wtorek, 18 lutego 2014

Bingo with drag queens / Lucky tickets / Challenges

OK, przezylam tydzien - czas przywitac weekend ... z psem! Hey, what?
Moja rodzinka wyjechala, a ja do sobotniego popoludnia zajmowalam sie mala gadzinka, az do momentu, gdy siostra hostki po niego nie przyjechala. Obudzilam sie rano i zaczelam sie zastanawiac, czy powinnam w ogole gdziekolwiek jechac, bo zewszad dochodza sygnaly o snow storm.
Wysciubiam nos zza drzwi - zimno, bo zimno, ale nie pada.
Mija 10 - nadal nic. OK, to podjelysmy decyzje z Domi, ze wybieramy sie do NYC i zadna pogoda nam nie straszna. TIA.
Ostatecznie wzielam pociag o 12.35 z mojej pieknej miesciny i zanim doszlam na dworzec (cale 10 min) to juz bylam cala mokra i zmarznieta, bo padal snieg z deszczem. Trudno, wyciagnelam swoj magiczny rozowy parasol i powtarzalam sobie, ze juz nie takie ekstremy pogodowe silny Polaczek potrafil zniesc.

Po spotkaniu z Domi na Time Square, gdzie w oczy rzucilo mi sie kilka dziewczyn, ktore poznalam podczas szkolenia na Long Island, ale no coz - udajemy, ze zadna siebie nie zna, ooook; poszlysmy cos na szybko wypic i zjesc, a potem ruszylysmy przed siebie.
Jako, ze pogoda coraz bardziej sie pogarszala, to nie dalysmy rady dojsc do Central Parku i zdecydowalysmy, ze podjedziemy metrem do Little Italy, skad juz o rzut kamieniem od Village, gdzie mialysmy sie spotkac z Kristen, o ktorej pisalam juz jakis czas temu.
Gdy w koncu znalazlysmy urocza wloska knajpke i zamowilysmy pizze, to tak nam dopisywaly humorki, ze gdy Domi wziela o jeden kawalek za duzo, to talerz z pizza 'kopyrtnal' do tylu i polowa pizzy poleciala w powietrze, a talerz uderzyl o ziemie.
UPS!
Zaczelam histerycznie sie smiac, a Domi sprawiala wrazenie, ze chce po to wstac, ale jakos za bardzo jej sie nie spieszylo, to podeszla kelnerka, wziela pizze i po chwili przyniosla nowa. Haha, potem sie smialysmy, ze pewnie troszke wyczyscili te stara i ze niby nowa, tia tia :P

No to teraz z cieplymi brzuszkami mozemy ruszac dalej!

Dodajmy troche kolorow w ten szaro-bury czas

Ja sie niestety nie skusilam, bo moj zoladek potrzebowal
jeszcze odpoczynku po poprzednim wieczorze haha


Korzystajac z okazji, weszlysmy do Katedry Sw.Patryka,
ale jako, ze praktycznie wszystko zakrywaly rusztowania,
to nie powalilo nas na kolana ...

A w Little Italy najlepsza jest ... amerykanska pizza.

let is snow, let is snow ...

Hm, nie pamietam dokladnie nazwy, ale miejsce, gdzie to widzialysmy
mialo duzo wspolnego z mleczno-ryzowymi puddingami.
Mimo tego, ze mam 'sweet tooth', to jednak nawet ja sie na nie
nie skusilam po takich plakietkach haha :P

OK, zjadlysmy wlosko-amerykanska pizze, przejrzalysmy mape i zaczelysmy poszukiwania magicznego miejsca o nazwie Le Poisson Rogue, gdzie umowilysmy sie z Kristen na ... bingo! Na poczatku tak srednio nam sie usmiechalo, bo pierwsze skojarzenia z bingo, to klub seniorow i totalnie nudny wieczor. Ale spoko, obiecalysmy sobie, ze sprobujemy - w koncu co lepszego mamy do roboty w ten szaro-bury wieczor.
Dotarlysmy pod wlasciwy adres, a tutaj ... Dziwnie przebrani ludzie wchodza przez jakies czarne drzwi, przy ktorych postawny facet sprawdza ID.
Zanim zebralam mysli, gdzie wlasciwie jestesmy, to przed nami wepchala sie rozwrzeszczana 'ksiezniczka' z tiara na glowie i przebrana cala na rozowo i na pewniaka wchodzi do klubu.
Marta, to na pewno tu? - czulam w glosie Domi pewna watpliwosc, ale machnelam reka, bo przeciez nie moze byc az tak dziwacznie na zwyklym bingo, wiec zarzucilam torbe na plecy i wchodzimy.
Wchodzimy ubrane na sportowo, w czapkach i kurtkach zimowych, z plecakami i z totalnym szokiem na twarzy, gdy naszym oczom ukazuje sie jakis metalowy pub-klub z ogromnym akwarium pelnym pirani, a na scenie jak w morde strzelil drag queens, ktore oglaszaja gre w bingo :D Wszyscy tak fajnie ubrani, a my takie wieeesniary. Ale dobra, uznalysmy, ze przezyjemy to i bedziemy sie dobrze bawic.
Spotkalysmy sie z Kristen, ktora zarezerwowala dla nas stolik i ktora byla w trakcie krecenia dokumentu o tym miejscu i drag queens, gdyz jest dziennikarka i w bardzo madry sposob polaczyla przyjemne z pozytecznym.
Dostalysmy karty do bingo i zaczela sie gra. Nie powiem, bo bylo super sympatycznie i naprawde sie usmialam. Ba, nawet udalo mi sie wyjsc na scene :D haha, po 3-4 kolejce zaczelam wrzeszczec BINGO i mialam szanse wyjsc sie pokazac do ludzi.
No pieknie. Nie dosc, ze w tych sportowych ciuchach, to jeszcze bede musiala swojego paszczaka otworzyc i cos do tych ludzi powiedziec. Mysle sobie.
Jedna z drag queens spytala sie, czy jesli jestem Polka, to czy jestem na wakacjach.
-No. I do work and study.
-Oh, what do you study then?
-Ups. Haven't decided yet!
haha, i na tym skonczyla sie gadka, bo nadszedl czas na wybranie wlasciwej koperty - dwie byly z pieniazkami, jedna ze slodyczami. Wybralam koperte numer 3 i wygralam ... $5 hahahaha :D zawsze cos!

o jezu, gdzie mysmy zaszly?


w takich warunkach to mozna pracowac

prosze bardzo, dowody swietnej zabawy i wygrana haha

W niedziele rano przywitala nas przepiekna pogoda. Postanowilysmy, ze najpierw pojdziemy na prawdziwe amerykanskie sniadanie w diner na Upper West Side i tak tez zrobilysmy. Nastepnie pozegnalysmy sie z Kristen, a z Domi ruszlysmy do Central Parku, gdzie mialysmy zajsc dzien wczesniej, ale pogoda na to nie pozwolila. Stamtad bylo juz blizutko do Metropolitan Museum of Art, ktore uznawane jest jako jedno z najbogatszymi zbiorami na swiecie. Troszeczke bylysmy zmartwione perspektywa stania w kolejce po bilety (przypominam, suggested price - nie trzeba placic $ 20, to jest myk na turystow), a tu nagle jakis starszy pan nas zaczepia i wrecza nam specjalne bilety.
Cholera, a jak to jest ten taki konik i jak wezmiemy te bilety to zazada czegos w zamian - wlaczyla mi sie moja polska mentalnosc i spora dawka przezornosci.
Spytalam sie go, dlaczego wrecza nam bilety specjalne i okazalo sie, ze ten facet jest jakims memberem czegos i dostal te bilety za free, a on juz byl nie raz w tym muzeum i chcialby je komus dac.
Wreczyl nam te bilety i pognal przed siebie.
A my stalysmy na srodku chodnika, ludzie sie o nas obijali, a my wciaz z oslupieniem patrzylysmy sie na siebie albo na 'bilety specjalne' :D

Weszlysmy do muzeum bez zadnego problemu. Chodzilysmy przez ponad 3h i przyznam szczerze, ze stracilam poczucie czasu. Dzieki tak ogromnemu sniadaniu mialam sily chodzic i chodzic, ale to muzeum to byl istny labirynt! Najciekawsze byly dla mnie sekcje poswiecone Starozytnemu Egiptowi, American Wing i kacik muzyczny. Najmniej zainteresowala mnie sztuka nowoczesna, ale ja generalnie nie jestem fanka modern art.

MEGA BOMBA KALORYCZNA
ale raz w zyciu warto :D

Good Morning!
z Kristen i jakims starszym panem w tle ...

No to sprawdzmy ten caly maple syrup ...
Skupienie przed sniadaniem ...

eh, w Nowym Jorku wszystko jest mozliwe ;>


Lucky tickets !!!!!

The Temple of Dendur

American Wing

a to moj ulubieniec. Musze na nowo troszke poczytac tych jego wypocin artystycznych :>

wiem, ze creepy, ale mi sie podoba

taki tam ... Luter z cala protestancka smietanka

kabuum!

specjalnie dla MB - az sie lezka w oku zakrecila!!!

to ja, gdy probuje sie wyciszyc jak mnie dzieci wkurza :D

no to gdzie idziemy dalej ... ?

troszke bardziej europejsko i swojsko.
Ale nie bylo polskiej husarii, IGNORANCI! :D

moi faworyci to oczywiscie Egipcjanie,  Grecy i Rzymianie.

Podsumowujac, polecam wszystkim Met, bo kazdy znajdzie cos dla siebie. Ale nie idzcie z pustym zoladkiem, bo czeka Was sporo chodzenia :)
Ten weekend zaliczam do jednych z najlepszych, gdyz usmialam sie za wszystkie czasy i w koncu moglam sobie od serca pogadac, co i jak z polska dusza! Dzieki wielkie Domi, ze wysluchalas moich zalow, jak i jaralas sie ze mna moimi podjarkami haha <maslo maslane>.

W kwesti wyzwan, to troszke byly pewne nieporozumienia z HM ... ale no, mam nadzieje, ze otwarta rozmowa rozwiazemy te male problemiki. Kazdy na tej planecie ma rozne problemy, czasami o dziwacznym podlozu, ale kazde z nich warte jest chwili namyslu i mobilizacji do ich rozwiazania.
Spoko jest!
Sorry za obsuwe czasowa z czytaniem postow ... Chcialam nadrobic to w tym tygodniu, ale wedlug grafiku, to do piatku jestem sama z dzieciakami, bo rodzice jada na business trip, wiec nie sadze bym miala za duzo czasu, ale postaram sie zrobic, co w mojej mocy by Was nie zawiesc :D

Keep tight,
M

piątek, 14 lutego 2014

Valentine's Day / 2 last weeks

Ostatnie dwa tygodnie naprawdę szybko mi zleciały. Mimo trzech śnieżnych dni i w całości spędzonego weekendu w domu - uśmiech nie schodził mi z twarzy (haha, aż do dzisiaj :D Tak, dzisiaj doczekałam się pierwszej bury ze strony HM, ale cóż poradzić. Do końca nie jestem przekonana, czy miała po prostu zły dzień, czy niefortunnie dobrała słowo i wyszło jak wyszło. Mniejsza z tym!)
Z dzieciaczkami jest coraz lepiej, co niezmiernie mnie cieszy. Kłócić kłócą się nadal, ale raz - nabrałam pewnego dystansu, a po drugie - człowiek U C Z Y  S I Ę na błędach, które najpierw trzeba popełniać i co zazwyczaj boli, ale warto.
Tak czy siak - jest dobrze.
Dzisiaj są walentynki, a ja ... Przejdziemy do tego za chwilę ;)

Teraz będzie zdjęciowo by Was za bardzo nie zamęczyć tymi czarnymi literkami ...

Piątek: No i tyle śniegu sprawiło, że przez 2 dni stan NJ  był sparaliżowany

nasza mała gadzinka w płaszczyku zimowym haha

zmierzyłam! żeby nie  było

Piątkowe pieczenie babeczek.


no i efekt końcowy :)

Sobotka: Totalnie lazy day, a wspólny wieczorny hang-out warto zacząć od włoskiej knajpki.
Przedstawiam Annę, z którą byłam na szkoleniu i która jest moją bliską sąsiadką.

Odpuściłam sobie panini na rzecz szpinakowej sałatki z mozarellą i suszonymi pomidorami :)
Jako, że nie jest zbyt dużą fanką dipów i gotowych sosów do sałatek,
to tego też nie tknęłam :D ale sałatka była f a n t a s t y c z n a !

Dla mojej Kasiałkę
Pozdrówka z Ameryki, gdzie wszędzie krzyczą kalorie :D
W PL nieświadoma niczego zawsze brałam największe bomby kalorczne,
a teraz ograniczam się do herbaty albo skinny vanilla latte i cappuccino :D

I mój super hipstere zestaw :D
W poniedziałek poszłam do bibloteki w ramach 'czas odstawić auto, bo inaczej zapomnę jak się chodzi'
i co widzę?
Allergy alert (!) na oknie w miejscowym klubie karate
hahaha WHAAAT

Poniedziałek: No i w końcu zapisałam się do biblioteki :)
Oczywiście nie mogłam się powstrzymać i wypożyczyłam tonę książek
o zdrowym odżywianiu, szczęśliwym życiu i samouczku z niemieckiego hahaha

Poniedziałek wieczór.
Moje dwunastoletnie dziecko potrafi upiec lepsze ciasto niż dwudziestodwuletnia stara dupa jak ja...
Try not to cry.
Cry a lot ... 
Wtorek: Zumba po raz pierwszy!
I od razu dzień wydaje się bardziej słoneczny i pozytywny.
Środa: Kolorowe baloniki naprawdę rzucają się w oczy, gdy
dominującym kolorem jest wszechobecna biel ;)
Czwartek: No to na nowo nas zasypało.
Już 4 snow day w ciągu niespełna 30 dni - NICE.
Co to oznacza? Taaak, prawie 12h z dzieciaczkami <3 :D


Czwartek: Czas zacząć ogarniać sprawę prawka ...

Czwartek: Z moją małą zaczęłyśmy kontaktować się wysyłając sobie listy.
Po jednym dniu moja szuflada pękała w szwach ze względu
na ilość tej twórczej makulatury :> 
A więc dzisiaj W A L E N T Y N K I.
Co ciekawego robicie w to bardzo nielubiane przeze mnie święto? :D
Jako, że przed nami 'ski weekend' dla większości Amerykanów ze względu na wolny poniedziałek, to moja rodzinka wyjechała w góry, zostawiając mi pod opieką piesełę do jutrzejszego popołudnia. Pomyślałam więc, że nie wypada samej zamulać w ten wieczór i spędzę go na jedzeniu smakowitości włoskich i polskich oraz oglądaniu filmów :D Miałam dzisiaj troszeczkę słabszy dzień przez tę całą sytuację z HM, ale cieszę się, że teraz mam 3 pełne dni by sobie odpocząć, pozbierać myśli i ... być lepszą operką już od 6 rano we wtorek.

Co planuje na weekend? Chyba czas odwiedzić NYC.
Stęskniłam się już. Uzależnia. Bardzo uzależnia.

Trzymajcie się ciepło i do następnego!
Marta

poniedziałek, 10 lutego 2014

!!!!!

Kochani,

Jakiś czas temu nawiązała się współpraca polsko-amerykańska (oczywiście, bądźmy poważni!), to znaczy wzięłam udział w projekcie Pawła i dzisiaj o poranku moja radosna twórczość ujrzała światło dzienne na jego stronie.
Bardzo będzie mi miło jeśli znajdziecie minutkę na to by wejść o tu:

Druga sprawa.
Kochane au pairki oraz wszystkie wesołe stworzonka na wschodnim wybrzeżu!
Wpadłam na pomysł by w jakiś piękny wiosenny dzień zaplanować spotkanie gdzieś w Nowym Jorku i przenieść znajomości z blogosfery/facebooka do świata rzeczywistego?
Co o tym sądzicie?
Myślałam o jakieś niedzieli, gdyż jest to dzień, kiedy znaczna większość będzie mieć wolne. Co do miejsca i detali - czekam na propozycje, stwórzmy coś razem :) Termin może być dość odległy - nie ma to dla mnie żadnego znaczenia. Najbardziej zależy mi na tym by jak największej grupie osób pasowało, bo naprawdę na samą myśl, że mogłabym w końcu spotkać tyle 'blogowych' twarzyczek, uśmiech pojawia mi się od ucha do ucha :)

Keep tight,
M

sobota, 8 lutego 2014

My schedule

Miałam zamiar troszeczkę nadrobić zaległości blogowe w weekend, ale siedzę tak sobie na łóżku, upajam się świadomością, że jest piątek wieczór i piszę do Was Kochani!
Jeśli macie jakieś pytania bądź chcielibyście o czymś konkretnym, a związanym ze Stanami i operkowaniem poczytać - dajcie znać :)

OK, jak zwykle rozwodzę się niemiłosiernie na początku zanim przejdę do sedna ... Już się poprawiam :)

Gdy  przestały mnie zadziwiać ogromne porcje jedzenia 'na mieście', wszechobecne tabele kaloryczne, a dawania napiwków weszło mi w krew i w końcu poczułam się jak członek mojej amerykańskiej host rodzinki, zrozumiałam, że nadszedł na czas na napisanie co nieco o rutynie dnia codziennego.

W ramach przypomnienia, mam dwójkę host dzieciaków w wieku szkolnym. Dziewczynka ma 9 lat i chodzi jeszcze do szkoły podstawowej, czyli do Primary (Elementary) School, gdy chłopczyk ma lat 12 i jest w Middle School. Dlatego też moje obowiązki sprowadzają się głównie do zmiany porannej, gdy trzeba obudzić dzieci i zawieźć do szkoły oraz do zmiany popołudniowej - odbiór dzieci ze szkoły, zadanie domowe i naszykowanie lunch'u na drugi dzień.

Co tydzień HM drukuje mi schedule na cały tydzień. Praktycznie nie ma większych zmian, ale w związku z carpooling'iem - dzielimy się z innymi rodzicami obowiązkiem zawożenia dzieci do szkoły lub na dodatkowe zajęcia, są malutkie zmiany kto i o której zawozi dzieci.

6.15 - pobudka (chłopiec); przypilnowanie by pościelił łóżko.
6.20 - 7 - przygotowanie śniadania dla dzieci; dopilnowanie by chłopiec wziął wszystkie potrzebne rzeczy z góry; opróżnienie zmywarki.
7.15 - pobudka (dziewczynka); łóżko + get dressed
7.25 - wychodzę z chłopcem do szkoły; po drodze zabieramy jego kolegę i jedziemy razem.
7.40 - powrót do domu; wyszykowanie dziewczynki
8.30 - dziewczynka wychodzi do szkoły (carpooling)

do 14.30 mam wolne. Jednakże, w międzyczasie muszę wychodzić z psem. Nie byłoby to żadnym problem, ale trzeba się mobilizować co jakieś 1.5h by z nią wyjść, bo to jeszcze szczeniak.
Co robię w wolnym czasie? Biegam, ćwiczę, próbuję sobie coś tam poczytać, spotykam się na breakfast/lunch z innymi operkami, załatwiam jakieś dodatkowe sprawy (np. kupienie bagles na następny dzień, odbiór prania z pralni - bzdurki maleńkie) ...

14.45 - odbiór chłopca ze szkoły
15.10 - odbiór dziewczynki ze szkoły

do 18 albo jeżdżę i zawożę dzieci na dodatkowe zajęcia bądź też dzielę tak czas by zrobić pracę domową i trochę jednak po szkole odpocząć.
Po przyjeździe HM jestem już free. Mam zawsze wybór, czy chce z nimi zjeść dinner, czy sama coś sobie przygotować. Jednak, może zdarzyć się, że ojciec będzie cały dzień w domu i dinner będzie wcześniej, ale mimo jego obecności - cały czas pracuję, gdy on zamyka się w biurze na cały dzień.

Tak to wygląda.
W kwestii weekendów... Na razie wszystkie miałam wolne, bo dzieci nie mają żadnych eventów jako, że jest zimno i nic nie jest organizowane. Innymi słowy, teraz korzystam, bo od marca zaczną się mecze lacrosse etc, więc trzeba będzie dodatkowo zawieźć dzieci w soboty na rozgrywki. Przypomnę, że au pair ma tylko jeden weekend ustawowo wolny, reszta zależy od rodzinki (ale 1.5 wolnego dnia na tydzień).

W kwestii dodatkowych godzin ustaliliśmy z rodzinką, że będzie coś za coś. To znaczy, że zgadzam się na babysit do 21, ale w najbliższym czasie zostanie mi to w jakiś sposób wynagrodzone - np. w jeden dzień mogę dłużej pospać i to rodzice zawiozą dzieci do szkoły. Dwie strony starają się być po prostu flexible i iść sobie na rękę. Bardzo mi to pasuje, bo pozwala to na tym etapie stworzyć fajną więź z rodziną opartą na czystej współpracy.

Osobiście bardzo podoba mi się ten plan i fakt, że mam dużo czasu dla siebie. Myślałam, że będzie to dla mnie problemem by zmobilizować się do wstania o 6 rano każdego dnia, ale po 2 tygodniach weszło mi to w nawykach i nawet w weekendy nie wstaję później niż o 7.30 i o dziwo, jestem całkiem wypoczęta. JA?! Naprawdę to napisałam ?! Poważka, człowiek potrafi się zmobilizować do praktycznie wszystkiego jak tylko bardzo mu zależy.

Mówiąc o mobilizacji - właśnie wróciłam po 2h siłowni i obawiam się, że jutro prawdopodobnie nie ruszę się z łóżka. Ale no cóż, taki ból bardziej mi pasuje niż ból żołądka i wątroby na drugi dzień :>
Jednak, ten weekend będzie pod patronatem piżamy, komputera i ogólnego relaksu. Taaak, potrzeba mi takiego dnia ... No dobra, ten tydzień wcale nie był taki zły. Gdy chłopczyk pojechał w góry we wtorek, to nagle wszystkie problemy z dziewczynką jak ręką odjął. Nadal jest dystans (ale to naturalne, cały czas jej numerem jeden jest była operka), ale powiem, że bardzo dobrze się bawiłyśmy przez te ostatnie 3 dni i na pewno zrobiłyśmy krok naprzód w kwestii naszych relacji, co mnie niezmiernie cieszy :-)
Śmiejcie się, ale przełom nastąpił, gdy pokazałam jej blogspota i teraz mała siedzi przy komputerze, pisząc posty o słodkich świnkach :D

PS. Pamiętacie może Domi? Pisałam o niej niejednokrotnie w związku z training school i pierwszą wycieczką do NYC. Tak ją męczyłam tematem bloga, że w końcu sama przekonała się do pomysłu pisania i założyła swój.
Zróbcie tej dobrej duszy ze Szczecina prezent na urodziny (jeszcze raz wszystkiego najlepszego! :* ) i nie wahajcie się zajrzeć: http://riskdreamexpect.blogspot.com/

No i dziś trochę nietypowo, bo zamiast zdjęć - kilka filmików. Jakość nie powala, ja wiem ... Ale mam nadzieję, że chociaż w ten sposób troszkę bardziej podzielę się z Wami swoją radością z bycia tutaj :)






Keep tight,
M

środa, 5 lutego 2014

First month / Ice-skating / China Town

Wow, a więc minęło już prawie 30 dni od momentu, gdy cała w skowronkach Marta postawiła swoją stopę na amerykańskiej ziemi na lotnisku Kennedy'ego w Nowym Jorku.
Niby jak z bicza strzelił, a w ciągu tego miesiąca wydarzyło się tyle, że mogę ten styczeń nazwać tym najintensywniejszym w moim życiu.
Daruję sobie wszelkie podsumowania, bo to dopiero początek, jeszcze 11 miesięcy (przynajmniej ;) ).
A jak jest na razie?

Od ostatniego postu jest istna sinusoida - czasami jest wspaniale i spełniam się w swoich obowiązkach. Myślę sobie wtedy, że jestem dobra i zawojuję cały świat.
Potem nagle boom, czuję się przygwożdżona do ziemi przez jakąś sytuację, z którą kompletnie nie wiem, jak sobie poradzić i myślę 'cholera, nie nadaję się. Mam dość. Fajnie było, Nowy Jork zobaczyłam, to czas się spakować i wracać'.
Innymi słowy, po tych 3.5 tygodniach w nowym domu czuję się bardzo swobodnie, host rodzice są bardzo w porządku, ale też bardzo dużo wymagają. Dlatego po całym dniu po prostu padam na twarz.
Na szczęście wszystkie weekendy w styczniu oraz ten następny są dla mnie wolne, więc gdy jest mi ciężko to zaciskam zęby,a w głowie pojawiają się obrazy tego, co tak bardzo mnie uszczęśliwiło przez ostatnie tygodnie i o co warto walczyć.
Jeszcze wczoraj, gdy na niebie nie było ani jednej chmurki, czerwone ostrzeżenia pojawiały się na każdej lokalnej stacji tv, że nadchodzi wielkie snooowstorm. Ludzie, ja rozumiem - troszkę śnieżku, troszkę nas przysypie, ale przecież nie takie rzeczy człowiek musi przeżyć! A tutaj odwołują szkoły jeszcze przed tym jak spadnie chociaż jeden płatek śniegu.
Dziś jest środa i faktycznie - spadło duuużo śniegu. I tak, jest snow day.
Siedzę tylko z małą, która przeżywa ogromny okres buntu i sama nie wiem, czy bardziej mam się cieszyć, czy płakać ... ale dobra, potraktuję to jako świetną okazję do poprawy naszych relacji :P

Oderwijmy się troszkę od rzeczywistości i przejdźmy do weekendu ... Króciutko, obiecuję!
<żartowałam>
Ale całkiem na poważnie obiecuję, że praktycznie nic nie wspomnę o Super Bowl, które obejrzałam z rodzinką, a z którego nic nie zrozumiałam i krzyczałam wniebogłosy, gdy reszta się ekscytowała :D Poza tym, cały Nowy Jork żył tym wydarzeniem - najmniej tu chodzi o sport, a więcej o event, nawet o emitowane reklamy w przerwach ... Mniejsza z tym, jedziemy z koksem :)

W piątek wraz z innymi au pairkami z Chatham i okolic wsiadłyśmy do pociągu w kierunku NYC. Wpadłyśmy na pomysł by sobie pojeździć na łyżwach.
Super! Zobaczymy, czy to faktycznie jest takie hop-siup, czy wyląduję na tyłku - pomyślałam, gdy dziewczyny przedstawiły propozycję, ale ostatecznie stwierdziłam, że to fantastyczny pomysł. Obiecałam sobie, że przez cały rok będę przystawać na praktycznie wszystkie szalone pomysły (oczywiście w granicach rozsądku), bo w końcu ... one time thing :)
Wylądowałyśmy na Trump ice rink, bardzo blisko osławionego 'hotelu z Kevina'. Było całkowicie fenomenalnie. Czułam się jak w filmie ... ale jak spadłam na swoje 4 litery, to niestety nie pojawił się żaden szarmancki przystojniak rodem z komedii romantycznej. Eh, taki to ciężki los...
Ok, wracamy na ziemię - z praktycznych kwestii. Polecam wziąć swoją kłódkę do szafki, bo inaczej trzeba dodatkowo zapłacić...

Próbowałyśmy pójść na gorącą czekoladę do Maxx Brenner, ale niestety - potrzebna była rezerwacja. Pojawiłyśmy się tam przed 16, a stolik dla pięciu osób mógł się ewentualnie zwolnić dopiero po 1 w nocy. Dlatego też poszłyśmy do Vapiano, o którym możecie poczytać tutaj. Zwykle nie wstawiam odnośników tego typu, ale byłam naprawdę pod wrażeniem tego miejsca. Na początku obawiałam się, że będzie wybitnie drogo, ale nie! Każdy znajdzie coś dla siebie z włoskiej kuchni - od pizzy po piadini w bardzo przystępnych cenach i przyjemnej atmosferze.
W Vapiano dołączyła do nas Kristen, którą poznałam wraz z moją S., gdy wybrałyśmy się do Irlandii na Św.Patryka, a która studiuje w Nowym Jorku. Zgadałyśmy się ostatnio i Kristen zaproponowała bym u niej została na ten weekend, co wywołało ogromny uśmiech na mojej twarzy.
Jakież to życie przewrotne, prawda? :-)

Po wyjściu z restauracji pożegnałyśmy się z dziewczynami i wraz z Kristen ruszyłyśmy na Harlem - dzielnicę, która jeszcze 5-6 lat temu miała naprawdę złą opinię, a dziś tętni życiem i staje się coraz bardziej 'fancy'. Zastanawiałyśmy się, gdzie by tu uciec od tłumów, które przybyły na Super Bowl.
Postanowiłyśmy, że zostaniemy w Harlem i spędziłyśmy bardzo przyjemny wieczór w pubie z muzyką na żywo i całkiem dobrym piwem, którego nazwy oczywiście już nie pamiętam... Ale za to dowiedziałam się co nieco o kwestii napiwków - jak ważne są dla barmana, czy w restauracji. Tutaj jest to zupełnie naturalne i automatyczne, że 10-20% napiwek ląduje w magicznej książeczce z rachunkiem lub na blacie baru.

*wtrącenie what's up? które można usłyszeć praktycznie za każdym razem, gdy dana osoba czegoś nie zrozumie. Dla przykładu:
-hey, blablablabla ... you know?
- hm, what's up? (=what did you say?)
Jest to wymawiane raczej jako /wazap?/ i jest według mnie tak urocze, że chyba sama zacznę to stosować :D

Niedzielny poranek przywitałam w pokoju na stancji w Harlem, gdy nad moim łóżkiem widniały kolorowe skrawki materiału z wypisanymi modlitwami, przywiezione z Tybetu. Było tak ciepło w pomieszczeniu, że musiałam otworzyć okno (dowiedziałam się, że większość starych budynków w Nowym Jorku ma źle wyregulowane ogrzewanie i ludzie marnują energię otwierając okna, ale nie ma innego wyjścia ...), a wtedy ożywcze powietrze wkradło się do pomieszczenia i ostatecznie zmobilizowało mnie do wygrzebania się z wielkiego łóżka oraz przywitania nowego dnia.
Dzień ten zaczęłyśmy od IHOP, gdzie zjadłam swoje pierwsze amerykańskie naleśniki. Super sprawa, zwłaszcza jak siedzi się przy ogromnej porcji naleśników z prawdziwą podróżniczką, która dzieli się z Tobą przeróżnymi historiami, sącząc spokojnie kawę w niedzielny poranek.
Następny przystanek: China Town! Gdzie miała miejsce parada w związku z powitaniem chińskiego Nowego Roku. Udało nam się dopchać pod same barierki - nie liczę malutkich Chińczyków, którzy stali przed nami. Wszystko było maksymalnie kolorowe, głośne i wesołe. Czułam się troszeczkę jak dziecko, które realizowało się w czymś, co znało tylko z filmów.
Popołudniu Kristen musiała wracać do pracy, a ja przeszłam się przez Little Italy i uwaga - zrobiłam sobie mega długi spacer na samo Penn Station. Myślałam nad tym by wziąć metro, ale chyba pół Ameryki zjechało się do Nowego Jorku i wszystko było zapchane do maksimum. Jako, że doceniam sobie swoją osobistą przestrzeń, to postanowiłam się przejść ;)

To tak w wielkim skrócie, czas na zdjęcia!

cześć jestem wiewiórką z Central Parku

no to jazda!

od lewej: ja, Britt (Holandia), Wijke (Niemcy), Nicky (Austria), Caro (Holandia)

taaak, polecam wziąć sobie kłódkę albo i kilka - nie dałyśmy radę wszystkiego zmieścić
w jednej szafce, więc wartościowe rzeczy napchałyśmy do szafki,
a resztę zostawiłyśmy w zasięgu wzroku ...

sieeema!

takie chill-outowe wieczory to ja rozumiem :>

:)

uwierzycie, że nigdy wcześniej nie jadłam pancakesów?

Niby w Ameryce takie tłuścioszki same - OK,
ale bez względu na to, gdzie się jest, to zawsze podawane są kalorie ...
trochę przytłaczające, co? :D

Kristen z combo śniadaniem :D

smacznego!

spróbowałam wszystkich tak na marginesie ...

no to dotarłyśmy

poproszę to i @#$@#$#@ i ##%%^$%^ ...

so here we are!

konfetti, rzucane ciasteczka z wróżbą ...

Cafe Roma i bezsprzecznie najlepszy chocolate cheesecake...

eeeeeh

Italia, mi manchi!

Super Bowl ... wszędzie.
nawet metro było całe oblepione reklamami SB...

a ja narzekałam, że trudno mi było zaparkować pod uniwerkiem 

Keep tight,
Marta