poniedziałek, 23 września 2013

Positive vibes

No to zaczal sie kolejny pracowity tydzien. Jednak, pomimo tego,  ze weekend byl fenomenalny, to nie rozpaczam na powrot do obowiazkow w Rasiglio - musze przyznac, ze kocham swoja prace :D

Dobra, a teraz konkrety. Kolejny weekend za mna!
Jak wczesniej pisalam, ostatni weekend zaczal sie dla mnie w czwartek wieczorem, gdyz w piatek rano musialam otworzyc drzwi elektrykowi, gdyz rodzinka fizycznie nie moglaby tego zrobic. OK, jestem na miejscu i generalnie porzadkuje troche w mieszkaniu, robie cos do jedzenia i ... nagle otwieraja sie drzwi do mieszkania i wchodzi jakis stary dziad.
Oczywiscie, ni w piec, ni w dziesiec nie mowil po angielsku. Bylam przekonana, ze to jakis nowy lokator, bo mial klucze. Nic sie od niego nie dowiedzialam, a na moje 'non parlo italiano' zaczal mowic wolniej i glosniej, co nic nie pomoglo. Facet zaczal wrzucac rzeczy z szaf do worow i zaczal mi pokazywac na kalendarzu, ze jutro wroci. Co to bylo do jasnej cholery?! Pisze do HM co to za facet i dlaczego ma klucze do mieszkania. Okazalo sie, ze to pan od renowacji mieszkania, ktorego zadaniem jest przystosowanie go pod wynajem :P

W piatek o godzinie 8 przyszedl elektryk, od ktorego wrecz bila poswiata pod tytulem 'non parlo inglese' Tia, jakos mnie to nie zdziwilo. Poszlam pobiegac do parku i dalam mu jego komplet kluczy. Okolo poludnia umowilam sie w centrum z Gaby - au pairka z Meksyku, ktora w ciagu roku miala juz 2 rodziny we Francji, a teraz jest z 3 w Bolonii. Fajnie bylo poznac au pairke z podobnymi dylematami zyciowymi, problemami pod tytulem 'o nie, znowu cos zrobilam zle - teraz mnie juz na pewno deportuja' :D Generalnie, bylo mega sympatycznie i powoli tworzymy spolecznosc au pairek w Bolonii. Kto sie przylaczy? :D


Gdy odprowadzilam ja na Piazza Cavour, skad miala autobus do domu, poszlam posiedziec sobie w bibliotece. Nie wiem, czy juz wspominalam jak swietnym miejscem jest biblioteka publiczna Bolonii. Wifi jest, ksiazki i gazety po angielsku - sa, videoteka - jest. Co ciekawe, biblioteka jest zawsze pelna. Zawsze.  Posiedzialam tam moze z dwie godziny, bo nie chcialam wracac do domu, bo wiedzialam, ze nie dosc, ze jest tam elektryk to jeszcze ten creepy dziad. Postanowilam poszukac przystanku, z ktorego mialam w niedziele pojechac do Calderino. Po 40 min szukania znalazlam przystanek o cudownej nazwie 'Lame'. Tia, autobus, ktorym mialam jechac nie jezdzi w niedziele. Niby autobus 686 jezdzi. Szkoda, ze nie ma takiej lini na mapie komunikacji miejskiej. Swietnie. Rozczarowana tym jak nieczytelne sa rozklady i informacje autobusowe, skierowalam sie do domu.

 Bolonia to miasto tysiaca zapachow, smakow i kolorow :)




W sobote rowniez spotkalam sie z Gaby. Zjadlysmy lunch, pospacerowalysmy po Bolonii i generalnie czilautowalysmy sie (jaka piekna polszczyzna, prawda?). Wieczorem (tj 21:30) umowilam sie z ludzmi z couchsurfingu na spotkanie. Jak sie okazalo, przyszla rowniez au pairka z Anglii, ktora rowniez poznala Gaby! Jaki ten swiat maaaaly! :D Bylo super. Prawie do 1 am zwiedzialismy Bolonie, ktora nie chciala w ogole isc spac. Organizowane byly koncerty jazzowe i ilosc ludzi (mlodych, starych i studentow) byla przytlaczajaca. Nie dalo sie normalnie isc. Dlatego tez, postanowilismy pochodzic po malo znanych uliczkach, ktore mialy swoja wlasna historie. Antonio, ktory pochodzi z Bolonii byl naszym (tj. moim, April - au pair, Alessia - Wloszka, couch) przewodnikiem i super sie sprawdzil w tej funkcji. Nie mialam pojecia, ze szlismy dawnymi ulicami getta albo, ze kiedys Bolonia wygladala jak Wenecja z kanalami przecinajacymi rozne place.
Najsmieszniejszym zbiegem okolicznosci bylo to, ze wtedy gdy pierwszy raz w zyciu na legalu pilam piwo w miejscu publicznym (tak zatloczonym, ze to sie w glowie nie miesci), wpadlam na moja host rodzinke :D ale wstyyyyd z tym piwem, ale coz - na jednym sie skonczylo, a jako, ze mialam wolne, to hulaj duszo!

mniej wiecej tak tloczno bylo w calej Bolonii

M&A&A

W niedziele spakowalam manatki i ruszylam na dworzec. Zrezygnowalam z autobusu widmo, bo nigdzie nie bylo rozkladu. NIGDZIE. Ale za to znalazlam te pieknote:




Kupilam bilecik za € 2,10 i wsiadlam do pociagu w kierunku Sasso Marconi, gdzie umowilam sie ze Stefano na rockowy festiwal. Jako, ze byla dopiero 15:30, pojechalismy na mala wycieczke na wzgorza Bolonii. Pogoda dopisala, bylo wrecz ZA goraco. Wieczorem odbyl sie ten festiwal, a przed polnoca wrocilam do domu.






Tyle :)

Keep tight,
M

czwartek, 19 września 2013

O obowiazkach slow kilka

Niestety, ale wpis bez polskich znakow :( Moj komputer zostal wyslany na serwis, gdzie okazalo sie, ze padl twardy dysk i pomimo tego, ze nie jest to ogromny koszt, to za robocizne i odzyskanie danych zazadali 696 Euro!!! Wysmialam ich i powiedzialam, ze w zyciu nie zaplace takich pieniedzy, bo ich po prostu nie mam. W PL trzeba bedzie kupic nowy komputer albo naprawic ten, w zaleznosci ile serwis bedzie kosztowal. Na pewno mniej :D

No to czas najwyzszy na kilka slow o moich obowiazkach we Wloszech, czyli rutyna dnia codziennego.

Jako, ze szkola zaczyna sie o 7.50 (!), to dziewczynki musza wstac o godzinie 6.30 by zdazyc sie ubrac, zjesc cos i o 7.20 wyjsc na autobus. Na cale szczescie, host rodzice wstaja dokladnie o tej samej porze i uznali, ze absolutnie nie musze wstawac tak wczesnie. Uffff.
Dlatego tez wstaje tak miedzy 8-9, zjem sniadanie i do 13/14 jestem wolna. Z host mama umowilismy sie na dodatkowe sprzatanie domu, za co oczywiscie jest mi placone. Kieszonkowe dostaje co dwa tygodnie, czyli jeszcze tydzien do wyplaty ahhhh.
Gdy dziewczynki wracaja ze szkoly (na szczescie bus dowozi je pod same drzwi domu), przygotowuje lunch (oczywiscie pasta :D), a nastepnie biore sie za sprzatanie kuchni i salonu. G&Z do 16 siedza u siebie i cwicza gre na gitarze lub rozmawiaja na skypie. Tak, dostaly tableta i teraz ich wielka miloscia sa rozmowy ze znajomymi ze szkoly przez skypa. Facebook nie za bardzo, ale za to skype siii :D
O 16 dziewczyny maja obowiazkowy dodatkowy wf, wiec do 19 znowu mam wolne. Na 19 przygotowuje obiad dla calej rodziny, jemy i koniec dnia :)

Co robie w czasie wolnym podczas tygodnia? Wrocilam do biegania (super trasy i widoczki mnie zmobilizowaly), nawet cwiczen z Chodakowska :P Jednak, komputer jest wciaz kaputt, wiec niestety zostaje mi samo bieganie.

Tyle :) Na pewno nie jest to tak ciekawe jak au pairkowanie zza oceanu, ale potrzebuje troche tego wloskiego chill-out'u :) Dzisiaj popoludniu zaczynam 'przymusowo' dlugi weekend, gdyz elektryk ma przyjsc do mieszkania w Bolonii i mam mu otworzyc drzwi, bo nikt z rodzinki nie moze sie urwac z pracy. Italy, I love u!!! Zobaczymy co przyniesie ten weekend, ciao!

PS. Przepraszam za lagi w mailach :( Moj wolny czas na kompa jest bardzo ograniczony i opisalabym Wam wszystko z ogromnymi szczegolami, ale nie mam po prostu mozliwosci. Jak tylko bedzie spokojniejszy dzien, to pierwsze co zrobie, to gmail i sto godzin na pisanie :D

Przesylam ogromna dawke slonca i zdjecie Titù na pozytywny dzien!



Keep tight,
M

środa, 18 września 2013

Weekend!


Dzięki za komentarze i bardzo mi miło, że czytacie bloga! Jak uda mi się złapać trochę neta na dłużej, to ponadrabiam zaległości w czytaniu i w mailach! W związku z tym, że mój komputer oficjalnie UMARŁ, jestem skazana na laptop host dad późnym wieczorem – proszę o wyrozumiałość w zaległościach wszelakich.

W sobotę rano A (host mama) poprosiła mnie o pomoc w ich drugim mieszkaniu w Bolonii. Wyobraźcie sobie moją minę, gdy A stwierdziła, że mieszkanie się marnuje i stoi puste, więc udostępniają mi je na wyłączność na czas weekendów do momentu, gdy komuś go nie wynajmą <3 Byłam w tak ciężkim szoku, że po prostu zaniemówiłam. Raz, było mi strasznie fajnie, że obdarzają mnie tak ogromnym zaufaniem. Dwa, mieszkanie leży 15 min od ścisłego centrum – jakie to jest ułatwienie na przełamanie socjofobii i poznanie nowych ludzi :D!

Tak więc, około 18 rodzinka pojechała na wieś, a dla mnie rozpoczął się weekend J Poskakałam do sufitu z radości przez pierwsze 15 min, a potem wyruszyłam na miasto – cały czas prosto. Najpierw idziemy Via Mazzini, przechodzimy koło bramy do miasta (P.Maggiore) i wchodzimy na malowniczą Strada Maggiore, która doprowadza nas do Due Torri, czyli krzywych wież Bolonii. Stamtąd 3 min i jesteśmy na Plazza Maggiore i Nettuno J

W pierwszy wieczór Bolonia nie pozwoliła mi odczuć ani trochę samotności, bo ulice miasta były wręcz „zalane” ludźmi. W okolicach 20 wybrałam się na couchsurfingowy event organizowany 5 min od mojego mieszkanka. Na czym to polegało? Na robieniu domowej pizzy!
Na początku miałam trochę nerwów, bo pierwszy raz się na takie coś pisałam. Stresik był oczywiście całkowicie niepotrzebny! Organizowała to Włoszka – Asia, która studiuje medycynę i chciała zrobić coś ciekawego, więc utworzyła na stronie event. Oprócz nas, przyszła jej przyjaciółka oraz jej współlokatorka – Candy, która jest ze Stanów. O ironio, okazało się, że jest z NJ i umówiłyśmy się w przyszłym roku na kawę :D Przez ponad 3h śmiałyśmy się i gadałyśmy takie głupoty, że szkoda słów (to chyba kwestia wina. Chyba!). Jednak, dowiedziałam się kilku pożytecznych rzeczy. Wiedzieliście, że w stanie NJ NIE WOLNO tankować samemu? Jest to nielegalne, bo tym samym zabiera się komuś pracę. Tak, ten pan, który cierpliwie nalewa benzynę/olej do baku to żywa istota, której kradniesz pracę, gdy robisz to samodzielnie. Kopara mi opadła. Druga rzecz (rozmawiałyśmy o stereotypach – tych prawdziwych i nieprawdziwych), w USA wszystko jest większe – od zwykłej kawy po samochody. Trzecia rzecz, woda jest za darmo.
(pewnie dziewczyny, które czytają ze Stanów to się teraz ze mnie śmieją, ale uwierzcie – taka dawka informacji w jeden wieczór sprawiła, że nie mogłam spać :D)

Wróciłam jakoś w okolicach 1 am do domu. Co ciekawe, we Włoszech miasto nie śpi. Tutaj do godzin porannych jest pełno ludzi na ulicach, samochody i skutery prowadzą taniec przez potrójną (!) ciągłą,  a dźwięki klaksonów i przelatujących samolotów nie pozwalają spać.

Na drugi dzień (niedziela) postanowiłam przejść się do Parco di Santo Michele In Bosco przez Parco Margherita, który jest największym parkiem w Bolonii. Gdy dotarłam na sam szczyt i w końcu mogłam podywagować nad własnym życiem, patrząc na panoramę Bolonii, słyszę
„hi, are you also a tourist?”
(o fajnie, ktoś w końcu zna angielski) Odpowiedziałam “No, I am a traveler”
 I oto w ten sposób rozpoczęła się dyskusja nad różnicami pojęć między mną, czyli Polką przebywającą w Bolonii, a Jose z Ameryki oraz Stefano – Włochem. To był totalny przypadek, że na siebie wpadliśmy. Ja nie wiem, co mnie podkusiło, żeby właśnie o tej konkretnej godzinie pójść w to miejsce. Ech, zaczynam wierzyć, że los naprawdę chce nam dopomóc, ale trzeba czasami pozwolić mu to zrobić.

Do rzeczy, again! A więc, z J & S spędziłam cały boży dzień. Jak się okazało, S mieszka 5 min od Rasiglio, a z J poznali się w Dublinie, gdzie J zaczynał swojego Eurotripa. Bello!
Najpierw zeszliśmy ze wzgórza i poszliśmy posłuchać koncertu jego brata Stefano. Oczywiście, przyszliśmy PO i jedyne, co nam się udało usłyszeć, to pokazowy 3min utwór. Nie powiem, żeby to było złe, ale za bardzo takiej muzyki nie rozumiem. Co ciekawe, poznałam kilku Polaków – dziewczynę jednego chłopaka z kapeli oraz jakiegoś chłopaka z Łodzi, który podróżuje po Europie wraz z zapaleńcami z innych krajów, wypełniają jakieś zadania i wyruszają dalej. Za bardzo tego nie czaję jak to zorganizowali, ale mniejsza :D

Żeby Was nie zanudzać, S pokazał nam 7 sekretów Bolonii, czyli rzeczy, których normalnie się nie widzi lub słyszy. Nie chcę Was zasypywać masą niepotrzebnych informacji, więc opowiem o najśmieszniejszym z sekretów. Dawno, dawno temu, gdy pewien artysta rzeźbił Neptuna, stojącego w sercu Piazza Nettuno nie mógł sobie pozwolić na wyrzeźbienie jego przyrodzenia w całej okazałości. Niepisane zasada w tamtych czasu dot. malutkich rozmiarów przyrodzenia, aby nikogo nie urazić ani nie wprawić w kompleksy. No to artystal myślał jak rozwiązać ten problem, bo jak to – Neptun to facet pełną gębą i jak tu pokazać jego męskość? Rzeźbiarz wpadł na genialny pomysł. Jeśli stanie się za fontanną pod odpowiednim kątem, to lewa ręka Neptuna wygląda jak OGROMNA oznaka męskości. 

Mało kto to zauważa, a tyle śmiechu J

A najbardziej urokliwym z sekretów była mała Wenecja (można to zobaczyć tylko w jednym miejscu w Bolonii) :



Kolejnym śmieszkiem była moja rozmowa z J dotycząca gay-radaru. Mówię mu, że po mamie czuję gejów na odległość i że bez problemu wskażę mu osobę homoseksualną. Śmiejemy się, śmiejemy, a tu nagle pytanie ze strony J „do you think I am gay?” na co ja odpowiedziałam: „nooo, you are normal”. J: „No, I am gay”.
Wyobraźcie sobie moją minę, co za wstyyyyd. Ale z tego wszystkiego J zaczął się śmiać i powiedział, że jako Amerykanin ma ogromny dystans i miał mega ubaw z mojego wyrazu twarzy :P
Stefano zabrał nas też do muzeum historii Bolonii, które jest mega interaktywnym centrum, gdzie nie tylko zaprezentowana jest historia miasta, ale też ciekawostki z życia ważniejszych mieszkańców. Wieczorem zahaczyliśmy o pub, a potem się już pożegnaliśmy, życząc powodzenia. Podsumowując: zbieg okoliczności sprawił, ze poznałam fenomenalnych ludzi, zobaczyłam to czego na pierwszy rzut oka nie widać, dowiedziałam się, że w Bolonii było ponad 90 krzywych wież, symbolizujących wpływy rodzin oraz zmokłam do szpiku kości przez deszcz.

W poniedziałek byłam umówiona z host mam dopiero w okolicach 18 na jakiś wernisaż poświęcony książce, której patronem jest jej przyjaciel-profesor. Spędziłam ten dzień na spacerach bez mapy i tyle. Wieczorem, po wernisażu (z którego nic nie zrozumiałam, bo wszystko było po włosku :D) poszliśmy na aperitif. Serio, tutaj wszystko kończy się aperitifem. Ten wielce znany profesor mówił po angielsku, więc wraz z Anną  mieliśmy pogawędkę o piwie, Wajdzie, komunizmie i literaturze :D haha, jestem taka nudna – wieeeem :D

To tyle J Dzisiaj jestem znowu na wsi, gdzie będę aż do piątku. A potem znowu Bolonia.
Wiece co jest fajne? Że wystarczyły 4 dni, a ja znowu czuję się świetnie. Chce mi się śmiać, uczyć i korzystać z życia. Nie potrzebowałam do tego jakiś ogromnych dawek alkoholu (haha) ani ekstremalnych przeżyć. Po prostu rodzinka traktuje mnie jak prawowitego członka ich rodziny, a dzieci współpracują, więc nie wracam z weekendu z poczuciem”och nie, znowu”. Nie, cieszę się na każdy dzień i na każdy weekend.
Kurczę, jest mi tak dobrze, że aż za dobrze J

Obserwacja 1: Mimo tego, że jedzenie jest generalnie drogie, to ze względu na ilości spożywanej kawy, wina, makaronu oraz pizzy – można je kupić za totalne NIC.
Obserwacja 2: Tak, Włosi się lubią spóźniać i każdy jest na to przygotowany.
Obserwacja 3: Podwójna ciągła? Zakręt? Nadjeżdżająca ciężarówka? Co za problem! Wyprzedzamy. Tutaj każdy łamie przepisy. Jest masa rowerzystów i motorowerzystów. Można dostać migreny od chaosu w mieście, dźwięku klaksonów i ogromnego zamętu. Impossible!





widoczek z balkonu

Keep tight,

Marta

piątek, 13 września 2013

first day in Italy

No to jestem w sercu „serca” półwyspu Apenińskiego, czyli jakieś 20km od Bolonii.

Zanim przeniesiemy się w malownicze krainy na granicy Toskanii i Emilii-Romanii, wtrącę słów kilka na temat wczorajszego dnia. Udało mi się dostać na nasze piękne Balice bez jakiś większych problemów. Jednak, problemem było zaparkowanie samochodu. Niby parkingów mnóstwo, ale wszędzie był dosłowny full. Ale mniejsza z tym – udało się, Balice – juhu!

Prawie się rozpłakałam ze śmiechu, gdy pani w check-in (na moje oko jeszcze młodsza ode mnie) odbierała ode mnie paszport i chciała już już już nakleić naklejkę z bagażu, ale zadała mi magiczne pytanie „przepraszam, a ile Pani ma w ogóle lat?” hahahahaha. Myślę sobie „kurczę, jaja sobie robi, albo faktycznie wyglądam na <16”  … Ale najlepsze miało jeszcze nastąpić …

Idę sobie do stanowiska odpraw, nonszalancko wysypuję sprzęty elektroniczne i wykładam komputer do uroczej miski na taśmie, gdy odwraca się do mnie celniczka i wydaje z siebie dźwięk podobny do szczeknięcia „take shhhh your shhhh shoes” (tak to mniej więcej brzmiało). Kobieta wielka jak pół drzwi, więc lepiej się nie sprzeciwiać. Ściągnęłam buty i idę dalej. Biiiip. Oczywiście, no to zaczynamy macanko. Celniczka podchodzi i nagle zmienia się jej wyraz twarzy na milusi i pyta „ojej, to Pani pierwszy lot, prawda?”  O.o ludzie, serio? Odpowiedziałam jej, że jakoś koło 15, ale pierwszy z Balic. To kobieta się śmiać zaczęła, że muszę częściej stąd latać i miłego dnia. OOOOJ nie, nie polubiliśmy się z Balicami :P

No to tyle ciekawego. Ryanair bez niespodzianek, w okolicach 18.30 byłam w Bolonii. Host mama odebrała mnie z lotniska i pojechaliśmy po Z&G, które przez dwa tygodnie przed zawodami pływackimi są odsyłane przez szkołę na obowiązkowe treningi wytrzymałościowe. Wspomnę, że szkoła zaczyna się we Włoszech dopiero w ten poniedziałek, więc dzieciaki ostatni tydzień wakacji miały z głowy.
Jeżeli chodzi o pogodę – jak to we Włoszech. Kurtki w dół, krótkie spodenki w górę! Na lunch pasta-pasta-pasta, na obiad pizza-pizza-pizza, więc czas najwyższy wykorzystać wolny czas na bieganie :D

W kwestii obowiązków – mam bardzo dużo czasu wolnego, nawet za dużo. Moje obowiązki skupiają się głównie na przygotowywaniu posiłków oraz day-to-day housekeeping. Weekendy mam w teorii wolne, ale może się zdarzyć, że pomogę host mamie w malowaniu ich drugiego mieszkania w Bolonii. Generalnie, na początku absolutnie nie chciała się na to zgodzić (argumentując, że nie jestem jej niewolnikiem i mam korzystać z młodości haha), ale jak na razie nie znam tu nikogo, a tak to przynajmniej pomieszkam sobie w tym mieszkanku przez weekendy, bo jest w samym centrum miasta.

Tak więc tak to wygląda. Po pierwszym dniu jestem bardzo zadowolona. Zrobiłam, co miałam zrobić, a jakoś szalenie się nie zmęczyłam. Ale uwierzcie, już mam dość makaronu :D
A tak na marginesie. Jeszcze wczoraj nie docierało do mnie, że lecę do Włoch, czy że za kilka miesięcy będę mieszkać w Stanach. Mam wrażenie, że żyję w jakimś letargu od jakiegoś czasu i generalnie za dużo rzeczy do mnie nie dochodzi. Jednak, jako, że w życiu różne rzeczy się zdarzają, to trzeba znaleźć swój własny sposób na radzenie sobie z tymi złymi.

Dla mnie tym sposobem są podróże. Podróże oparte na faktycznej chęci zrozumienia w jaki sposób funkcjonuje dany kraj/region/miasto. Bardzo nie lubię typu japońskiego turysty – nie wysiądzie jeszcze z autobusu, ale już cała bateria się skończy w aparacie, bo zrobił zdjęcia wszystkiemu, co widział. Dokładnie, wszystko i totalne NIC. Dlatego, tak bardzo spodobał mi się pomysł au pair i wierzę, że pozwoli mi się to (na dzień dzisiejszy) zrealizować.
Powrót do tej host rodzinki bardzo dużo dla mnie znaczy. Mam nadzieję, że uda mi się tutaj ogarnąć życiowo, a w międzyczasie szukam sobie part-time job, bo cóż – czas to pieniądz J

Buziaki ze słonecznej Italii, M



lunch time! Dla odmiany - PASTA :D + magiczny ser w postaci płynnej o nazwie "Cremino"


no to dzień ma się ku końcowi :-)

Titu <3 


środa, 11 września 2013

Good news

Dzisiejszy dzień pozytywnie mnie zaskoczył. Znowu musiałam sobie przyznać, że po raz kolejny dałam się ponieść emocjom, które wykreowały niezbyt idylliczny obraz świata i czegokolwiek wokoło.
Bla-bla-bla...
Koniec ponurasów-smutasów i innych negatywnych "asów".
Jest kilka dobrych wieści do przekazania, ale najważniejsze jest to, że mam perfect match :-)!
Udało się!
Myślałam, że będę się czuć jakoś tak hmm "nie mogę uwierzyć, że to już" "szaleństwo" ....
A czuję totalny spokój.
Może jest to kwestia tego, że to wzięłam totalnie na "zimno" :D Dlaczego? Może dlatego, że obiecałam sobie, że po skończeniu studiów nie będę się przez jakiś czas z niczym gonić. Zwłaszcza, że chodzi tutaj o rodzinkę, z którą mam spędzić rok w totalnie nowym kraju. Szokiem było to, że pierwszy match okazał się tak udanym (wiek dzieci, lokalizacja, doświadczenie z programem, otwartość rodzinki) i zaczęłam się zastanawiać, czy diabeł tkwi w szczegółach, więc uwierzcie - zapytałam ich o każdą możliwą kwestie. I co?
Faktycznie, jesteśmy w kontakcie od prawie miesiąca i żadna ze stron nie naciskała na podjęcie decyzji "już", bo au pair year i tak zaczyna się od stycznia. Jednak, gdy obiecali mi, że podejmą decyzję w zeszły poniedziałek, a przełożyli to na następny .... oj tak, zaczęłam się zastanawiać co jest grane.
Dlatego poprosiłam ich o ostateczną decyzję przed tym czwartkiem w związku z wyjazdem.
I jest :-)
Misiaki, lecę do Chatham, NJ 6.01.2014 !!!!!!!
Hm, chyba dopiero jutro to do mnie dojdzie :-)


Dzisiejsze dobre wiadomości i odwiedziny pewnego Czeladnika sprawiły, że cały stres związany z jutrzejszym wylotem minął. Miałam zamiar wstawić zdjęcia z szału pakowania, ale telefon odmówił posłuszeństwa i jedyne, co udało mi się sfotografować to prezenty dla dziewczynek.

moje host dzieciątka to Zoe i Greta, lat 11, zakochane w rysowaniu/malowaniu/tworzeniu i lakierach do paznokci :D
Kupiłam im portfeliki (z tyłu jest napis "Poland is cool"), lakiery do paznokci i gumki z motywami Krk.
Do tego oczywiście słodycze :-)

Prezent dla mojej host mamy, która jest grafikiem i generalnie jest zakochana
we wszystkim co "regionalne".
Postanowiłam kupić jej blok listowy, który świetnie sprawdza się jako notatnik.
Na każdej stronie jest nadrukowany w rogu zabytek Krakowa.
Host tacie kupiłam płytę Chopina, bo bardzo lubi muzykę, więc why not?
Następny wpis będzie już z Włoch. Kiedy i o czym - nie mam zielonego pojęcia. Zastanawiam się, czy moje obowiązki porządnie dadzą mi popalić, bo ostatnim razem byłam w czasie wakacjach, a teraz będę musiała się zmierzyć z zupełnie nowymi sprawami.
Ale wiecie ... to dobrze. Chyba tego potrzebuję.
Zmiany środowiska i bodźców. Mam nadzieję, że wyjdzie mi to na zdrowie...
Raaany, dlaczego muszę być zawsze taka poważna/pompatyczna ... naprawdę Was nie nudzę? :D
Kochane au pairki, potrzebuję Waszej rady!
Ile czasu zajmuje załatwianie wszelkich papierzysk dotyczących wyjazdu? Międzynarodowe prawko, zaświadczenie o niekaralności, wiza ... Ile czasu Wam to zajęło?
Pytam, bo nie mam pojęcia, kiedy powinnam wrócić do kraju by się za to wziąć.
Z góry dzięki!

Keep tight,
M

niedziela, 8 września 2013

4 dni i ... Włochy?

Tak tak, to tylko cztery dnia, a ja czuję się tak jakbym miała za chwilę spaść w jakąś przepaść.
Proszę Państwa, nie jest dobrze.
Od tygodnia powinnam chodzić w skowronkach, bo och znowu Włochy och ale będzie super och zobaczę znowu swoją host rodzinkę.
A tu dupa.
Rozchorowałam się na dobre i tak naprawdę do końca nikt nie wie, co jest. Od środy latam po lekarzach, zrobili mi masę badań i teraz jestem na cudownych antybiotykach :))))) Miodzio po prostu.
Oficjalnie, dziękuję każdej osobie, która woziła mnie do lekarzy/na badania i potrafiła zdzierżyć mój wisielczy humor. Ku mojej pięknej M kieruje same ochy i achy, bo okazuje się, że "z nudów czyta mojego bloga" i chodzi ze mną do najgorszych lekarzy świata :*

Tak więc, miało dzisiaj być optymistycznie.
Nie jest to jakiś powalający optymizm, zwłaszcza, że mój #1 match stoi w martwym punkcie (3 tyg!!!!!!) i nadal zero odpowiedzi.
Obiecuję, że wrócę do pozytywnego tonu notek i ponadrabiam zaległości w czytaniu au pairkowych historii zza oceanu bądź też przygotowań do tychże wypraw, jak tylko stanę na nogi i trochę się ogarnę.

Buziaki i mam nadzieję, że jak się ocknę z letargu życiowego, to następny post będzie o ostatecznym pakowaniu i prezentach dla hostów! :-)

Keep tight,
M

4 dni i taki będę mieć widok o zachodzie słońca :)))
<podtrzymywacz na duchu>

wtorek, 3 września 2013

CZEKAMY ...

Dokładnie! Rodzinka miała się odezwać, koordynatorka wydzwania po Bostonach i innych dziurach, a tu cisza ... Najs.

A dzisiejszy dzień? Hm, myślę, że nawet lepiej, że nic nie pisali, bo namnożyłoby się za dużo ekstremów.
Poza tym, miałam super sympatyczne spotkanie, które naprawdę poprawiło mi humor i zainspirowało mnie do kolejnych podróży! Who knows.
Jedno spotkanie się nie skończyło, a nadarzyło się kolejne - mega nieoczekiwane, które przerodziło się we wprowadzenie mnie do magicznego świata BB (zawsze to nowy serial do kolekcji :D). Te pozytywne aspekty przeplatały się z gorączką, nadgorliwością urzędników na poczcie, przegraną w monopol (buuu :( again!), a nawet z ptakiem, który zrobił czerwoną kupkę na szybę mojego auta.
Podsumowując, sranie tęczą nie jest takie metaforyczne jak mi się wydawało!

W sprawie au pair - ZERO
Sprawy osobiste - SO-SO
Sprawy zdrowotne - SO-SO

Taki bilans na 9 dni przed wylotem? Nie jest dobrze, och.
Ale koniec smutów na dziś, jutro też jest dzień!

Keep tight,
M