miejscem. Zrobiłyśmy małe zakupy spożywcze,
przyrządziłyśmy kolację oraz przygotowałyśmy plan na dzień kolejny i … po
pełnym wrażeń dniu położyłyśmy się spać.
 |
| zaczynamy naszą rowerową przygodę |
 |
| Golden Gate Park |
 |
| jesteśmy na dobrej drodze do celu do ... |
 |
| obezwładniającego Golden Gate Bridge |
 |
| a to już widok z drugiej strony |
 |
| głupiutkie minki i sto milionów selfies |
 |
| a takie cudo czekało na nas za mostem |
 |
| Dodaj napis |
 |
| Sausalito |
 |
| widok z promu - Alcatraz Island |
 |
| Fisherman's Wharf |
 |
| Fisherman's Wharf |
 |
| sea lions - Fisherman's Wharf |
 |
| In-N-Out Burgers |
 |
| osławiona Hyde Street |
 |
| Lombard Street |
 |
| Lombard Street |
 |
| zabójcze San Francisco |
 |
Przerwa w jednej z okolicznych kawiarni.
Pierwszy raz wypiłam kawę ze szklanego kubka *.* (ależ przeżycie !!!) |
 |
| Chinatown |
 |
| Chinatown |
 |
| komuś grzybki halucynki? |
10 stycznia 2015
City Hall.
Godzina 9:15 rano. Dwie polskie au pairki – K. oraz O., z którymi udało się
zgadać dnia poprzedniego by wspólne pozwiedzać San Francisco. Zaczęłyśmy od
spaceru pod Painted Ladies, robiąc sobie małą przerwę na magiczne
cappuccino (lub/oraz ciasto) w bardzo klimatycznej miejscówce Century Cafe,
gdzie kelnerki zdają się nie znać pojęcia kiczu, a całe miejsce ma dziwnie
nostalgiczną aurę. Przeszłyśmy się przez CAŁY Golden Gate Park, czego
zwieńczeniem było przywitanie się z Pacyfikiem na Ocean Beach. Stamtąd też
wzięłyśmy autobus do domu by móc spakować rzeczy, pożegnać się z hostem i
wyruszyć znowu w drogę. Tym razem do San Mateo.
Jedyną
możliwością dostania się transportem publicznym do tejże miejscowości z centrum
San Francisco jest tak zwany Caltrain, który w przeciągu 35-40 min dowiózł nas
bezpiecznie na miejsce. W drodze dostałyśmy wiadomość od naszego hosta
(nazwijmy go ‘NB’), że nie ma go w domu, ale mamy się o nic nie martwić, bo
zostawił nam klucze w określonym miejscu i mamy się dobrze bawić, a on sam
wróci dopiero dnia następnego w południe. Ręka, noga, mózg na ścianie. Ze
świadomością, że czeka nas czysty chill out tego wieczoru, ruszyłyśmy z naszymi
tobołkami przed siebie, co było widokiem komicznym, ale prawdziwym. W międzyczasie zgubiłyśmy drogę, bo telefon Anny się
rozładował, a kompletnie wypadło nam z głowy by wydrukować sobie mapkę. Ale
nic, w końcu udało się dostać na podany adres. Była pizza, piwo oraz Big Bang
theory. Super wieczór.
 |
| przepyszne millordzie! |
 |
| Painted Ladies |
 |
| magiczne San Francisco |
 |
| Japanese Garden - Golden Gate Park |
 |
| Golden Gate Park |
 |
| Golden Gate Park |
 |
| Golden Gate Park |
 |
| piękny piesełę na Ocean Beach |
 |
Niesamowita sprawa - tata zabrał córeczkę na plażę, wzięli wiaderko i zbierali śmieci na plaży. Całemu procesowi towarzyszył wykład na temat poszanowania naszej planety i braku odpowiedzialności części społeczeństwa. |
 |
| Przywitanie z oceanem. Anna |
 |
| Italian-Polish love in SF. |
 |
| gdzież ta Polsza?! Nie widać jej w oddali ... |
 |
Babski wieczór w San Mateo A piwo było jakieś koreańskie, bo jedynym otwartym sklepem w okolicy był azjatycki supermarket :D |
11 stycznia 2015
Hello San Mateo!
Z samego rana postanowiłam wybrać się na krótki bieg, co w znaczący sposób
utwierdziło mnie w przekonaniu, że okolica jest idyllą dla ludzi, szukających
spokoju oraz wytchnienia od szalonego San Francisco.
12 stycznia 2015 kierunek: LA!
Opuszczamy San
Mateo. Nasz host był na tyle uprzejmy, że podwiózł nas do San Francisco (jadąc prawie 90mph na autostradzie, co sprawiło, że byłam już pogodzona z perspektywą śmierci :P), skąd
miałyśmy autobus do LA.
I tutaj zaczęły się prawdziwe schody. CDN
Aaaaaaaale relacja ! Czekam na drugą część ! :)))))
OdpowiedzUsuńEj, jak chcesz Teslę, to przyjedź do Norwegii - co drugi samochód to Tesla :D A obecnie można kupić ją stosunkowo tanio bo pokolenie ludzi Iphonów jest największą grupą która ten samochód posiada :D I tak, dwa lata temu wyszła pierwsza partia Tesli za milion a w zeszłym wyszła druga "ulepszona" wersja, która tak naprawdę jest identyczna z tą pierwszą ale nagle na aukcjach zaroiło się od ogłoszeń "Sprzedam Teslę 1", bo wszyscy zapragnęli mieć Teslę 2 :D I tym sposobem, roczną Teslę można już kupić za 400 tysięcy :D Więc jakby co, to zastanów się nad Norwegią :D
:O JADĘ TAM. PO TESLĘ.
UsuńA może po prostu by Cię w końcu zobaczyć?! :D
Genialne zdjęcia :) Jak zwykle można było się poczuć jak by się tam było.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam mega pozytywnie
Paweł Ty to jesteś mega pozytywny człowiek :-)
Usuń*o* przepiękne zdjęcia, aż samemu chce się tam być!
OdpowiedzUsuńA postawa hosta z San Mateo rozwaliła mnie na łopatki :D taka wielka ufność ludziom; macie klucze, ja wracam jutro po południu i heja banana :D
Dokladnie. Za to kocham Couchsurfing. Ale nie zawsze jest tak kolorowo :> zobaczysz w LA!
UsuńBombowa relacja! Z niecierpliwością czekam na część 2! :D
OdpowiedzUsuńbedzie 2, 3, 4 ... lol
UsuńYaaay! :D hahaha
UsuńTo chyba nie piłaś nigdy Latte w Cheescake Factory :P
OdpowiedzUsuńSuper, czekam na kolejne posty!:)
Swoją drogą, mogłabyś zdradzić ile mniej więcej trzeba przygotować na takiego tripa w Kalifornii? Nie licząc lotów, tylko same wydatki na miejscu. Planuję coś w ten deseń na swój travel month:) I pasowałoby zacząć oszczędzać!:)
Cheesecake Factory na zawsze będzie mi się kojarzyć z imprezami okolicznościowymi haha
UsuńPewnie. Planuję opublikować kilka postów dot. mojego travel month, a potem zrobić podsumowanie. A całość będzie zakończona takim sporym podsumowaniem całego roku i KONIEC. Zamykam pewien rozdział i zawieszam bloga :)
Dziękuję, że dzięki Tobie przeniosłam się raz jeszcze do jednego z moich najulubieńszych miejsc na Ziemii!
OdpowiedzUsuńKalifornia to czysta magia, prawda?
UsuńOh szkoda ze nie udalo nam sie spotkac. Ale bardzo sie ciesze ze 'moja' czesc Kalifornii Cie urzekla:)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam serdecznie!!!