czwartek, 24 lipca 2014

to extend or not to extend - that is the question

Pozwoliłam sobie na odwołanie się w tytule notki do jednej z najbardziej znanych sztuk Shakespeare'a, gdyż mimo całkowicie odmiennego kontekstu i historii - oboje bohaterowie (czyt. Hamlet po jednej stronie balustrady i przeciętnego wzrostu blondynka zza oceanu po drugiej) zmagają się z nie lada zadaniem. Oboje szargani różnymi wątpliwościami muszą podjąć decyzję.
Obie te decyzje nie mają ze sobą nic wspólnego oprócz tego, że dla jednej i drugiej postaci jest to jedna z najtrudniejszych decyzji, z jaką kiedykolwiek dane było się zmagać.

Zostawię Hamleta w spokoju (niech sobie biedaczek trochę odpocznie, bo w końcu i tak dużo można o nim usłyszeć/przeczytać) i przejdę do tego jaką decyzję podjęłam ja.

Gdy w maju (!) moja LCC zadała mi magiczne pytanie Are you extending with the same family? dostałam jak obuchem w głowę. Bo po prostu nie znałam odpowiedzi i nie spodziewałam się, że zacznie mi to zaprzątać głowę już po 4 miesiąc w Stanach.
Tak! Nie! Tak, ale na 9 miesięcy. Nie nie ... Wolałabym na 6, bo wrócę na wakacje. Nie, raczej nie zostanę. Tak, w zupełności!
Z myślami biłam się przez ponad 2 miesiące, a mój mózg wręcz dymił się od momentu, gdy moja hostka ponowiła to pytanie pod koniec czerwca. Zabolało mnie tylko to, że zadała mi to pytanie przez sms'a, a jako, że telefon leżał na stole w kuchni ... magiczne pytanie odczytał mi mój chłopiec i wpatrzony we mnie zapytał się Marta, will you stay?
Nie w taki sposób wyobrażałam sobie poruszenie tego tematu z hostami, więc poprosiłam hostkę o rozmowę i obiecałam, że dam jej odpowiedź przed końcem lipca.

Rozmowa miała miejsce we wtorek, gdy dziadkowie wyjechali, a dzieciaki były rozsiane po playdate'ach i obozach. Doszłam do wniosku, że poczekam na tę rozmowę do momentu jak wyjadą dziadkowie, bo nie chciałam być w żadnej mierze żadną sensacją, co do swojej decyzji.

Znacie metodę 'sandwich'? Polega to na tym, że Amerykanie bardzo lubią zaczynać rozmowę od dobrej informacji, przechodzą przez to najgorsze, a na koniec dodają coś wesolutkiego i milutkiego. Podam przykład.
Hi, how are things? Isn't the weather gorgeous? I am sure you are gonna go fishing this weekend, you'd love it! Listen, we won't be able to do lunch tomorrow. Maybe we can grab some coffee next week and then you will tell me how awesome fishing went? 

Stosując się do tej strategii zaczęłam rozmawiać z hostką, która wieczorem przyszła do ogrodu, gdzie byłam całkowicie pochłonięta jakimś durnym odcinkiem Simpsonów, i spytała, czy to odpowiedni czas na rozmowę.
Jasne, że tak. Let's start.
Powiedziałam jej wszystko, co leżało mi na sercu - zaczęłam od tego, że podziękowałam jej za danie mi szansy pobytu w Stanach, który jest wciąż nierzeczywisty. Ostatnie 6 miesięcy były pełne wyzwań, przygód, nowych znajomych i wycieczek oraz podróżą w głąb samej siebie. Wiem, że bardzo udało mi się zmienić (mam nadzieję, że na lepsze hihi) i te miesiące ciężkiej pracy nie tylko zaowocowały zmianą nawyków na lepsze (w kwestii jedzenia, czy sportu), ale również sprawiły, że nie wyobrażam sobie teraz być au pairką innych dzieciaków niż moje. Początki były strasznie trudne, ale niezłomność i cierpliwość sprawiły, że z potworkami jesteśmy jedną drużyną i co więcej, często spędzam z nimi swój czas wolny, bo po prostu sprawia mi to przyjemność.
Jednakże, jest kilka spraw, które sprawiają, że musiałam rozważyć powrót do PL po moim au pair year. Mimo tego, że PL to nie jest kraj dobrobytu jakim jest USA i generalnie trudniej jest o pracę, czy dostęp do wszelakich narzędzi rozwoju - wiem czego chcę od życia i wiem też, że uda mi się to osiągnąć w Europie. Nie wiem, czy w PL, bo nie sądzę, żebym wytrzymała tam długo, ale na pewno gdzieś w świecie. Po to w końcu tu przyjechałam, tak? By się zdefiniować.
Ponadto, w PL są ludzie, których potrzebuję i którzy potrzebują mnie. A po drugie, jest też pyszne jedzenie, które tym bardziej MNIE potrzebuje lol.
A tak poważnie - rok bycia au pairką wystarczy. Wiem, że jestem dobra w tym co robię, ale wiem też, że to nie jest to, co chcę robić przez dodatkowe 6-9-12 miesięcy. Poza tym, byłam już dwukrotnie au pairką i wystarczy mi już tego doświadczenia na całe życie :)

Podsumowując - NIE PRZEDŁUŻAM i wracam na ziemie polskie na przełomie stycznia/lutego.

A jakie pozytywne zakończenie?
Że mam przed sobą jeszcze 6-7 miesięcy w Stanach, które zamierzam wykorzystać do cna. Podróże podróżami (chcę już swoje upragnione wakacje!), ale stawiam przede wszystkim na rozwój osobisty, zbieranie inspiracji i pomysłów na przyszłość.
Do tego, mam już całą listę miejsc, które koniecznie muszę jeszcze odwiedzić w Nowym Jorku i które nie dają mi spać po nocach ...
Nie odbierzcie tego źle - jestem najszczęśliwszą osobą na świecie mogąc być tu, ale ja nie potrafię usiedzieć na jednym miejscu zbyt długo. Zawsze skończę to, co zaczęłam, ale poważnie się zastanowię za każdym razem, gdy coś ma trwać dłużej niż przewidywano.

Tyle, żegnam się i wracam do au pairkowych obowiązków!

Buziaki,
Marta


wtorek, 22 lipca 2014

Wizyta dziadkow - Sleepover - Dzien tylko dla mnie - Decyzja

Zeszły tydzień był nie tylko bardzo udany, ale był też jednym z tych najlepszych za sprawą dziadków dzieciaków, którzy przyjechali do nas z Karoliny Południowej swoim lśniącym BMW. Początkowo obawiałam się, że będą również tacy 'żyletowaci' jak moja hostka - czyli wszystko super fajnie, ale dyscyplina musi być, a robota zrobiona od A do Z. A tu się okazało, że starszy pan, do którego dzieciaki zwracają się per Papap oraz starsza pani, czyli Nona - są tak wyluzowanymi i kochanymi ludźmi, że na myśl tego, że dzisiaj w nocy wyjeżdżają - moje serce krwaaaawi, bo ...

1) W ostatnim tygodniu wszystko było łatwiejsze - dziadkowie mają super wpływ na dzieciaki (o dziwo, wcale ich nie rozpieszczają) i podzieliliśmy się obowiązkami, co sprawiło, że miałam mniej pracy. Jednak, wielkim minusem było to, że mój schedule nie istniał, bo dziadkowie po prostu nie wiedzieli co będą robić do ostatniej chwili. Tym samym nie mogłam zaplanować weekendu, bo była możliwość, że będę wtedy pomagać dziadkom.

2) Czułam się bardziej jako członek rodziny niż przez pół roku tutaj. Nie zrozumcie mnie źle - mam super rodzinkę, ale oni po prostu dają mi jasno do zrozumienia, że potrzebują czasu dla siebie i jak już coś się ciekawego dzieje, to oni idą swoją drogą, a ja swoją.
A w zeszłym tygodniu robiliśmy wszystko wspólnie. Było dużo ciekawych rozmów, wspólnych zabaw oraz głupotki na basenie. A z tym ostatnim to też była cała historia, bo mimo tego, że miałam wolne, to zgodziłam się w piątek wziąć Maddie do Michael's (ogromny sklep z przyborami do różnego rodzaju craft'u) i zaproponowałam też jej babci by z nami pojechała. Zrobiłam małej przysługę, a ona kompletnie tego nie potrafiła docenić i powiedziałam, że na żaden basen nie pojadę, bo po prostu na to nie zasłużyła (mimo tego, że w głębi duszy nie pragnęłam niczego bardziej niż chill'u na basenie, bo było z 40 stopni). No i jak usłyszał to mój młody, to aż mu się ciśnienie podniosło i była wielka wojna, bo się zdenerwował na siostrę, że przez jej zachowanie nie mogę z nimi jechać i będzie nudno.
No i wtedy odbyła się wielka rozmowa pouczająca, gdzie zastosowałam wszystkie znane mi techniki perswazyjne i ... pojechaliśmy na basen :>




Anyways, nie znając swojego schedule, cały weekend wyszedł dość spontanicznie. W piątek wieczorem zaprosiłam Carolin by przyszła na sleepover i muszę przyznać, że potrzebowałam takiego resetu w domowym zaciszu.
Podsumowując, próbowałyśmy obejrzeć chyba ze 3 filmy, ale skończyło się na totalnej głupawce przy białym winie i jedzeniu z whole-foods'a.  Rano musiałyśmy trochę wcześniej wstać by zjeść śniadanie i trochę się ogarnąć, bo obiecałam Carolin, że pomogę jej w zorganizowaniu małego playdate, bo jej hości poprosili ją by popracowała około 1-1.5h, bo mają emergency w pracy. No i z jej maluchami densiłyśmy przy Just Dance i nie wiem kto miał więcej frajdy - my, czy dzieciaki :-)

chill czas zacząć!

no i teraz problem ... jak to się do cholery otwiera?!

a to już domowej roboty whole-wheat pancakes

haha, nie miałam zbytnio zadowolonej miny

śpiąca Paris

i jeszcze bardziej śpiąca Bella (piesiek dziadków)


Resztę soboty przespałam, bo byłam jakoś dziwnie zmęczona, a niedzielę przywitałam 7 milowym biegiem. Juhu, po 3 miesiącach 4 - 6 milowych biegów, wróciłam na right track! Jestem bardzo dumna z siebie i jestem przekonana, że w ten weekend będzie już 7.5m. Szkoda tylko, że Magda wyjechała na jakiś czas do Ohio, bo nie ma kto mnie mobilizować do wstawiania o 6 rano i biegania jeszcze przed pracą :D
Jakoś koło południa zdecydowałyśmy się z Carolin, że wybierzemy się na mały tour po mall'ach i mimo tego, że nic sobie nie kupiłam, to spędziłyśmy jakieś 5h szukając dobrych okazji, a dzień zakończyłyśmy w Panera Bread, gdzie autentycznie zakochałam się w ich jedzeniu :-)





OK. Weekendzik był leniwy, tak jak i dzień dzisiejszy - poniedziałek. Aż nie wierzę, że to piszę, bo normalnie poniedziałki są najgorsze. Jako, że dość długo będę pracować od środy do piątku, to hostka dała mi dzisiaj praktycznie cały dzień wolnego (pracowałam może z 1.5h rano), więc wykorzystałam ten czas w 100% dla samej siebie. Wybrałam się do parku pobiegać, potem porozmawiałam trochę na skype z moją piękną S, a następnie spakowałam lunch i wybrałam się do Loantaka Reservation, gdzie nie tylko się wyczilowałam, ale również zaczęłam dość intensywnie myśleć nad najbliższą przyszłością, moim Canadian tour i tym, czy w ogóle jestem to w stanie finansowo udźwignąć.

jakie zabójcze odległości :>


mniammniammniam




Po powrocie do domu, musiałam trochę posprzątać w samochodzie, bo ostatnio coś dużo swoich pierdół tam zostawiłam i głupio mi było na myśl, że hostka widziała ten syf :P No i znalazłam tyle książek z biblioteki, że wrzuciłam wszystko do plecaka i poszłam się przejść by je oddać. Po drodze spotkałam Mayrę - Meksykankę, która odwiedziła rodzinę w Meksyku by teraz przedłużyć program na kolejny rok. Okazało się, że była totalnie załamana tym, że jej bliscy nie mogli zaakceptować zmian jakie w niej zaszły - że szukała okazji by mówić po angielsku, zachęcała rodzinę do podróży, chciała się rozwijać i podjąć na nowo szkołę... To wszystko wydało im się niebezpieczne i dziwne.
No i wiecie co sobie pomyślałam? Że chyba każda z nas w końcu będzie musiała zmierzyć się z tym, że po powrocie to my będziemy takie całe 'na przód' po tej niesamowitej przygodzie tutaj i podświadomie myślimy, że nasze środowisko, w którym się znajdziemy od razu ten entuzjazm od nas załapie ... Chciałabym by tak było! Ale dobra, koniec refleksji :-)

Jutro czeka mnie dość poważna rozmowa z hostami. Jako, że kolejne dni są busy-busy-busy, to sądzę, że w przyszłym tygodniu będę mogłam Wam już powiedzieć, co i jak :-).

Buziaki,
M

wtorek, 15 lipca 2014

From Broadway Bootcamp to the Outdoor Concert

No i 3 tydzien wakacji dzieciakow mozna uznac za zakonczony. Oficjalnie, dzisiaj mamy poniedzialek, 14 lipca i musze zmierzyc sie z tygodniem, gdy dzieciaki nie maja absolutnie zadnego 'campu', a na dodatek jutro przyjezdzaja dziadkowie. Oj, bedzie ciekawie.
Zeszly tydzien byl bardzo intensywny, a zwienczeniem wszystkiego byly ostatnie 3 dni.

Piatek: Dzien zaczal sie przed 7, gdy potuptalam na gore by zrobic sobie sniadanie, a nastepnie o 7.45 obudzic chlopca, a potem przygotowac mu cos do jedzenia. Gdy mlody z wielkim NIE zjadl english muffin, tym samym dajac mi do zrozumienia, ze wymusilam na nim cos, co absolutnie nie bylo po jego mysli, to zapakowalismy sie do auta i po 8.30 pojechalismy na Drew University, gdzie odbywal sie jego 'soccer camp'. W drodze na miejsce udalo nam sie oczywiscie poklocic, bo M. bardzo nie chcial isc na przedstawienie swojej siostry, ktore mialo sie odbyc popoludniu i na ktore oboje mielismy isc. Uznalam, ze jest to w ogole bezdyskusyjne i ze ma przestac histeryzowac.
Gdy dotarlismy na Drew, mlody wkurzony wyszedl z auta i pobiegl na boisku, a ja zaczelam obmyslac plan jak sprawic by obylo sie dzisiaj bez wiekszych klotni, a M. bez mrugniecia okiem poszedl na przedstawienie. Po chwili zastanowienia, wiedzialam co mam zrobic.
Przed odebraniem go z obozu, posiedzialam troche z mala w domu, a potem i ja odwiozlam na Broadway Bootcamp, gdzie przygotowywala sie do finalowego wystepu.

OK. Przychodzi godzina 13 i jade po chlopca. Doszlam do wniosku, ze pewnie tak sie zmeczyl przez te kilka godzin hasania za pilka, ze jedyne, co na niego zadziala, to  zarcie. Oj tak, przywiozlam jego ulubione pb&j (czyt. kanapaka z maslem orzechowym i dzemem) oraz czipsy i duzo lodowatej wody. Uwierzcie, zawsze lepiej pertraktowac z nastolatkiem, ktory ma pelen zoladek :>

Dotarlismy na przedstawienie okolo 13.30 i gdy ja bylam jako-tako ubrana (w koncu to byl teatr), to M. mial caly czas na sobie sportowy stroj, dlugie po kolana czerwone skarpety i ... zielone kuboty :D Jak ja to zobaczylam, to nie moglam sie przestac smiac - ba, nikt za bardzo nie zwracal uwagi, bo jednak Amerykanie to narod niesamowicie wygodny. Chcesz isc w pizamie do sklepu? A idzzzz, kup sobie bajgla i baw sie dobrze!
OK, streszczam sie. Przedstawienie bylo bardzo fajne i mimo tego, ze niektorych 'zarcikow' nie wylapalam, to bardzo mi sie podobalo, bo wszystko sklanialo sie do tematu o Nowym Jorku.

wszyscy poddenerwowani przed wyjsciem dzieciakow na scene

repertuar

Gdy przedstawienie sie skonczylo, a mala M. podskakiwala w skowronkach, pelna dumy i z wielkim usmiechem na ustach - zapakowalismy sie do samochodu i pojechalismy do domu. Jej drugie przedstawienie mialo odbyc sie o 19, wiec czekalismy grzecznie na rodzicow w domu, jako, ze hostka wyczaila, iz w jakims centrum handlowym jest jej wielki idol i przez pare godzin czekala na jego autograf :D Gdy w koncu przyjechala, zabrala dziewczynke i pojechali do teatru.
Wtedy tez uznalam, ze nie ma co sie kisic w domu z M., wiec pojechalismy do Buffalo Wild Wings, gdzie M. uczyl mnie jak poprawnie je sie skrzydelka. Bylo to troche zenujace w moim wykonaniu, ale przynajmniej teraz wiem, ze seler jest nie tylko po to by go jesc, ale rowniez po to by ukoil nasze wrecz spalone usta po extremalnie pikantnych skrzydelkach. A ilosc chusteczek, ktorych uzylam do doprowadzenia siebie do porzadku, znacznie przekroczyla ilosc tych, ktore wysmarkalabym w najgorszej chorobie.

Wrocilismy okolo 20 i rodzice wraz z dziewczynka przyjechali jakos niedlugo po nas, ale zamiast isc i szalec w piatkowa noc, to co zrobilam? Walnelam sie na kanape w pokoju mlodego z pytaniem 'you dont mind, right?', a po uzyskaniu odpowiedzi 'not at all!' siedzialam sobie tam z nim prawie przez 2h i uwierzcie, ze teraz juz wiem wszystko o fifie, Arsenalu i wynagrodzeniu Lewandowskiego.



Sobota: Yeees, w koncu OFF!
Mialam ambitnie w planach wstac o 6 rano i pojsc pobiegac, ale gdy uslyszalam trzaskanie na gorze, to skapitulowalam i uznalam, ze zwloke sie z lozka, gdy cala rodzinka opusci domostwo.
Zrobilam sobie sniadanko (upieklam buleczki yaay!), a potem rozmawialam dosc dlugo na skype oraz zajelam sie przygotowaniem mojego wyjazdu do Kanady, ktora juz na samym poczatku bardzo mnie zaskoczyla ... KTOS zrobil mi O G R O M N A niespodzianke i ... ale o tym juz zupelnie innym razem :-)

OK, co dalej?
O 13 umowilam sie z Lisa, ze pojedziemy razem na basen, gdyz ja nie posiadam czlonkostwa do zadnego z osrodkow, to musialam wejsc jako jej gosc. Zaplacilam 10 dolarow, podpisalam sie grzecznie i ... zaczynamy relaks. Udalo mi sie przeplynac 40 dlugosci basenu i w koncu poczulam, ze sa wakacje :-)


tlumy zwalily sie po lunchu, wiec przez pierwsze 45min mialam basen dla siebie



Wrocilam jakos przed 16 domu, a juz o 16.30 bieglysmy z Magda nasze 5m - brawo, udalo sie! Co wiecej, okazuje sie, ze nie tylko czlowiek jest wydajniejszy (zajelo nam to jakies 10-15min krocej niz zwykle), to jeszcze mialysmy okazje pogadac, a tym samym czas szybciej zlecial. Po odprowadzeniu M. do domu i kolejnym 40 minutowym spacerku, zrobilam sobie jedzenie i zamknelam sie w pokoju, nadrabiajac zaleglosci w serialach (nadrobilam caly sezon HIMYM i teraz zostal mi ostatni odcinek - ahh, boje sie!).


Niedziela:
Pomimo tego, ze mialam zaczac prace od 11 rano, to wiedzialam, ze jesli bede w domu od samego rana, to jak tylko mala sie obudzi, to sie do mnie przyklei i nie bedzie zmiluj. A nie ukrywam, ze potrzebowalam jeszcze czasu dla samej siebie, wiec umowilam sie przed 8 z Magda, ze zjemy sobie sniadanie at Noah's, gdzie kazdy wie, ze sa najlepsze bejgle w calym stanie New Jersey.

toasted whole-wheat with light veggie cream-cheese plus black coffe w/ one splenda
and skim milk, please!

Po tymze leniwym poranku, wrocilam okolo 10 do domu i tak sie spodziewalam - mala sie do mnie przylepila (o ironio) i siedzialam z nia az do powrotu mamy. Mama wrocila i co sie okazalo - pedicure time i czy moglabym z dziecmi zostac jeszcze przez jakis czas. Powiedzialam, ze nie ma sprawy, bo zaczynal sie mecz, a my z M. bardzo chcielismy go zobaczyc. Poza tym, moi rodzice do mnie zadzwonili i tak sie biedni zestresowali, gdy M. zaczal im zadawac pytania po angielsku, a moja mama wydusila jedynie: hello, my name is Ewa and how are you?
Ale bylo to urocze :-)
Co wiecej, gdy hostka wrocila i bylam oficjalnie off (nie na dlugo jak sie okazalo), to zadzwonil host z lotniska, ze paszportu zapomnial i znowu bylam on duty, bo hostka pojechala cala wkurzona zawiezc mu te dokumenty.
OK, mecz byl w trakcie, a ja z M&M siedzialam na kanapie i bylo mega fajnie. Przez pierwsze 10 minut, bo niestety idylla nie trwa wiecznie - dzieciaki nie moga byc w tym samym pomieszczeniu dluzej niz 10 min i zaczely sie klocic i klocic ...
Ale zanim to nastapilo, to uslyszalam najgorsze slowa na swiecie. Slowa, ktore po prostu rozerwaly mi serce na strzepy i chyba caly czas sie jeszcze nie pozbieralam.
Pamietacie jakie mialam z nimi przygody na poczatku, prawda? Ich super byla au pair, ciezka zima i generalnie bylam zla i niedobra, a tym samym za Chiny ludowe nie chcialy wspolpracowac.
A co uslyszalam po 6 miesiacach?
M1: You know ... I kinda like you. You are not the family so I cannot love you but I like you.
M2: I don't care she is not our family. I love her in some way, dummy. 
I tym samym moje serce rozpadlo sie na milion kawalkow, gdy w tle pojawil sie migoczacy napis 'AWWW', a ja doszlam do wniosku, ze czas najwyzszy podjac decyzje dotyczaca tego, czy zostac na kolejne miesiace w Stanach, czy nie ...


O 18.30 umowilam sie z Anna pod jej domem i razem pojechalysmy na spotkanie z LCC, ktore odbylo sie w Florham Park, gdzie w uroczym gazebo odbyl sie outdoor concert zespolu, ktory gral covery Bruce'a Springsteen'a. Uroczo.

w drodze do Florham Park.
Urocze autko, ktore towarzyszylo nam az do samego parku.

no i jestesmy na miejscu

Lisa i Carolin, a w tle nasza LCC

duzo duzo selfies!




Anna - Magda - ja - Lisa - Carolin (a w tle Barbara i Fede)



going crazy ... 
A teraz jestem juz na pol-metku poniedzialku i jakos to poszlo :-) Juz nie moge sie doczekac jak wskocze w swoje sportowe buty i pojde pobiegac - nie ukrywam, ze strasznie mi tego brakuje, a nie majac w ogole czasu w srodku dnia, trudno jest mi znalezc na to wolna chwile oprocz weekendow.
Na szczescie, teraz juz mam swojego running buddy, ktory mnie w znacznym stopniu mobilizuje do tego by ruszyc ten kufer po calym dniu i pojsc pobiegac wspolnie.
EDIT: Biegu nie bylo, bo o 18 zaczela sie burza i trwa juz czwarta godzine :O

EDIT2: Burz, deszczu i ogromnego zaduchu ciag dalszy.
Dziadkowie przyjechali. Rodzinka sie zjechala.
Chaos prosze Panstwa, chaos!!!!

Trzymajcie sie,
M


piątek, 11 lipca 2014

Thunderstorms - Manhattan 4th of July - Jersey City - 6 months in the USA!

Hej kochani!
Mam dosc sporo do nadrobienia, bo ostatnimi czasy praktycznie w ogole nie mam nawet chwili dla siebie, a tym samym nie jestem w stanie sie zmobilizowac na tyle by cos w koncu napisac na blogu. W momencie, gdy zaczynalam pisac tego posta siedzialam w calkiem schludnym (a to sie rzadko zdarza) DD, gdzie darmowe WIFI przeszywalo mi mozg, w oczekiwaniu na mojego M., ktorego podrzucilam na trening pilki noznej. W zwiazku z tym, ze miejscowosc, w ktorej bylismy oddalona jest od Chatham o prawie 20 mil, nie oplacalo sie wracac do domu na 3 min i wracac z powrotem. Dlatego tez normalnie poswiecam te 1.5h na bieganie/spacer/cwiczenia na silowni (caly kompleks sportowy na zewnatrz dostepny jest dla wszystkich), ale ostatnie kilka dni ostro daly popalic moim miesniom, wiec doszlam do wniosku, ze wykorzystam te wolna chwile i co nieco napisze, co by Was tutaj za bardzo nie rozpieszczac z cisza na blogu ;-)

OK. Zeszly tydzien byl tygodniem bardzo krotkim, bo trwajacym zaledwie 3 dni, gdyz moi hosci wyjechali z dzieciakami w srode wieczorem do Kanady. Tym samym, mialam piekne 4 dni wolnego - caly dom dla siebie, cisza i spokoj.
W czwartek nic specjalnego sie nie dzialo, bo obiecalam sobie, ze nareszcie odpoczne sobie w ciszy, skoncentruje sie na wlasnych sprawach i po prostu pobede sama z soba. Po lunchu spotkalam sie z Lisa, z ktora poczatkowo mialysmy isc na basen, ale w rezultacie objechalysmy 2 centra handlowe by w koncu okolo godziny 18 wrocic do mojego domu i cos zjesc. Plan byl taki, ze Lisa miala zostac do polnocy, a potem mialam podwiezc Anne na dworzec, skad miala sie dostac na lotnisko - kupila last-minute tickets do Chicago. Pech jednak chcial, ze ... przyszedl huragan.

Spokojnie! Huragan dal nam sie we znaki wylacznie porzadna burza, ktora doprowadzila do przerw w dostawach pradu (co ciekawe, awaryjny generator byl podlaczony do routera, wiec WIFI funkcjonowalo nawet w tej sytuacji!) i wtedy tak sie cieszylam, ze nie siedze w tym ogromnym domu sama! Niestety ... lot Anny zostal odwolany i biedula musiala sie meczyc kolejny dzien z jej szalona rodzina zanim mogla poleciec. Tym samym, z Lisa bylysmy tak zmeczone, ze w okolicach 21 odwiozlam ja do domu, a potem sama poszlam spac.

OK. No to zaczynamy z przygodami. Koniec nudow! :-)

W piatek obudzilam sie przed 6 by wziac szybki prysznic, spakowac sie i ... w droge! Zaplanowalam wyjazd do Nowego Jorku na 4 lipca i w ostatniej chwili Caitie - au pair z Australii zapytala sie, czy moze sie podlaczyc. Jasne, pewnie! Tak wiec juz o 8.35 siedzialysmy wygodnie w pociagu relacji Chatham - New York Penn St. Wielkim zbiegiem okolicznosci Anna rowniez znalazla sie w tym pociagu, gdyz nie mogla juz wysiedziec w domu i doszla do wniosku, ze przejedzie sie na Coney Island by poogladac ludzi z calego swiata w 'hot dog contest' :D Haha, dzien wczesniej zaproponowalam Lisie by wziela swoja siostre, ktora przyleciala ja odwiedzic na ten konkurs w zjadaniu hot-dogow. Kawal polegal na tym, ze siostra jest weganka :D To by jej sie dopiero podniosla w zoladku ... jesli przecietnemu Europejczykowi wszystko sie wywraca na widok osoby, ktora wciaga prawie 50 hot-dogow ... Czemu Europejczykow?
Bo Amerykanow to tak bawi, ze boki zrywaja, a my sie lapiemy za glowe i ogladamy takie rzeczy raczej z ciekawosci niz z faktycznego ubawu.

OK, kontynuujac ...
Jednak, w zwiazku z nagla zmiana planow, musialam znalezc nowego hosta na CS, ktory moglby przenocowac dwie osoby praktycznie z zerowym wyprzedzeniem czasowym. Tym samym wyladowalysmy w ... Jersey City.
Zanim sie tam przeniesiemy, zacznijmy od malego zwiedzenia Gornego Manhattanu, a dokladniej od Hamilton Heights. Chcialysmy sprawdzic, czy to faktycznie prawda, ze nawet 4 lipca nie ma tam zbyt wielu turystow... Zobaczcie, co udalo nam sie zobaczyc :-)

Hamilton Monument

Ciagle w drodze ... Oczywiscie, wszystko piechotka

The City College of New York
Niesamowite jak dopracowany byl kazdy szczegol architektoniczny budynkow.
Polecam, nie tylko dla przyszlych/obecnych architektow

Chyba pierwszy raz widzialam bialy szkolny autobus :-)

Jak zwykle bardzo kreatywnie... Ostatnio udalo mi sie zobaczyc tablice z napisem
'TOCHILL'

Nigdy nie ogarne jak nalezy parkowac w NYC ...

Zafascynowal mnie sznur taksowek w jednej z uliczek w Hamilton Heights
No i Caitie cyknela zdjecie mnie i taksowek!

Jestesmy juz tuz-tuz Columbia University!
Morningside Park

voilà! Columbia University


Z Caitie

tup tup po schodkach

Leniwie pozegnalysmy sie z Hamilton Heights, a nastepnie z Columbia University i ruszylysmy w droge do Hoboken. Wchodzac do metra pogoda caly czas dopisywala, ale gdy znalazlysmy sie juz w NJ (Hoboken lezy po drugiej stronie Manhattanu, w stanie NJ), to musialysmy walczyc z zywiolem o przetrwanie ...

udalysmy sie na 34th St, skad wzielysmy tak zwana 'The Path' do Hoboken

miejsce, ktore trzeba odwiedzic bedac w Hoboken?
Carlo's Bakery!
Ogladacie moze ten TV show na TLC?  Jesli tak, to doskonale wiecie o czym mowie :-)
No i jestesmy! Nie widac tego na zdjeciu, ale by dostac sie do srodka trzeba bylo
odstac swoje w dluuuugiej kolejce (mimo deszczu) i wziac bilecik by w ogole miec szanse
obejrzec jakie pysznosci sa tam serwowane.

Wraz z Caitie zglodnialysmy i udalysmy sie na przepyszne nalesniki.
Ten u gory jest od Caitie i przypominal smakiem kebaba.

Ja zamowilam pysznosci z kurczakiem i warzywami.
A w tle: deser (jakis pan sie rozmyslil z zakupy i mila pani ekspedientka dala nam deser za free :D)
Hoboken jest autentycznie niesamowite.
Wszedzie znajduja sie super miejsca, ktore wrecz sie prosza o to by wejsc,
sprobowac pysznego piwa i zanurzyc sie w szalenstwie wieczoru.
Hoboken ma jedna wade ... Do wiekszosci miejsc trzeba miec skonczone 21 ...


widok z promenady na dolny Manhattan.






Po malym spacerze po Hoboken i znalezieniu polskiej wodki (o tym za chwile),
udalysmy sie na glowna stacje, a stamtad spacerkiem (!!!!) do Jersey City.
Kontynuujac, znalazlam nam hosta w Jersey City. Musialysmy sie tam jakos dostac ... I wpadlam na calkowicie genialny pomysl by sie tam przejsc. No bo w sumie trasa na google maps nie wygladala tak zle.
No tak, tylko, ze nie zalozylam, ze bedzie lac jak z cebra, a my bedziemy zmeczone jak cholera.
To nam nie przeszkodzilo w tym by przejsc te 45 min w deszczu z usmiechem na buzi i po 16.30 zapukalysmy do drzwi naszego hosta.
Powiem tak. Nie bylo to nic specjalnego, a jego wspolokator powinien od nas dostac pozytywne referencje, a nie on sam, bo ... jak tylko przyjechalysmy i dalysmy mu polska wodke i australijskie ciasteczka, to ... poszedl spac O.o A my zostalysmy z jego roomate'm, ktory okazal sie super chlopakiem i ktory tak naprawde zorganizowal reszte wieczoru. 
Pojechalismy obejrzec fajerwerki (niestety nie z Brooklynu), a potem po prostu wrocilismy do domu i poszlismy spac, bo bylysmy z Caitie tak zmeczone, ze padlysmy jak klody spac.
Oczywiscie, warunki bylo do zniesienia, ale i tak jestem wdzieczna, ze Caitie pozwolila mi spac na kanapie, a sama owinela sie w koc wielkosci namiotu i spala na puchatym dywanie kolo mnie - haha, jak przygody to na calego !!!

no to jestesmy w Jersey City.
Na szczescie przestalo padac.

no tak. Nic szczegolnego szczerze powiedziawszy.
Najfajniejsza czesc Jersey City, to ta, z ktorej mozna sie dostac na Manhattan.




a tu juz fajerwerki.
Szkoda, ze mam kiepski aparat, bo fajerwerki ze strony NJ pieknie odbijaly sie
w lustrze wody i samych budynkach,
Sobota: Caly dzien spedzilysmy na przygodach na Manhattanie, gdzie spotkalysmy sie z Adrianem, ktory najpierw zabral nas na WTC Memorial, potem na Governors Island by dzien zakonczyc w Chinatown, a przelotem rowniez w Little Italy.
Ogromny pozytyw. Super dzien.

zaczelismy od St Paul's Chapel, ktory pelnil role schronienia
dla wszystkich potrzebujacych w momencie tragedii.

No jest to naprawde przezycie byc tam i sprobowac sobie wyobrazic jak to bylo 9/11.
Smutne, bo smutne, ale potrzebne.


WTF Memorial.
Cos pieknego


podwojne selfie!

WTC robi na nie OGROMNE wrazenie.


2 przystanek: Governons Island.
Widok z promu


widoczek z wyspy na Manhattan


a to juz idylla Governons Island


a tak spedzilismy kolejna godzine ...

chill out, a potem wygladalam jak BURAK.

ArgentynaArgentyna!

a to juz Brooklyn i masowe barbecue :D
chcielismy im troche podebrac jedzenia, ale sie ich tam balam lol 




chyba nie musze komentowac :-)

I tak smieje mi sie buzia po 6 miesiach w USA!


Sad Najwyzszy


Chinatown






bylo TAAAAKIE pyszne :-)
Do domu wrocilam w sobote wieczorem i przez kolejny dzien zbieralam sily by moc w poniedzialek normalnie funkcjonowac hehe. Ten tydzien jest dosc pracowity, ale spokojnie - dajemy rade.
Wczoraj Anna zorganizowala male pool party i o godzinie 20 przy prawie 40stopniowym skwarze 'topilysmy' smutki w chlorowanej wodzie jej cudownego basenu. Potem przyrzadzilysmy pizze (w wersji meksykanskiej i wloskiej - roznica byla taka, ze jedna robila Anna, a druga Mayra z Meksyku lol) i musze przyznac, ze byl to najlepszy sposob na relaks i uczczenie naszych 6 miesiecy w Stanach.
Niestety, w okolicach 22 trzeba bylo zbierac sie domu, bo pobudka nastepna dnia miala byc juz po 6.30! 

Tak wiec czwartek uwazam za zamkniety. Jeszcze tylko jutro, ktore zapowiada sie bardzo ciekawie pod wzgledem obowiazkow au pairki (opisze to w kolejnej notce) i sobota. Fajnie by bylo jakby pogoda sie udala, to moze uda mi sie wyrwac jako 'gosc' na basen, bo jako, ze nie mam zadnego czlonkostwa, to nie moge sobie tak po prostu pojsc na basen - musze pojsc z kims, kto te czlonkostwo posiada, a sama musze zaplacic za dzien korzystania z basenu... 

Trzymajcie sie misiaki,
do uslyszenia!