środa, 4 lutego 2015

Travel Month (1) - California: San Francisco

San Francisco 8 – 12 stycznia 2015
8 stycznia 2015.

I stało się. Moja kariera au pairki została oficjalnie zakończona.

Mimo tego, że już w poniedziałkowe popołudnie przeprowadziłam się do pokoju gościnnego (mój stary pokój musiał przejść generalne porządki przed przybyciem nowej au pair), to wciąż nie dochodziło mnie, że mój rok jako au pair ma się ku końcowi. Nawet obudziwszy się w mroźny czwartkowy poranek, cały czas miałam wrażenie, że to przecież normalny dzień pracy. A przecież nie mogłam się ]bardziej mylić! Jako, że nocowała u mnie Anna, postanowiłyśmy, że wstaniemy o 6 i na spokojnie przygotujemy się do podróży. Ogromnym zbiegiem okoliczności okazało się, że mój bliski znajomy jedzie na Brooklyn i zaoferował nam podwózkę pod samo JFK! Dzięki temu zaoszczędziłyśmy masę nerwów, których przysporzyłby nam NJ transit, nowojorskie metro oraz airtrain oraz prawdopodobny ból gardła i wyziębienie organizmu jako, że na dworze temperatura wahała się między -16C, a -18C.

Gdy przygotowywałyśmy śniadanie (oczywiście musiały to być bagle J), to do kuchni weszła moja hostka, która mnie wyściskała i powiedziała, że już nie mogą się doczekać jak wrócę za 3 tyg! Potem na dół zszedł mój młody, który w całkowitej ciszy skonsumował śniadanie, a potem ujawnił swoją emocjonalną stronę i przydreptał do mnie do salonu, gdzie siedziałam sobie spokojnie na kanapie z kubkiem kawy, oglądając wariacki taniec wiatru, który z zaskakującą łatwością łamał gałęzie masywnego klonu w naszym ogrodzie. Młody spojrzał za okno, obrócił się do mnie i rozpłakał mi się na ramieniu, mówiąc, że będą tęsknić i że mam wrócić. Wrócę. Na chwilę, ale wrócę J

Następnie pożegnałam się z młodą, której zrobiłam niespodziankę czekając aż wstanie, bo poprzedniej nocy powiedziałam, że będziemy wyjeżdżać na lotnisko o 5 rano. W rzeczywistości opuściłyśmy dom w okolicach 8 by wsiąść do wygodnego Forda, którym dostaliśmy się przez Staten (Satan?!) Island oraz Brooklyn na JFK. Podróż zajęła około 1.5h i byłam zaskoczona faktem, że praktycznie w ogóle nie staliśmy w korkach. Na lotnisku wszystko bez problemów, a w południe byłyśmy już wysoko na niebie, co w końcu uświadomiło mi, że po pracowitym roku, mamy zasłużone wakacje, które staną się przygodą naszego życia.

San Francisco przywitało nas słońcem i temperaturą 16C, która w moim umyśle była zarezerwowana na początek marca w klimacie umiarkowanym, a nie na początek stycznia! Ale cóż, Kalifornia.
Wydostałyśmy się z lotniska w ekspresowym tempie – najpierw wzięłyśmy airtrain, kursujący między terminalami lotniska, by dostać się na stację BART’u (lokalnego pociągu), który bezpiecznie dowiózł nas na Civic Center, skąd ruszyłyśmy piechotką do domu naszego hosta, mieszkającego zaledwie 10min od City Hall (Ratusza). Nasz host (nazwijmy go ‘K.’) okazał się mega pozytywnym gościem z zamiłowaniem do sztuki (grał na kontrabasie, pianinie oraz był zakochany w balecie!), który nie tylko sprawił, że poczułyśmy się jak w domu, ale również zabrał nas wieczorową porą na pierwszy spacer po San Francisco. Nie mając żadnego pojęcia o topografii miasta, zaufałyśmy naszemu przewodnikowi, co zaowocowało bardzo długim spacerem przez Hayes Valley, Castro (znane jako mekka dla homoseksualistów) oraz Mission, dokąd weszliśmy przez Dolores Park, skąd rozpościerał się iście zabójczy widok na miasto, a w powietrzu unosił się wszechobecny zapach marihuany. Dotarliśmy do Taquerias El Farolito – miejsca bardzo dobrze znanego mieszkańcom SF, którzy po szaleństwach pór nocnych, szukają ukojenia w wypełnionej hiszpańskim jazgotem knajpce, serwującej jedne z lepszych burrito w mieście (które można zjeść nawet z ‘głową wołową’, czy ‘językiem’. Zanim wróciliśmy do domu, zrobiliśmy jeden przystanek w ulubionym barze K., gdzie poznaliśmy jego znajomych (między innymi piękną japońską baletnicę) oraz wypiliśmy City IPA - naprawdę warto!

Goodbye JFK, welcome SFO!

Nowy Jork z lotu mechanicznego ptaka :-)

9 stycznia 2015
Po względnym ogarnięciu się, zjedzeniu śniadania oraz spakowaniu prowiantu na cały dzień, zamknęłyśmy za sobą drzwi i wyruszyłyśmy na podbój San Francisco, który zaczęłyśmy od długiego spaceru na 1618 Haight Street, gdzie miałyśmy wynająć rowery. W drodze do wypożyczalni, praktycznie na każdym kroku można było spotkać osobę a) chorą psychicznie b) bezdomną c) na haju d) naćpaną albo a),b),c),d) razem wzięte. Zostałyśmy nawet zaatakowane przez jakąś chorą babę, która natarła na nas jak rozwścieczony byk na torreadora, bo rzekomo zniszczyłyśmy jej życie. Nawet mnogość kolorów, zapachów (z przewagą marihuany oczywiście) oraz emocji nie pozwoliła zatrzeć pewnego dziwnego odczucia względem San Francisco i ludzi, których całkowicie pochłonął klimat miasta.

OK. Rowery wypożyczone. Zadeklarowałyśmy się, że oddamy je na Fisherman’s Wharf po wyjściu z promu, ale w praktyce zatrzymałyśmy je na cały dzień, co w sumie wyniosło $25 (wspomniałyśmy, że jesteśmy studentkami i obniżono nam cenę). Uderzyłyśmy w pedały naszych miejskich rowerów tuż po godzinie 10 rano i ruszyłyśmy przed siebie. Musnęłyśmy Golden Gate Park i za Convervatory of Flowers (masywny biały budynek na samym początku parku) skręciłyśmy w stronę Presidio. Nie obyło się bez upadków, stromych podjazdów, kilku siniaków oraz pięknych widoków.
Gdy naszym oczom ukazał się Golden Gate Bridge, poczułyśmy TO. Jesteśmy w Kalifornii. Jesteśmy w San Francisco.

Most okazał się jeszcze piękniejszy i bardziej monumentalny niż sobie wyobrażałam. Co więcej, wcale nie było tłoczno i tym samym na spokojnie mogłyśmy przejechać przez jeden z najbardziej znanych mostów świata. Gdy dotarłyśmy na drugą stronę, skierowałyśmy się ku Sausalito, skąd wzięłyśmy prom do Ferry Building, usytuowanego na początku Fisherman’s Wharf. Tam też zadecydowałyśmy, że zatrzymamy rowery i po poinformowaniu o tym obsługi, nie tylko dostałyśmy dodatkowe zapięcia do rowerów (które okazały się mega pomocne w późniejszym czasie), ale również całą listę rad na temat rodzaju hamburgera oraz kruchości frytek w In-N-Out Burgers, gdzie zamierzałyśmy zjeść z Anną lunch. Obiło nam się o uszy, że to jedyny taki fast food, gdzie naprawdę można zjeść prawdziwego burgera. Nie jestem fanką fast food’ów, ale chciałam potraktować to jako nowe doświadczenie. I warto było!

Po chwili odpoczynku i zjedzonym lunch’u, rzuciłyśmy sobie wyzwanie – wjeżdżamy na Hyde Street. Tak, to jest TA ulica. Oczywiście, w 1/3 drogi musiałyśmy zejść z rowerów, bo podejście było tak strome, że wydawało się, iż trzeba będzie skorzystać z Cable Cars, które miałyby zawieźć nas na samą górę. Jednak, nie poległyśmy i udało nam się dotrzeć na sam szczyt. Stamtąd szybciutko na Lombard Street, a w drodze do Chinatown zahaczyłyśmy jeszcze o uroczą kawiarnie, że po raz pierwszy w swojej amerykańskiej karierze wypiłam kawę ze szklanki (cóż za przeżycie). Dzień szybko zleciał i zanim się zorientowałyśmy, musiałyśmy odwieźć rowery na Haight Street, co oznaczało, że droga powrotna do domu zapowiadała się pieszo. W ciągu 45 min zostałyśmy chyba z 15 razy zaczepione przez ludzi, którzy mamrocząc ‘marihuana’ bądź ‘drugs’ sprawili, że w mojej głowie San Francisco na zawsze zostanie bardzo specyficznym miejscem. Zrobiłyśmy małe zakupy spożywcze, przyrządziłyśmy kolację oraz przygotowałyśmy plan na dzień kolejny i … po pełnym wrażeń dniu położyłyśmy się spać.

zaczynamy naszą rowerową przygodę

Golden Gate Park

jesteśmy na dobrej drodze do celu do ... 

obezwładniającego Golden Gate Bridge

a to już widok z drugiej strony

głupiutkie minki i sto milionów selfies



a takie cudo czekało na nas za mostem

Dodaj napis


Sausalito 

widok z promu - Alcatraz Island

Fisherman's Wharf

Fisherman's Wharf

sea lions - Fisherman's Wharf


In-N-Out Burgers

osławiona Hyde Street

Lombard Street 

Lombard Street

zabójcze San Francisco

Przerwa w jednej z okolicznych kawiarni.
Pierwszy raz wypiłam kawę ze szklanego kubka *.* (ależ przeżycie !!!)

Chinatown

Chinatown

komuś grzybki halucynki?

10 stycznia 2015
City Hall. Godzina 9:15 rano. Dwie polskie au pairki – K. oraz O., z którymi udało się zgadać dnia poprzedniego by wspólne pozwiedzać San Francisco. Zaczęłyśmy od spaceru pod Painted Ladies, robiąc sobie małą przerwę na magiczne cappuccino (lub/oraz ciasto) w bardzo klimatycznej miejscówce Century Cafe, gdzie kelnerki zdają się nie znać pojęcia kiczu, a całe miejsce ma dziwnie nostalgiczną aurę. Przeszłyśmy się przez CAŁY Golden Gate Park, czego zwieńczeniem było przywitanie się z Pacyfikiem na Ocean Beach. Stamtąd też wzięłyśmy autobus do domu by móc spakować rzeczy, pożegnać się z hostem i wyruszyć znowu w drogę. Tym razem do San Mateo.
Jedyną możliwością dostania się transportem publicznym do tejże miejscowości z centrum San Francisco jest tak zwany Caltrain, który w przeciągu 35-40 min dowiózł nas bezpiecznie na miejsce. W drodze dostałyśmy wiadomość od naszego hosta (nazwijmy go ‘NB’), że nie ma go w domu, ale mamy się o nic nie martwić, bo zostawił nam klucze w określonym miejscu i mamy się dobrze bawić, a on sam wróci dopiero dnia następnego w południe. Ręka, noga, mózg na ścianie. Ze świadomością, że czeka nas czysty chill out tego wieczoru, ruszyłyśmy z naszymi tobołkami przed siebie, co było widokiem komicznym, ale prawdziwym. W międzyczasie zgubiłyśmy drogę, bo telefon Anny się rozładował, a kompletnie wypadło nam z głowy by wydrukować sobie mapkę. Ale nic, w końcu udało się dostać na podany adres. Była pizza, piwo oraz Big Bang theory. Super wieczór.

przepyszne millordzie!


Painted Ladies

magiczne San Francisco

Japanese Garden - Golden Gate Park

Golden Gate Park

Golden Gate Park

Golden Gate Park

piękny piesełę na Ocean Beach

Niesamowita sprawa - tata zabrał córeczkę na plażę, wzięli wiaderko
i zbierali śmieci na plaży. Całemu procesowi towarzyszył wykład na temat
poszanowania naszej planety i braku odpowiedzialności części społeczeństwa.

Przywitanie z oceanem. Anna

Italian-Polish love in SF.

gdzież ta Polsza?! Nie widać jej w oddali ...

Babski wieczór w San Mateo
A piwo było jakieś koreańskie, bo jedynym otwartym sklepem w okolicy
był azjatycki supermarket :D


11 stycznia 2015
Hello San Mateo! Z samego rana postanowiłam wybrać się na krótki bieg, co w znaczący sposób utwierdziło mnie w przekonaniu, że okolica jest idyllą dla ludzi, szukających spokoju oraz wytchnienia od szalonego San Francisco.
Nasz host wrócił po lunch’u i od razu zapakowaliśmy się w jego pick-up’a i pojechaliśmy nad ocean. Wspomniałam NB, że dużo się nasłuchałam o Mavericks i czy nie byłoby szansy zobaczenia miejsca, gdzie można surfować na jednych z największych fal w Kalifornii. Nie tylko tam pojechaliśmy, ale również zadecydowaliśmy, że wieczorem obejrzymy film ‘Chasing Mavericks’, który pomógł nam zrozumieć kalifornijski sposób myślenia oraz na czym tak naprawdę polega sens surfowania. Podsumowując, dzień spędziliśmy nad oceanem by następnie udać się do samego serca Doliny Krzemowej, gdzie na kolorowych rowerkach zwiedziliśmy kompleks Google. Wieczorem była włoska kolacja i totalne ‘dolce far niente’.

urocze San Mateo; tak różne od SF
 
Pakujemy się w pick-up'a i w drogę!


Pierwszy przystanek: Mavericks

ja z naszym hostem, dywagujemy nad sensem istnienia :>


urokliwe miejsca w Half Moon Bay



ależ będę tęsknić za tą szaloną dziewczyną :-)

chwila kontemplacji
Silicon Valley - Google!

oczywiście nie mogliśmy się powstrzymać i nie skorzystać z okazji by
przejechać się magicznymi rowerkami :>

Tesla - też chcę!
12 stycznia 2015 kierunek: LA!
Opuszczamy San Mateo. Nasz host był na tyle uprzejmy, że podwiózł nas do San Francisco (jadąc prawie 90mph na autostradzie, co sprawiło, że byłam już pogodzona z perspektywą śmierci :P), skąd miałyśmy autobus do LA.

I tutaj zaczęły się prawdziwe schody. CDN

14 komentarzy:

  1. Aaaaaaaale relacja ! Czekam na drugą część ! :)))))
    Ej, jak chcesz Teslę, to przyjedź do Norwegii - co drugi samochód to Tesla :D A obecnie można kupić ją stosunkowo tanio bo pokolenie ludzi Iphonów jest największą grupą która ten samochód posiada :D I tak, dwa lata temu wyszła pierwsza partia Tesli za milion a w zeszłym wyszła druga "ulepszona" wersja, która tak naprawdę jest identyczna z tą pierwszą ale nagle na aukcjach zaroiło się od ogłoszeń "Sprzedam Teslę 1", bo wszyscy zapragnęli mieć Teslę 2 :D I tym sposobem, roczną Teslę można już kupić za 400 tysięcy :D Więc jakby co, to zastanów się nad Norwegią :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :O JADĘ TAM. PO TESLĘ.
      A może po prostu by Cię w końcu zobaczyć?! :D

      Usuń
  2. Genialne zdjęcia :) Jak zwykle można było się poczuć jak by się tam było.

    Pozdrawiam mega pozytywnie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Paweł Ty to jesteś mega pozytywny człowiek :-)

      Usuń
  3. *o* przepiękne zdjęcia, aż samemu chce się tam być!
    A postawa hosta z San Mateo rozwaliła mnie na łopatki :D taka wielka ufność ludziom; macie klucze, ja wracam jutro po południu i heja banana :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokladnie. Za to kocham Couchsurfing. Ale nie zawsze jest tak kolorowo :> zobaczysz w LA!

      Usuń
  4. Bombowa relacja! Z niecierpliwością czekam na część 2! :D

    OdpowiedzUsuń
  5. To chyba nie piłaś nigdy Latte w Cheescake Factory :P

    Super, czekam na kolejne posty!:)
    Swoją drogą, mogłabyś zdradzić ile mniej więcej trzeba przygotować na takiego tripa w Kalifornii? Nie licząc lotów, tylko same wydatki na miejscu. Planuję coś w ten deseń na swój travel month:) I pasowałoby zacząć oszczędzać!:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cheesecake Factory na zawsze będzie mi się kojarzyć z imprezami okolicznościowymi haha

      Pewnie. Planuję opublikować kilka postów dot. mojego travel month, a potem zrobić podsumowanie. A całość będzie zakończona takim sporym podsumowaniem całego roku i KONIEC. Zamykam pewien rozdział i zawieszam bloga :)

      Usuń
  6. Dziękuję, że dzięki Tobie przeniosłam się raz jeszcze do jednego z moich najulubieńszych miejsc na Ziemii!

    OdpowiedzUsuń
  7. Oh szkoda ze nie udalo nam sie spotkac. Ale bardzo sie ciesze ze 'moja' czesc Kalifornii Cie urzekla:)
    Pozdrawiam serdecznie!!!

    OdpowiedzUsuń