poniedziałek, 29 grudnia 2014

Christmas; Part one: In the suburbs

Od zarania dziejów ludzie byli częścią różnego rodzaju konfliktów, które stanowiły o ich bycie lub niebycie. Z tego by wynikało, że konflikt może świadczyć o pewnym rozwoju (albo zostaniesz zjedzony przez jakieś przemiłe zwierzątko, czy oberwiesz w głowę maczugą i zginiesz lub okażesz się na tyle silną jednostką, która przeżyje i tym samym się rozwinie), prawda?
Więc proszę mi w tym miejscu wytłumaczyć istotę ‘konfliktów Świątecznych’? Tak, mam na myśli te niekończące się kłótnie w okresie Świątecznym, gdy drzemy koty praktycznie z każdym członkiem rodziny. Zwłaszcza z osobą, która zajmuje się większością przygotowań, takich jak planowanie, sprzątanie, gotowanie … tak, to zwykle osoba naszej Mamy. Mama, która ma już dość Świąt przed samym ich rozpoczęciem przez ogromny (czy naprawdę konieczny?) chaos, który sprawia, że wszyscy dookoła są nerwowi.

W tym roku doświadczyłam najdziwniejszych, najbardziej fascynujących, pełnych przeciwieństw, z mała ilością ciast, z elementami kultury amerykańskiej, polskiej oraz tej z serca Bronxu, czyli … Puerto Rico. Były to pierwsze Święta bez kłótni, które pozwoliły mi w zupełnie inny sposób spojrzeć na ten Świąteczny okres, który zapamiętam bardzo pozytywnie. W związku z nagromadzeniem się różnego rodzaju zdarzeń, ciekawych historyjek i mądrych (nie-mądrych) przemyśleń, postanowiłam napisać dwa posty na temat Świąt.
Gotowi na małą relację? Zaczynajmy!

Świąteczne dekoracje zaczęły pojawiać się już od ostatnich dni listopada, czyli zaraz po Święcie Dziękczynienia. Niektóre domy były przystrojone ze smakiem oraz umiarem, co naprawdę umilało krajobraz. Jednak, większość dekoracji była zupełnie przypadkowa i wyglądało na to, że właścicielom zależało bardziej na ilości niż jakości. Były też szopki świąteczne, kolorowe światełka na drzewach (nie choinkach, drzewach) oraz dekoracje na Hanukkach. All together, troszkę więcej światła pozwoliło mi na długie wieczorne spacery, które w pełni poświęciłam na kontemplacje tego, za czym będę w przyszłym roku tęsknić.




Kolejnym elementem, który w subtelny sposób wprowadził mnie w okres Świąteczny był gospelowy koncert w Calvary Baptist Church w Morristown. Wiele osób sądzi, że jedyną możliwością doświadczenia prawdziwej muzyki gospelowej jest Harlem na Manhattanie. Ogromny błąd. Po pierwsze, praktycznie KAŻDY kościół baptystyczny na Harlemie jest oblegany przez wycieczki, a uroczystości są specjalnie zaplanowane tak by sprostały oczekiwaniom turystów. Oczywiście, nic za darmo – trzeba słono zapłacić za taką przyjemność (!). Co śmieszniejsze, nie radziłabym nikomu o białym kolorze skóry oraz stanie świadomości, że Nowy Jork to Manhattan, co niesie za sobą pewien sposób zachowania, by odwiedzał Harlem na własną rękę. Harlem jest niesamowitym miejscem, ale trzeba wiedzieć, które ulice omijać i w jaki sposób się zachować, gdy po raz setny dziwnie wyglądający czarnoskórzy mężczyźni rzucają ‘how ya doin?’ by potem obrócić się za Tobą i sprawdzić, czy połknęłaś/eś haczyk, czy nie. OK, do rzeczy. Jak zwykle – moje niekończące się wtrącenia. Wybaczcie, takiż to los blogera.

Zostaliśmy powitane bardzo ciepło i mimo tego, że byłyśmy chyba jedynymi
'białymi' osobami, to nikt się na nas krzywo nie patrzył. Wręcz przeciwnie.
Fajnie było się stać częścią takiej społeczności choć na chwilę.
Miałyśmy okazję posłuchać niesamowitych głosów, doświadczyć umiejętności
gry na saksofonie, tańca oraz niesamowitej głębi głosu podczas odczytywania historii biblijnych.



No dobrze, troszkę o Świętach, które możemy doświadczyć w prawdziwym amerykańskim domu na przedmieściach. Pozwólcie mi zacząć od przybliżenia Wam idei Elf on the Shelf. W 2005 roku została wydana książka autorstwa Carol Aebersold oraz Chanda Bell, która opowiada historię jak Święty Mikołaj jest w stanie sprawdzić, czy dziecko było grzeczne lub niegrzeczne przez cały rok. A dzieje się tak dzięki małemu elfowi, którego dostaje każde dziecko jeśli poprosi o niego Święta Mikołaja. Elf ten (dziecko nadaje mu imię) przybywa w pierwszy dzień grudnia i zostaję z rodzinką aż do Christmas Day (12/25). Jeśli dziecko jest grzeczne, to elf każdej nocy przenosi się w inne miejsce w domu. Nasz elf zaczął od lampy kuchennej by następnego dnia znaleźć się na pilocie od telewizory i tym samym uniemożliwić dzieciom oglądanie telewizji. Dlaczego? Dzieci nie mogą dotykać elfów, gdyż pozbawiły je tym samym magii. Co ciekawe, elf może też dorwać się do papieru toaletowego i rozwiesić go po całym mieszkaniu ... ku uciesze dzieciaków oczywiście :-) W elfa wierzy moja młoda i tym samym nie miałam z nią problemów przez cały miesiąc - jeśli tylko przeszło jej przez myśl by zagrać swoją 'wredną/złą' stroną, to wypowiadałam magiczne imię jej elfa i od razu stawiało ją to do pionu, bo wiedziała, że zostanie umieszczona na listę niegrzecznych dzieci jeśli nie będzie słuchać. 


nasz elfik :-)
a to właśnie ulubione zajęcie naszego elfa ... ciekawe kto po tym posprzątał huh? :D

a to dowód na to, że elfy są prawdziwe ... i magiczne! ;)


https://www.pinterest.com/latkins/elf-on-the-shelf-ideas/
 (rodzice muszą wykazać się kreatywnością i oczywiście z pomocą przychodzi Internet)


Ostatnie dni przed Świętami:

Świąteczne wypieki z dzieciakami
Świetna zabawa, ale ciastka same w sobie były średnio zjadliwe
(ale tym razem zwalam to na moją hostkę, która przedobrzyła ze śmietaną w przepisie...)

Domek z piernika - zaczynamy montaż;
Taka pierdołka kosztuje od kilku do kilkunastu dolarów, ale ile z tym zabawy!

Nie jest to najlepiej udekorowany domek, ale wierzcie mi,
musiałam się popisać umiejętnościami perswazyjnymi by w ogóle mieć szansę cokolwiek
przystroić, bo młoda 'umie', 'wie', a potem słyszę 'jest brzydkie, bo nie pomagałaś' ehh życie
szał zakupów ciąg dalszy
Świąteczny koncert mojej młodej
a czy Ty masz już zdjęcie w Lodowym Zamku za jedyne 44 dolarów? 
Christmas Eve:
Z europejskimi oczekiwaniami wydawało mi się, że Wigilia będzie bardzo rodzinnym dniem. Nic bardziej mylnego. W kulturze amerykańskiej jest to ostatnia okazja na zakupy świąteczne oraz dojazd do miejsc, gdzie spędzimy Święta. Mój dzień nie był niczym szczególnym, bo spędzony na oglądaniu maratonu The Simpsons w piżamie, graniu w Fifę z młodym, skype z rodzicami (zasiadłam z nimi przy wigilijnym stole!!!) by potem przełączyć się na konferencję i zebrać prawdziwą elitę z dwóch kontynentów, co sprawiło, że w końcu poczułam rodzinną atmosferę :-) Moja rodzinka zaprosiła mnie na kolację do restauracji, ale jako, że było to bardzo last minute, to grzecznie podziękowałam, bo miałam już plany spędzić Wigilię u Magdy, której hości przygotowali kolację i podarowali nam takie same piżamki w ramach prezentu haha. 

na samo wspomnienie mam łzy w oczach!
Wigilia na dwóch kontynentach :-)
z osobą, która sprawiła, że poczułam prawdziwą magię Świąt w Chatham.
Dzięki Madzialena! 
cheers z hostem M :D
nie ma to jak lasagna na Wigilię. Ah Ci Amerykanie :-)

Christmas Day
O godzinie 7.30 obudził mnie telefon od mojego młodego 'wake up! It's Christmas Day' i po kilku minutach usłyszałam znajomy tupot na schodach. Cała rodzinka zasiadła przed choinką i zaczęliśmy odpakowywać prezenty. Po chwili dołączyli również dziadkowie. Muszę przyznać, że zamurowało mnie na widok TAKIEJ ilości prezentów. W stockings (skarpety na choinku) była bielizna i rzeczy osobiste. Potem stosik prezentów przy kominku był od Mikołaja. Kolejny stosik był od rodziców. A trzeci stosik od dziadków. Generalnie przez całe życie nie dostałam tylu prezentów, co moje dzieciaki w jedne Święta. Jednak, wygląda na to, że w tym roku byłam wyjątkowo grzeczna, gdyż nie tylko Mikołaj obdarował mnie ręcznie dzierganymi ocieplaczami na nogi, ale również podarował mi coś bez czego nie byłabym w stanie zrobić ani jednego zdjęcia, które będzie zamieszczone poniżej. Tak, czuję się szczęściarą, że mogliśmy usiąść wspólnie przy choince, narzekać na ilość papieru do pakowania, zjeść belgijskie gofry i dobrze się bawić. 

W tym momencie powinnam również napisać co nieco o prezencie dla hostów, gdyż większość au pairek ma właśnie z tym problem. Moim hostom podarowałam lampion, który kupiłam w IKEI wraz z dołączonymi świeczkami. Jako, że moi hości nie bywają w tym szwedzkim sklepie praktycznie w ogóle, to dla nich ten lampion był ewenementem na skalę światową, co bardzo mnie ucieszyło. Co więcej, jako, że mój rok ma się już ku końcowi, zdecydowałam, że przygotuję również coś, co sprawi, że rodzinka tak szybko o mnie nie zapomni :-) 
Oglądaliście kiedyś Castle? Jest to nasz (=mój i rodzinki) serial na kanale ABC, który opowiada o pracy pisarza (tytułowy Castle), współpracującego z NYPD, co pomaga mu zebrać inspirację na swoje książki. Postanowiłam, że sama zaczerpnę z tego inspirację i stworzyłam scrapbook'a na podstawie Castle, czyli w albumie stworzyłam  humorystyczne profile członków rodziny wraz z kilkoma stronami, które w bardzo fajny sposób oddały to, co działo się przez ostatni rok. Na początku wydawało mi się, że to głupie itp, ale reakcja rodzinki zupełnie przeszła moje oczekiwania ... Zupełnie się tego nie spodziewali i to ile otrzymałam pozytywnych uścisków, słów i łez (!) powinno zostać zapisane w jakiś rekordach Guinessa. Bardzo pozytywnie. I hej, bardzo rodzinnie :-)





Breakfast in progress
Jesteśmy cool i jemy gofry
Po śniadaniu spakowałam plecak i ... wyruszyłam na Bronx, gdzie spotkałam się z najcieplejszym przyjęciem mojej osoby jakie tylko mogłam sobie wymarzyć. Były hiszpańskie seriale, spacery po plaży, rozczarowanie pod choinką na Rockefeller Center, pyszne greckie jedzenie oraz kochana babcia A., która mimo bariery językowej nazwała mnie swoją wnuczką i traktowała jak członka rodziny :-) Jednak ... to wszystko to materiał na zupełnie inną historię ... 

Take care,
Marta

niedziela, 7 grudnia 2014

Jak zacząć biegać?

W związku z tym, że ostatnimi czasy zaczęło pojawiać się bardzo dużo pytań odnośnie mojej przygody z bieganiem, postanowiłam, że mogę podzielić się z Wami moją historią oraz korzyściami płynącymi z tego typu aktywności fizycznej. Nie jestem żadną specjalistką i pisząc tego posta, opieram się na własnych doświadczeniach i tym,co jest dobre dla mnie samej. 

Jak wiadomo, mój au pair year rozpoczął się w styczniu tego roku. Na długo przed przylotem do Stanów okazyjnie biegałam, chodziłam na basen, czy po prostu godzinami spacerowałam. Jednakże, nie było to nic podporządkowanego planowi ani nic dobrze przemyślanego. Chciało mi się biegać - biegałam. Nie chciało mi się biegać - nie biegałam. Nie miałam wystarczającej wiedzy by móc ułożyć sobie swój osobisty plan treningów i też za bardzo wtedy tego nie potrzebowałam. 
Wszystko się zmieniło, gdy przyleciałam do New Jersey i wiedziałam, że potrzebny mi był pewien 'stały element', coś co ostałoby się jako moja odskocznia oraz ciągłe wyzwanie, co pomogłoby przezwyciężyć pierwsze ciężkie miesiące adaptacji w nowych warunkach, przetrwać srogą zimę i nauczyć się również czegoś o sobie. 

PLAN:
Z pomocą przyszła mi moja hostka, z którą podzieliłam się tym, że chciałabym zacząć biegać, ale brakuje mi wiedzy i dalekobieżnego celu (jestem istotą, która potrzebuje mieć na uwadze cel swojego działania), więc pewnego wieczoru usiadła ze mną w kuchni, wręczyła mi 12-tygodniowy plan treningowy pod pół-maraton. Postawiłam sobie za cel, że chcę przebiec pół-maraton w przeciągu 13 tygodni, co idealnie się ułożyło. 


Właśnie tak wyglądałam mój plan. Oczywiście, można go dowolnie modyfikować w momencie, gdy troszkę poprawimy swoją kondycję, dowiemy się o potędze naszych możliwości i będziemy chcieli się skupić na określonych rodzajach treningów bardziej intensywnie. 
Przez pierwszy miesiąc skupiłam się na pracy nad kondycją. Była to połowa stycznia - zimno jak w psiarni, śnieg i masa problemów, których nie potrafiłam rozwiązać. A do tego zmotywowanie się do założenia adidasów i jakikolwiek ruch graniczył z cudem, bo bieganie nie sprawiało żadnej przyjemności (no jakim cudem jak bolał każdy mięsień?). Dlatego też początkowo ćwiczyłam 3 razy w tygodniu, następnie 4, a na chwilę obecną ćwiczę 5-6 razy w tygodniu.

Przez pierwsze 3 tygodnie, modyfikowałam ułożenie krótkich biegów (2-5 mil), robiłam sobie REST'a w sobotę i robiłam długi bieg w niedzielę. Starałam się na początku ćwiczyć, co drugi dzień - to oznacza, że biegałam w poniedziałek, środę i piątek. Robiłam ćwiczenia wzmacniające pomiędzy dniami biegowymi, a po długim biegu robiłam porządny stretching. Dzień odpoczynku jest konieczny by nasze mięśnie miały szansę na regeneracje.

Z biegiem czasu (po około 4-5 tygodniach) bieganie zaczęło sprawiać przyjemność. Miałam swoje określone trasy na biegi od 3 mil (2 mile robiłam u siebie na bieżni) i gdy dostrzegłam, że nie zatrzymuję się tak często i to, co wydawało się górką nie do pokonania, stało się po prostu górką do wbiegnięcia. Kolejne tygodnie przyniosły jeszcze więcej odkryć - zdałam sobie sprawę, że mam swój własny określony schemat biegania (próbuję wplatać interwały, ale jestem bardziej długodystansowcem, który musi rozsądnie rozplanować rozkład energii na trasie), nad którego poprawą starałam się sumiennie pracować. 



Od około 6 tygodnia zaczęłam dołączać ćwiczenia wzmacniające (krótkie filmiki z MelB, fitappy, Tiffany Rothe, Chodakowską) zaraz po bieganiu. Jednakże, priorytetem było cały czas bieganie, a dokładniej długie biegi. Do dzisiaj pamiętam jak biegłam swoje pierwsze 8 mil przez malownicze uliczki mojego miasteczka, wtedy skąpane w słońcu, a zimny wiatr muskał mi policzki. Miałam okazję na konfrontację z samą sobą oraz własnymi możliwościami. Bardzo ciekawe doświadczenie.

OK. Przyszedł kwiecień, a dokładniej 13 kwietnia, gdy stanęłam na linii startowej More Women Half-Marathon w Central Parku w Nowym Jorku, z ponad 7 tysiącami kobiet, które tak jak ja chciały udowodnić sobie, że potrafią i są silne na tyle by pokonać własne słabości i przebiec 13.1 mili. Moim celem było po prostu dobiec do mety. Muszę przyznać, że to, co osiągnęłam zaskoczyło mnie samą. Początkowo nie wiedziałam jak w ogóle zareaguje moje ciało na stres oraz całe to przedsięwzięcie, ale wszystko przebiegło pomyślnie. Po wystartowaniu upatrzyłam sobie kobietkę z koszulką z jakiegoś maratonu i założyłam, że wie, co robi i dlatego dołożyłam wszystkich starań by mieć podobne tempo, co ona. Przez cały czas wolontariusze oraz tłumek ludzi, który zgromadzili się wzdłuż trasy kibicowali biegaczom, co dało naprawdę porządnego kopa energetycznego. W rezultacie, nie tylko ukończyłam bieg, ale również zrobiłam to z uśmiechem na ustach :-) Po przekroczeniu linii mety, założono mi medal na szyję, opatulono specjalnym kocykiem i wręczyli bajgla do ręki. 

A to już moje statystyki. Na pierwszy pół-maraton nie wygląda to tak źle, prawda? 

dla takiego medalu warto przebiec ponad 21km, co? :D

Pół-maraton i po pół-maratonie! Przyszedł maj, czerwiec i wakacje. Nadal biegałam systematycznie (2/3 razy bieg 4-5 mil w ciągu tygodnia i jeden długi bieg w weekend), ale wiecie jakimi prawami rządzą się z wakacjami ... Na pewno pozwalałam sobie na więcej słodkiego i niezdrowego, a wyjazdy spowodowały, że nie mogłam pozwolić sobie na systematyczność w treningach. Jednakże, swój pierwszy Color Run 5K uważam za zaliczony - było z tym więcej zabawy niż biegania, ale super doświadczenie.






Po wakacjach wróciłam na właściwe tory. Nie tylko czekał na mnie kolejny pół-maraton (Running Festival of Lights), ale postanowiłam też troszkę wprowadzić innowacji w kwestii treningów. Nie będę wchodzić w szczegóły, ale napiszę tylko, że zaczęłam ćwiczyć w schemacie 4 x bieganie, 3 x trening siłowy, 1 dzień REST'u (lub 3 x bieganie, 3/4 x trening siłowy, 1 dzień REST'u). Dobieram treningi według własnego uznania, próbuję próbować nowych rzeczy, poszerzam wiedzę na temat zdrowego trybu życia. 

Mój drugi pół-maraton był zupełnie inny od tego, co doświadczyłam w kwietniu. Po pierwsze, byłam o wiele bardziej świadoma własnych możliwości (i silniejsza) oraz miałam Magdą, z którą trenowałam przez ostatnie 3-4 miesiące. Zauważyłam niesamowity wpływ jaki ma posiadanie osoby, z którą można biegać i ćwiczyć. Nie tylko motywowałyśmy się do treningów, ale również na bieżąco wymieniamy się różnymi ciekawostkami na temat treningów, czy zdrowych nawyków żywieniowych. Ale ... wracając do tematu pół-maratonu. 
Tym razem nie biegłam sama, nie miałam słuchawek na uszach. Przez prawie 12 mil cały czas ze sobą rozmawiałyśmy i miałyśmy masę frajdy z samego biegu przez Shore Road Park, podziwiając masywny Verranzano Bridge. Nie było wolontariuszy ani tłumu wiwatujących przechodniów. Ale zupełnie nie było nam to potrzebne - miałyśmy siebie nawzajem i innych biegaczy, z którymi się motywowałyśmy, co zaowocowało nie tylko świetną zabawą, ale poprawą mojego osobistego rekordu: "Your time of 1:56:48 gave you a  8:55 pace per mile. There were 111 finishers in the Female 20 to 29 age group and 271 finishers in the race. Your overall finish place was 97 and your age group finish place was 25." 



zawsze będę uparcie twierdzić, że bieganie to forma latania :-)


OK. Ale trzeba pamiętać jeszcze o jednej rzeczy. Nie możliwym jest satysfakcja z aktywności fizycznej jeśli nie idzie to w parze z rozsądnym odżywianiem. Absolutnie nie mam na myśli żadnych diet, których jestem przeciwniczką. Trzeba dostarczyć organizmowi określonych składników odżywczych by poprawnie funkcjonował i niestety nie jest to możliwe jeśli pozwalamy sobie, co drugi dzień na kebaba, paczkę pyszniutkich (czy na pewno?) czipsów z biedry, czy litr coli. Osobiście staram się dokonywać zdrowych wyborów (warzywa, zdrowe tłuszcze i węglowodany, dużo białego mięsa i innych źródeł protein), ale hej - jesteśmy ludźmi (a ja uwielbiam czekoladę!) i z ogromną przyjemnością pozwalam sobie na coś niezdrowego raz na tydzień w ramach 'reward meal' :-) 

Co jeszcze ... mam polubione masę stronek na fejsie, twiterze, czy przypiętych pinów na pintereście z fit motywacjami, czy uroczo wyglądającymi zdrowymi daniami, co pozwala mi na utrzymanie motywacji do zdrowego stylu życia, nawet jeśli mam zły dzień i nerwy zjadają mnie z góry na dół. 
A poza tym, wyrzuciłam wagę, która tylko i wyłącznie działała mi na nerwy i zamieściłam wiele motywacyjnych obrazków (jak te poniżej) na lustrze, co uniemożliwia mi zapomnieć o co walczę każdego siebie. O lepszą siebie :-)




Dla osób zainteresowanych, wstawiam mój przykładowy plan treningów na tydzień. Chcę jeszcze o czymś wspomnieć - po 11 miesiącach zupełnej zmiany stylu życia, aktywność fizyczna nie jest już środkiem do czegoś. Dla mnie jest to przyjemność sama w sobie, bo pozwala mi na konfrontację z samą sobą i wypocenie złości. Poza tym, nie mogę opisać jaka ogromna satysfakcja towarzyszy człowiekowi, który mimo złej pogody, wewnętrznego poczucia 'nie chce mi się', bierze adidasy i wychodzi pobiegać. Wymienię kilka pozostałych korzyści, tak dla przypomnienia. Aktywność fizyczna (bez względu na formę) ma ogromny wpływ na to, że na naszej buzi pojawia się uśmiech, mamy dobre samopoczucie, zaczynamy postrzegać świat i innych ludzi w trochę bardziej pozytywny sposób, budujemy poczucie własnej wartości i jesteśmy bardziej pewni siebie (a poprawa wyglądu zewnętrznego to po prostu bardzo pozytywny skutek uboczny!) ... Lista nie ma końca. Masz jakieś pomysły? Dopisz w komentarzu!


Wszystko w tym poście jest oparte na moim własnym zdaniu i nie jestem żadną ekspertką w dziedzinie biegania. Jednak, wiem, co dla mnie jest najlepsze i chciałam się tym z Wami podzielić.
A Wy, moje drogie au pairki, macie ulubioną formę aktywności fizycznej? Chodzicie na siłkę by zając swój wolny czas, czy z poczucia obowiązku? 

Trzymajcie się dzielnie,
Marta

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Happy Thanksgiving!

Święto Dziękczynienia jest ewenementem samym w sobie. Mimo tego, że obchodzone jest w wielu miejscach na świecie, to jednak największą wagę przywiązują do niego w Stanach, gdzie rodziny zjeżdżają się z różnych zakątków kraju by móc wspólne zasiąść przy indyku, pumpkin pie i spokojnie popijając jabłkowy cydr, grać w różne gry i po prostu rozmawiać z najbliższymi.
Moja hostka podsumowała Thanksgiving jako czas, gdy rodziny robią albo 'wszystko' albo 'nic'. To pierwsze sprowadza się do tego, że członkowie rodziny zjeżdżają się raz do roku i próbują nadrobić zaległości we wszystkim - wyjazd na narty, kino, wycieczki ... To drugie oznacza po prostu relaks w domowym w zaciszu i dosłowne nicnierobienie (czyt. słodkie lenistwo). 

Moje pierwsze Thanksgiving spędziłam pod Buffalo, gdzie wraz z moją host rodzinką wyjechaliśmy już we wtorek popołudniu i zostaliśmy tam do soboty. Mieszkaliśmy u babci dzieciaków, która traktowała mnie jak swoją kolejną wnuczkę i przekarmiła mnie bardziej niż moja własna mama ... 
Cudowna kobieta z ogromnym sercem. Wszyscy odpoczęliśmy, pojedliśmy za wszystkie czasy i dobrze się ze sobą bawiliśmy. Jednakże nie ukrywam, że pisząc tego posta, zakneblowałam się u siebie w pokoju, pożegnawszy się z rodzinką i dając do zrozumienia dzieciom, że musimy w końcu od siebie troszkę odpocząć. No równowaga w przyrodzie być musi :-)

Nie będę opisywać zwyczajów, które panują podczas Święta Dziękczynienia, bo w sumie wszystko zgadza się z tym, co możemy znaleźć w wesołych Internetach. Prawdą jednak jest to, że udało mi się spróbować wielu potraw z północnego stanu Nowy Jork, a o deserach nie wspomnę! Przez kolejne 2-3 tyg moja host rodzinka ogłosiła, że wprowadzamy dietę lekkostrawną i wszyscy się odchudzamy (dzięki Bogu!)

*mój aparat umarł i większość zdjęć jest robiona moim zabójczym telefonem, więc sorry za jakość

Day I:
dzień I: pierwszy poranny spacer po okolicy.
Poczułam się prawie jak na polskiej wsi :-)

dookoła tylko pola, przestrzeń i farmy
kolejne spacerki po okolicy

Lilly i Lucy 

palenie liści w stanie NY jest uwaga - legalne!

mała wizyta nad jeziorem Ontario, gdzie ciocia dzieci wynajmuje boat house -
jeśli ktoś byłby zainteresowany wyjazdem weekendowym nad Ontario Lake,
to mam do polecenia świetną miejscówkę z widokiem na Toronto :D

widok na Toronto i moment, gdy mój aparat umarł :-(

z mniejszym diabełkiem

a to wnetrze boat house  ... jeśli wygram milion dolarów, to chcę taki !!!

powrót do domu i początki gotowania/pieczenia/smażenia ahh wszystkiego!

wyjazd na farmę, gdzie kupiliśmy trochę owoców i indyka

wszystko ORGANICZNE, prosto z drzewka/pola i do tego za 1/5 ceny z whole foods'a

wyobraźcie sobie, że to cacko stoi sobie od lat X w garażu babci :-)

 Day II (Thanksgiving):
w drodze na Niagara Falls


Niagara Falls;
szkoda, że dolny taras był zamknięty (end of season)

Niagara Falls;
Horseshoe - zwróćcie uwagę na tak zwaną 'mist' unoszącą się nad wodospadem

a to już po powrocie do domu;
Indyk gotowy!
Ponad 15kg czystego mięsa :D

Mój host potrzebował specjalnej piłki by w ogóle pociąć tego indyka,
którego potem zjedliśmy z żurawiną mniam

pumpkin pie, yellow cake + peanut-butter cake

corn bread; beans

Day III & IV (śnieg!)

Obudziliśmy się z samego rana i postanowiliśmy, że wybierzemy się na sanki :D

Gdyby nie fakt, że większość rodzinki przyjechała SUV'ami ,to nie byłoby w ogóle
mowy o poruszaniu się po drogach
(zero służb zajmujących się odgarnianiem śniegu)

Gdy ja sobie odpoczywałam pod kocykiem z kubkiem gorącej kawy, to Lily spokojnie
dywagowała nad sensem istnienia ... 

tyłki nam wymarzły i postanowiliśmy zająć sobie czas w domu
(tak tak, ten 1 dolar to mój :P)







a tak wyglądały wieczory :-)
Tak jak wyżej wspomniałam, siedzę sobie teraz w pokoju swojego domku w NJ, czytając bardzo ciekawy artykuł click!,porządkując myśli i właśnie sobie uświadomiłam, że zostaje mi nieco ponad miesiąc pracy i ... koniec! Oh, mam bardzo mieszane uczucia, ale nie chcę się teraz nad tym rozwodzić.
Jutro zaczynamy nowy miesiąc - grudzień. Jesteście gotowi? Jakieś postanowienia przednoworoczne? 
Ja sobie obiecałam, że podkręcę trochę obroty fitnessowe i zamiast kalendarza adwentowego z czekoladkami, powiesiłam sobie 'personal fitness advent calendar'. No niestety, Thanksgiving był niesamowitym przeżyciem, ale waga jęknęła z politowaniem, gdy dzisiaj na niej stanęłam i potrzebne są drastyczne środki by do mojego powrotu do domu wrócić na właściwe tory :-)
A mówiąc o aktywności fizycznej, jak tylko znajdę trochę czasu, to opiszę moją przygodę z bieganiem i związaną z nią zmianą nawyków. Jednak, próbuję się teraz skoncentrować na spędzaniu czasu ze znajomymi i powolutku żegnam się z NJ, więc trudniej będzie mi znaleźć czas na bloga, ale  postaram się wygospodarować kilka wolnych chwil!

Trzymajcie się ciepło,
M