poniedziałek, 19 stycznia 2015

Słoneczne pozdrowienia

Pierwsze 11 dni mojego travel month zleciało jak z bicza strzelił.
11 pięknych dni w Kalifornii. Nie ma piękniejszej krainy na ziemi.
Melduję, że żyję i przesyłam mega pozytywne (i ciepłe) pozdrowienia :-)

Przyszedł czas na Nevadę, Arizonę i ... Massachusetts!



niedziela, 4 stycznia 2015

Minął już rok!

Hej misiaki,

Na wstępie dziękuję serdecznie za ponad 50 000 wyświetleń !!!!!! Jesteście niesamowici i cieszę się za każdym razem, gdy dostaję od Was wiadomości, czy komentarze. Thanks!
_____________________________________________________________

Dzisiaj mija dokładnie 365 dni od kiedy schodząc po stalowych schodach, doczepionych do Boeinga linii British Airways na JFK, zdałam sobie sprawę, że ... udało się. Jestem w Stanach.
Pokonałam wiele przeciwności by w końcu zrealizować swoje ogromne marzenie o pobycie zza oceanem.

Od tego momentu minął rok. Rok niesamowity.
Rok, który zleciał jak z bicza strzelił (a na początku myślałam, że udało mi się zagiąć czasoprzestrzeń, gdyż pierwsze 2-3 miesiące ciągnęły się niemiłosiernie, ale niestety i mnie dopadł galopujący upływ czasu). Nie będzie tutaj żadnych podsumowań. Jeszcze nie teraz. Bo wciąż tutaj jestem. Będę podróżować. Jeszcze wiele do opowiedzenia.

Jedyne, co mogę stwierdzić bez chwili zawahania, to fakt, że zaszło we mnie bardzo dużo zmian. Z przewagą tych wewnętrznych, bo na zewnątrz jestem wciąż tą samą niebieskooką blondyną, która zdaje się mieć wiecznie głowę w chmurach. Niby to tylko rok, ale w znaczący sposób zmienił moje życie. I dzięki Bogu za to doświadczenie.

OK. Tak jak napisałam wyżej - na podsumowania przyjdzie czas jak przygoda będzie oficjalnie skończona. A przede mną travel month, a dokładniej 21 dni, które całkowicie spędzę na podróżowaniu. Nad planem pracowałyśmy (ja i Anna) ponad 5 miesięcy. Nie jest to łatwe zadanie by zorganizować tak długą wyprawę, a nie zapłacić za jakiś zorganizowany tour i mieć z głowy. Jestem przede wszystkim podróżniczką, a nie turystką i takie zwykłe 'zwiedzanie' mnie po prostu nie satysfakcjonuję.
Jednak, uważam, że to co będziemy potem pamiętać po latach, to problemy i problemiki, przygody mniejsze i większe, których doświadczymy podczas kolejnych 3 tygodni. Co więcej, podróż ta będzie odbywać się w zupełnie różnych stanach, gdzie żadna z nas nie ma ani 25 lat, ani karty kredytowej... Organizacja logistyczna w takich warunkach jest naprawdę wyzwaniem. Co więcej, będziemy w 90% przypadków polegać na couchsurfingu oraz kontaktach międzyludzkich w kwestii zakwaterowania oraz przemieszczenia się z punktu A do B. Szczegółów nie zdradzę, ale chętnie podzielę się z Wami perełkami, które mamy zamiar odwiedzić.

Trzymajcie kciuki za pomyślność naszej szalonej wyprawy!
Już nie mogę się doczekać, bo to bez zwątpienia będzie podróż mojego życia.
xoxo,
Marta


czwartek, 1 stycznia 2015

Christmas II: in the ghetto; New Year's Eve; koniec blisko.

Moje 'prawdziwe' Święta spędziłam z dala od idyllicznego domu, pełnego dzieci, unoszącego się zapachu bekonu i maratonu Simpsonów w TV. Święta te spędziłam na Bronxie, gdzie przez 4 dni stałam się częścią prawdziwej latynowskiej rodzinki, której członkowie postarali się o to bym czuła się swobodnie i dobrze. Był to dla mnie niezwykły czas i uważam się za ogromną szczęściarę, że mogłam doświadczyć zupełnie różnych kulturowo światów. Szczerze powiedziawszy, to nie radziłabym nikogo zapuszczać się na Bronx, bo to naprawdę nie są przelewki ... a nie warto igrać z ogniem jeśli nie ma takiej konieczności. Jednak, u mnie konieczność taka była i mimo wszystkich przygód, to Bronx będzie mi się pozytywnie kojarzyć.

Dzień I - 25 grudnia - Christmas Day
Przybycie na Bronx. Wycieczka na Manhattan. Seans 'Kevin sam w Nowym Jorku' po hiszpańsku.

zaczynamy od króciutkiego spacerku w Central Parku


Central Park zawsze mnie zaskoczy nieznajomymi zakątkami ...

Lake i widok na Columbus Circle

spacerowo; z Adrianem

zaczyna się wielce osławiona część Nowego Jorku w czasie Świątecznym ...
Midtown!

Specjalnie dla mojej S, 'Choinka z Kevina' <3

Wykończeni TŁUMAMI w Midtown, udaliśmy się do Chinatown,
gdzie znaleźliśmy SUPER wietnamską knajpkę, gdzie zjadłam swoje Świąteczne nudle :>

Dzień II: 26 grudnia
Niesamowicie kochana babcia Adriana. Manhattan. Roosevelt Island. Queens. Grecka tawerna.

babcia A. nie pozwoliła mi wyjść bez porządnego śniadania ... i to bez dyskusji!

Pierwszy przystanek: najlepszy book store (oprócz Strand)

Pokonalismy wewnętrzną socjofobię i uznaliśmy, że jeszcze trochę przejdziemy
się po Midtown

Nie zabrakło sklepu z zabawkami :-)

Drugi przystanek: Roosevelt Island, gdzie możemy dostać się specjalną gondolką
(wystarczy metrocard by móc się dostać na wyspę)


dziwne uczucie patrzeć się ludziom do mieszkania ..

mała przerwa na Roosevelt Island

New York Hall of Science, Queens

świetne miejsce również dla (mniej lub bardziej) dorosłych

a tutaj widzimy maszynę, która pozwala sprawdzić swoją wiedzę na temat
różnych rodzajów dźwięków wydawanych przez nasze pupile

sala krzywych luster

Zwiedzamy Astorię, Queens

Zdecydowaliśmy się na kolację w greckiej tawernie,
gdzie atmosfera, jedzenie oraz wysokość rachunku powalił nas na łopati.
w 100% pozytywnie :-)

Zmęczona Marta, z sałatką grecką i greckim winem (5 dolarów za kieliszek!),
a to wszystko w towarzystwie pysznego garlic bread

a tak wyglądała tawerna z zewnątrz
 Dzień III: 27 grudnia
City Island. Zatloczony Brooklyn Bridge. Znaleziona karta do Starbucksa (tak, ze środkami na niej!). Domowej roboty lasagna mamy Adriana (ahhhh)

Witamy na Bronxie. Widok z okna. 7 rano.

Wzięliśmy metro (zielona linia, 6) aż do samego końca, a potem przejechaliśmy kilka
przystanków lokalnym autobusem by móc w końcu wyruszyć na długi spacer.

Najpierw postanowiliśmy, że odpoczniemy trochę od zgiełku oraz tłoku w Midtown
na Orchard Beach



Następnie wybraliśmy się na dalsze zwiedzanie wyspy.
Nie mieści się w głowie, że to wciąż Nowy Jork ...

Brooklyn Bridge.
Ależ Ci turyści irytujący! Zepsuliśmy chyba z setkę zdjęć przypadkowych ludzi,
bo nasze puste żołądki wydobyły z nas nie tylko poirytowanie tłumem,
ale przede wszystkim chęć by iść szybciej i bez 'zatorów' pod postacią
azjatyckiej turystki, która na środku mostu robi sobie selfie.



 Dzień IV: 28 grudnia
Kino - Noc w Muzeum 3. Spacerki. Pożegnanie z Nowym Jorkiem.

Wybraliśmy się na poranny seans i dzięki temu zaoszczędziliśmy prawie 70% na cenie biletu

Zdecydowaliśmy się na to kino, gdyż tylko tam można było się WYLEŻEĆ w mega
wygodnych fotelach, które rozkładały się do takiego stopnia,
że spokojnie można byłoby pozwolić sobie na drzemkę


Po seansie, mała przerwa przed dalszym zwiedzaniem

Upper East Side

Mieliśmy w planach odwiedzenie Muzeum Historii Naturalnej,
ale kolejki ciągnęły się kilometrami ... Zrezygnowani poszliśmy przed siebie i hej, było warto :-)

Znalezione w Central Parku.
Drzewko, gdzie możemy znaleźć zdjęcia/liściki, które opisują tęsknotę właścicieli
za swoimi pupilami :-(

Udaliśmy się na hiszpański Harlem.
Ciekawe doświadczenie. Raczej go już nie powtórzę.
I do dnia dzisiejszego mam przed sobą niesamowity syf w jakiejkolwiek 'restauracji'
popularnych fast foodowych sieci, gdzie byłam zmuszona skorzystać z toalety.
FUJ.
Jest to przykre, bo ludziom po prostu nie zależy - i klientom, i pracownikom.
A syf, malaria taka, że od samego patrzenia czułam się chora.

United Nations.
(szkoda, że bez flag, ale niestety jeszcze ich nie założono po dokonanych pracach remontowych)

United Nations

Brooklyn Heights

Brooklyn Heights
Podsumowując, moje Święta były najciekawszym doświadczeniem, o którym nawet nie miałam odwagi marzyć, gdy przeżywałam okres świąteczny w rodzinnym domu w zeszłym roku. W tym roku Święta nie miały nic wspólnego z tradycją lub rzeczami znanymi oraz rozumianymi. Zostałam skomplementowana, że po sposobie chodzenia można we mnie rozpoznać Nowojorczyka. Zaoszczędziłam fortunę kupując 7-dniowy pass na metro. Metro, gdzie spędziłam przynajmniej 10h podróżując. Miałam szansę by zjeść prawdziwe jedzenie z Puerto Rico tak jak doświadczyć niesamowitej serdeczności ludzi, którzy chcieli mi oddać pół świata, choć sami za dużo nie mieli.
I to jest właśnie magia Świąt. Poczucie, że stanowi się część czegoś. Dla mnie Nowy Jork stał się drugi domem. Małym światkiem, który mimo odrażających zapachów, sprawił, że nigdy nie zapomnę tych Świąt.

A jak wyglądała sprawa Nowego Roku?
Ależ bardzo prosto.
Zamiast wyruszyć na Time Square i marznąć przed 8h by zobaczyć 'kulę', wraz z A. czilowaliśmy się z czerwonym winem przed TV, oglądając transmisję z TS oraz Miami, gdzie telewizja próbowała nas przekonać, że duże dekolty, dużo alkoholu i Pitbull to strzał w dziesiątkę na Sylwestra.
EEE, nie. Ten rok był najlepszym. Najciekawszym. Najbardziej intensywnym.
Jedyne czego potrzebowałam na Sylwestra to ... chill out :-)


Najbardziej relaksujący Sylwester mojego życia :-)

Happy New Year dla wszystkich!
Aż mam ciary na myśl,co ciekawego przyniesie 2015!

A Nowy Rok ... Wybraliśmy się na hiking do Washington Valley Park, a po powrocie powróciłam do pakowania manatków. Ahh!









Szykujcie się na OSTATNIEGO posta przed wylotem do Polski. Postaram się go opublikować na dniach. Tyle rzeczy do opisania, do podzielenia się ... do zainspirowania, do ruszenia tyłka z fotela. A tak mało czas. Obiecuję, że kiedyś nadrobię zaległości, ale teraz powolutku żegnam się z miejscem oraz ludźmi, a tym samym moim życiem w NJ ...

7 dni i moja kariera au pairki dobiegnie końca ...

Trzymajcie się ciepło,
Marta