Dzięki za komentarze i bardzo mi miło, że czytacie bloga! Jak uda mi się złapać trochę neta na dłużej, to ponadrabiam zaległości w czytaniu i w mailach! W związku z tym, że mój komputer oficjalnie UMARŁ, jestem skazana na laptop host dad późnym wieczorem – proszę o wyrozumiałość w zaległościach wszelakich.
W sobotę rano A (host mama) poprosiła mnie
o pomoc w ich drugim mieszkaniu w Bolonii. Wyobraźcie sobie moją minę, gdy A
stwierdziła, że mieszkanie się marnuje i stoi puste, więc udostępniają mi je na
wyłączność na czas weekendów do momentu, gdy komuś go nie wynajmą <3 Byłam w
tak ciężkim szoku, że po prostu zaniemówiłam. Raz, było mi strasznie fajnie, że
obdarzają mnie tak ogromnym zaufaniem. Dwa, mieszkanie leży 15 min od ścisłego
centrum – jakie to jest ułatwienie na przełamanie socjofobii i poznanie nowych
ludzi :D!
Tak więc, około 18 rodzinka pojechała na
wieś, a dla mnie rozpoczął się weekend J Poskakałam do sufitu z
radości przez pierwsze 15 min, a potem wyruszyłam na miasto – cały czas prosto.
Najpierw idziemy Via Mazzini, przechodzimy koło bramy do miasta (P.Maggiore) i
wchodzimy na malowniczą Strada Maggiore, która doprowadza nas do Due Torri,
czyli krzywych wież Bolonii. Stamtąd
3 min i jesteśmy na Plazza Maggiore i Nettuno J
W pierwszy wieczór
Bolonia nie pozwoliła mi odczuć ani trochę samotności, bo ulice miasta były
wręcz „zalane” ludźmi. W okolicach 20 wybrałam się na couchsurfingowy event
organizowany 5 min od mojego mieszkanka. Na czym to polegało? Na robieniu
domowej pizzy!
Na początku miałam trochę
nerwów, bo pierwszy raz się na takie coś pisałam. Stresik był oczywiście
całkowicie niepotrzebny! Organizowała to Włoszka – Asia, która studiuje
medycynę i chciała zrobić coś ciekawego, więc utworzyła na stronie event. Oprócz
nas, przyszła jej przyjaciółka oraz jej współlokatorka – Candy, która jest ze
Stanów. O ironio, okazało się, że jest z NJ i umówiłyśmy się w przyszłym roku
na kawę :D Przez ponad 3h śmiałyśmy się i gadałyśmy takie głupoty, że szkoda
słów (to chyba kwestia wina. Chyba!). Jednak, dowiedziałam się kilku pożytecznych
rzeczy. Wiedzieliście, że w stanie NJ NIE WOLNO tankować samemu? Jest to
nielegalne, bo tym samym zabiera się komuś pracę. Tak, ten pan, który
cierpliwie nalewa benzynę/olej do baku to żywa istota, której kradniesz pracę,
gdy robisz to samodzielnie. Kopara mi opadła. Druga rzecz (rozmawiałyśmy o
stereotypach – tych prawdziwych i nieprawdziwych), w USA wszystko jest większe
– od zwykłej kawy po samochody. Trzecia rzecz, woda jest za darmo.
(pewnie dziewczyny, które
czytają ze Stanów to się teraz ze mnie śmieją, ale uwierzcie – taka dawka
informacji w jeden wieczór sprawiła, że nie mogłam spać :D)
Wróciłam jakoś w okolicach 1 am do domu. Co
ciekawe, we Włoszech miasto nie śpi. Tutaj do godzin porannych jest pełno ludzi
na ulicach, samochody i skutery prowadzą taniec przez potrójną (!) ciągłą, a dźwięki klaksonów i przelatujących
samolotów nie pozwalają spać.
Na drugi dzień (niedziela) postanowiłam
przejść się do Parco di Santo Michele In Bosco przez Parco Margherita, który jest największym parkiem w Bolonii. Gdy dotarłam na sam
szczyt i w końcu mogłam podywagować nad własnym życiem, patrząc na panoramę
Bolonii, słyszę
„hi, are you also a tourist?”
(o fajnie, ktoś w końcu zna angielski)
Odpowiedziałam “No, I am a traveler”
I
oto w ten sposób rozpoczęła się dyskusja nad różnicami pojęć między mną, czyli
Polką przebywającą w Bolonii, a Jose z Ameryki oraz Stefano – Włochem. To był
totalny przypadek, że na siebie wpadliśmy. Ja nie wiem, co mnie podkusiło, żeby
właśnie o tej konkretnej godzinie pójść w to miejsce. Ech, zaczynam wierzyć, że
los naprawdę chce nam dopomóc, ale trzeba czasami pozwolić mu to zrobić.
Do rzeczy, again! A więc, z J & S
spędziłam cały boży dzień. Jak się okazało, S mieszka 5 min od Rasiglio, a z J
poznali się w Dublinie, gdzie J zaczynał swojego Eurotripa. Bello!
Najpierw zeszliśmy ze wzgórza i poszliśmy
posłuchać koncertu jego brata Stefano. Oczywiście, przyszliśmy PO i jedyne, co
nam się udało usłyszeć, to pokazowy 3min utwór. Nie powiem, żeby to było złe,
ale za bardzo takiej muzyki nie rozumiem. Co ciekawe, poznałam kilku Polaków –
dziewczynę jednego chłopaka z kapeli oraz jakiegoś chłopaka z Łodzi, który
podróżuje po Europie wraz z zapaleńcami z innych krajów, wypełniają jakieś
zadania i wyruszają dalej. Za bardzo tego nie czaję jak to zorganizowali, ale
mniejsza :D
Żeby Was nie zanudzać, S pokazał nam 7
sekretów Bolonii, czyli rzeczy, których normalnie się nie widzi lub słyszy. Nie
chcę Was zasypywać masą niepotrzebnych informacji, więc opowiem o
najśmieszniejszym z sekretów. Dawno, dawno temu, gdy pewien artysta rzeźbił Neptuna, stojącego w sercu Piazza Nettuno nie mógł sobie pozwolić na
wyrzeźbienie jego przyrodzenia w całej okazałości. Niepisane zasada w tamtych
czasu dot. malutkich rozmiarów przyrodzenia, aby nikogo nie urazić ani nie
wprawić w kompleksy. No to artystal myślał jak rozwiązać ten problem, bo jak
to – Neptun to facet pełną gębą i jak tu pokazać jego męskość? Rzeźbiarz wpadł
na genialny pomysł. Jeśli stanie się za fontanną pod odpowiednim kątem, to lewa
ręka Neptuna wygląda jak OGROMNA oznaka męskości.
Mało kto to zauważa, a tyle
śmiechu J
A najbardziej urokliwym z sekretów była
mała Wenecja (można to zobaczyć tylko w jednym miejscu w Bolonii) :
Kolejnym śmieszkiem była moja rozmowa z J
dotycząca gay-radaru. Mówię mu, że po mamie czuję gejów na odległość i że bez
problemu wskażę mu osobę homoseksualną. Śmiejemy się, śmiejemy, a tu nagle
pytanie ze strony J „do you think I am gay?” na co ja odpowiedziałam: „nooo,
you are normal”. J: „No, I am gay”.
Wyobraźcie sobie moją minę, co za wstyyyyd.
Ale z tego wszystkiego J zaczął się śmiać i powiedział, że jako Amerykanin ma
ogromny dystans i miał mega ubaw z mojego wyrazu twarzy :P
Stefano zabrał nas też do muzeum historii
Bolonii, które jest mega interaktywnym centrum, gdzie nie tylko zaprezentowana
jest historia miasta, ale też ciekawostki z życia ważniejszych mieszkańców.
Wieczorem zahaczyliśmy o pub, a potem się już pożegnaliśmy, życząc powodzenia.
Podsumowując: zbieg okoliczności sprawił, ze poznałam fenomenalnych ludzi,
zobaczyłam to czego na pierwszy rzut oka nie widać, dowiedziałam się, że w
Bolonii było ponad 90 krzywych wież, symbolizujących wpływy rodzin oraz zmokłam
do szpiku kości przez deszcz.
W poniedziałek byłam umówiona z host mam
dopiero w okolicach 18 na jakiś wernisaż poświęcony książce, której patronem
jest jej przyjaciel-profesor. Spędziłam ten dzień na spacerach bez mapy i tyle.
Wieczorem, po wernisażu (z którego nic nie zrozumiałam, bo wszystko było po
włosku :D) poszliśmy na aperitif. Serio, tutaj wszystko kończy się aperitifem.
Ten wielce znany profesor mówił po angielsku, więc wraz z Anną mieliśmy pogawędkę o piwie, Wajdzie,
komunizmie i literaturze :D haha, jestem taka nudna – wieeeem :D
To tyle J Dzisiaj jestem znowu na
wsi, gdzie będę aż do piątku. A potem
znowu Bolonia.
Wiece co jest fajne? Że wystarczyły 4 dni,
a ja znowu czuję się świetnie. Chce mi się śmiać, uczyć i korzystać z życia.
Nie potrzebowałam do tego jakiś ogromnych dawek alkoholu (haha) ani
ekstremalnych przeżyć. Po prostu rodzinka traktuje mnie jak prawowitego członka
ich rodziny, a dzieci współpracują, więc nie wracam z weekendu z poczuciem”och
nie, znowu”. Nie, cieszę się na każdy dzień i na każdy weekend.
Kurczę, jest mi tak dobrze, że aż za dobrze
J
Obserwacja 1: Mimo tego,
że jedzenie jest generalnie drogie, to ze względu na ilości spożywanej kawy,
wina, makaronu oraz pizzy – można je kupić za totalne NIC.
Obserwacja 2: Tak, Włosi
się lubią spóźniać i każdy jest na to przygotowany.
Obserwacja 3: Podwójna
ciągła? Zakręt? Nadjeżdżająca ciężarówka? Co za
problem! Wyprzedzamy. Tutaj każdy łamie przepisy. Jest masa rowerzystów i
motorowerzystów. Można dostać migreny od chaosu w mieście, dźwięku klaksonów i
ogromnego zamętu. Impossible!
| widoczek z balkonu |
Keep tight,
Marta
Po prostu wkurza mnie to, że jak nic nie potrzebuję jakoś szczególnie, to wszystko działa. A jak trzeba, to nagle coś jest nie tak -_- No ale może dzisiaj się uda, zobaczymy.
OdpowiedzUsuńCzytam notkę...
Haha ciekawostki dotyczące Stanów - dzięki :D.
"los naprawdę chce nam dopomóc, ale trzeba czasami pozwolić mu to zrobić" - TAK! Zgadzam się z tym całkowicie!
Co do przepisów... Pamiętam, że jak byłam w Mediolanie i szłam sobie po mieście, po takiej okolicy, gdzie raczej turystów nie ma, to w pewnym momencie stanęłam jak wryta i szczęka m opadła na ziemie. To, jak auta były zaparkowane - wszystkie w jednym miejscu, na środku skrzyżowania, pod wszystkimi możliwymi kątami - było dość... niesamowite :D.
No, ogólnie cieszę się, że Ci się układa! Oby tak dalej :))
:*
Byłam kiedyś na wycieczce w Rzymie, więc totalnie rozumiem o co chodzi z tymi pojazdami :P Poza tym w wielu innych krajach też tak jest (i to przeważnie to w tych "cieplejszych"), także polaczki mogą oszaleć :D Fajnie Ci się złożyło z tym mieszkaniem, wgl jezzzuuu jak ja już bym chciała wiedzieć, że pojadę do Włoch chociażby na okres wakacyjny <3 Jak z włoskim? Uczysz się?? Wg mnie to prześliczny język :)
OdpowiedzUsuńTowarzysko się rozkręcasz, więc życzę dalszego powodzenia! :) :*