poniedziałek, 30 czerwca 2014

Wakacje dzieci / Polka w Chatham / LCC

Oj tak ... Nadeszly wakacje. Bylam tak zajeta, ze mam do nadrobienia praktycznie 2 tyg z zycia au pairki (oh, odpoczeliscie troche ode mnie - nalezalo Wam sie!) Dzieciaki od poniedzialku nie maja juz szkoly, wiec mialam rece pelne roboty od rana do wieczora .... Ale od poczatku.

Weekend 21-22 czerwiec: 
Sobota - praca praca praca.

Niedziela rozpoczela sie leniwie, gdy o 7 otworzylam oczy i doszlam do wniosku, ze trzeba sie wyczilowac w ten jedyny dzien wolnego, gdy przede mna cale wakacje ciezkiej pracy :-). Zjadlam na sniadanie najlepsze nalesniki jakie udalo mi sie w zyciu stworzyc, a potem krecilam sie w swoim bunkrze, zajmujac sie wlasnymi sprawami. O 11 umowilam sie z Lisa, ze Carolin odbierze nas z jej domu i pojedziemy razem na zakupy do Elizabeth, gdzie znajduje sie najwiekszy outlet w NJ.
Mimo calej ekscytacji wyjazdem do tak wielkiego sklepu, to nie ma co za bardzo opisywac, bo hm ... sklep mimo swojej wielkosci i naprawde korzystnych cen, nie zrobil na mnie ogromnego wrazenia. Moze to kwestia tego, ze my Polacy jestesmy juz 'przezarci' tymi marketami? Nie wiem, trudno stwierdzic.
Czy mi sie podobalo? Oj, jak najbardziej. Kupilam, co bylo mi potrzebne i wyhaczylam kilka bardzo dobrych okazji. Kolejne zakupy dopiero na jesien :-)

moje dwie towarzyszki - Lisa oraz Carolin

ulubiony sklep mojej hostki, ktora namietnie wynosi stamtad cale tony ubran

to wcale nie jest takie cool, uwierzcie.
zapach unoszacy sie z takich maszyn jest przytlaczajaco okropny


komus pringelsow?

czekajac na Caroline, kttora utknela w kilometrowej kolejce  - z Lisa i Antonia


wyprzedazeeee - rzucili sie jak na mieeso

w PL bedzie mi brakowac jeszcze czegos oprocz bejgli:
darmowych kibli i tych smiesznych kranikow z woda pitna

Michael Kors - a chcialoby sie tak ...
no ale niestety, bida w kraju :P

eh, i te skokszone nogi ... :D


nareszcie - na pol roku moge sobie fundnac mala przyjemnosc, prawda? :-)
Poniedzialek: pierwszy dzien wakacji! Kurcze, jakos to poszlo. Faktycznie, dosc dziwnie bylo na poczatku, bo  dzieci nie poszly do szkoly i trzeba bylo je czyms zajac przez praktycznie caly dzien. Jednakze, bardzo popularne sa tutaj tak zwane 'camps' - myslalam, ze to po prostu obozy, na ktore wysyla sie dzieciaki. Otoz nie. Sa to pewnego rodzaju pol-kolonie. W tym tygodniu tylko dziewczynka ma tego typu zajecia (broadway bootcamp), wiec od 12 - 15.30 siedzi sobie na zajeciach i bawi sie w przygotowanie przedstawienia na ... Broadway'u na scenie w Chatham (o ironio!)
.
Wieczor przyniosl kilka niespodzianek, bo M. miala urodziny i zostala wrecz obsypana prezentami. Spodziewala sie swinki morskiej, ale predzej bysmy sie z hostka z domu wyniosly niz pozwolily na to by zamieszkal z nami kolejny zwierzak. Za to M. dostala brand new ipad mini, ktory przyniosl jej rowniez wiele radosci :P Ja podarowalam jej wielgasna poduszke w ksztalcie donuta, ksiazke i rozne pierdoly oraz cupcaksy. Mala ma obsesje na punkcie donutow oraz swinek ... oh, nie pytajcie :-)
Po kolacji zapakowalismy sie do nowiutenkiego chevroleta tahoe (moja honda pilot jest przy nim malenka !!!) i pojechalismy na lody. Pierwszy raz od pol roku pojechalismy gdzies cala rodzinka (wierzcie, czy nie, ale w przeciagu ostatnich miesiecy rzadko sie zdarzalo by cala rodzina byla w komplecie ...) i bylo fantastycznie. Dawno sie tak nie usmialam, a moj M. caly czas sie ze mnie smieje, ze jestem rasistka, bo opowiadam okropne kawaly o murzynach haha. To mu odpowiadam, ze go nie rozumiem, bo jestem tylko poczciwa i glupiutka biala blondynka ... Taka prawda.
Poza tym, jako, ze nasze relacje z mala M. bywaja rozne, to wyobrazcie sobie moja mine, gdy zobaczylam 'letter to M' na ekranie mojego komputera, ktory zostal w kuchni, gdy ja pojechalam zalatwic kilka spraw z jej bratem:


Z tego, co mi powiedziala M., to 'cheep' odnosi sie do tego, ze nie wydaje pieniedzy na bezuzyteczne rzeczy :D Poza tym, do lez rozbawil mnie punkt 2 z rzeczy, ktore ja irytuja. 'Kudra' to przekrecone 'kurde', ktore wymawiam namietnie jak mi cos nie wyjdzie, a 'kakabooboo' jest wyrazonkiem mojego nauczyciela angielskiego z liceum, ktore tak mnie urzeklo, ze mowie to za kazdym razem, gdy przekrece jakies slowko po angielsko. Haha, i to nieprawda, ze jezdze sloppy. No moze troche ... A w kwestii punktu 5 - dowiedzialam sie, ze mam spazmy smiechu lol.

Wtorek - Czwartek:
Mala M. ma raz w tygodniu zajecia ze swoim nauczycielem matematyki, ktorego zadaniem jest nie pozwolic by Maddie zapomniala o czymkolwiek z matmy ... Majac sporo doswiadczenia w korepetycjach, to musze stwierdzic, ze mimo tego, ze byl to jej normalny nauczyciel (ktory notabene podjechal wyglancowanym bialym bmw), to okazal sie tak wyluzowanym czlowiekiem, z ktorym naprawde zajecia moga byc prawdziwa przyjemnoscia. Jednak, swoje tez skasowal, bo taka urocza lekcja kosztowala .... $80 :P
Poza tym, broadway'u ciag dalszy, a do tego soccer practices mlodego oraz jego wyjazd z mama na Nascara w Kentucky.
Z dziewczynka spedzilam caly czwartek, ktory przyniosl kilka wyzwan, miedzy innymi pod tytulem 'chce Chinszczyzne i sie zaglodze jak jej nie dostane', ktory wygralam, bo a) dziecko nie umarlo z glodu b) dziecko zjadlo to co bylo zaplanowane. I 500 pkt do zajebistosci.

Piatek:
Pracowalam tylko do 12, gdyz w ciagu tygodnia przepracowalam swoje 45h i nalezalo mi sie troche wolnego :-) Po odwiezieniu dziewczynki na bootcamp, pojechalam szukac The Economist, gdzie pojawilo sie kilka artykulow o polskiej gospodarce, ktore bardzo chcialam przeczytac. Jednak, nie udalo mi sie dorwac tej gazety. Potem poszlam pobiegac, a nastepnie spotkalam sie z Magda, ktora dopiero co przeprowadzila sie do Chatham i wywolala ogromny usmiech na mojej twarzy, bo fajnie miec tak superowa Polke 10 min od domu, ktora mozna wyciagnac na wielogodzinne spacery i pogaduchy. Mam nadzieje, ze przed nami wiele wspolnych podrozy!
Poza tym, po wyjezdzie Alicji (btw, za niedlugo sie widzimy w NYC!!!) pogodzilam sie z tym, ze nie predko zobacze polska dusze w Chatham, a tu niespodzianka!

Ze smiesznotek dodam, ze moja LCC zaczela miec do mnie pretensje, ze nie pojawilam sie w ciagu pol roku na kilku spotkaniach (ZAWSZE pracowalam w tym czasie i ZAWSZE moja hostka ja oficjalnie informowala, a ja sie pojawialam na drugi dzien u niej oraz podpisywalam dokumenty) i jak ona sie zle czuje, bo musi specjalnie potem poswiecac czas dla au pairek, ktore nie byly w stanie sie pojawic na meetingu. Cholera, bo sa w takich godzinach i dniach, ze nie jestesmy w stanie fizycznie sie na nich pojawic za kazdym razem.
Zwrocilam sie z tym do hostki, ktora naprawde ostro sie poirytowala na LCC i napisala jej urocza wiadomosc co sadzi o sytuacji i o dziwo, nagle wszystko bylo w porzadku. Jakos udalo sie zorganizowac kolejne spotkanie tak by kazdej au pairce pasowalo. Dziwna sytuacja, serio.

Po drugie, chcac kupic piwo musialam podpisac deklaracje, ze jestem +21 i pije na wlasna odpowiedzialnosc lol. Mimo przedlozenia dwoch dokumentow, to kobieta nadal sadzila, ze mam lat 16. Pozdrowka!

Dzisiaj poniedzialek, kolejnego tygodnia poczatek - ale spokojnie, byleby przetrwac do srody, bo od czwartku mam juz wolne :-) Rodzinka wyjezdza do Kanady (o ironio, znowu z nimi nie jade) i tym samym zarobilam 4 dni wolnego. Mam w planie pojechac do Nowego Jorku i zafundowac sobie 'Dzien z zycia Nowojorczyka' - zatrzymac sie na CS, zjesc brunch, przejsc sie po Central Parku w leniwe popoludnie, zjesc najlepsza pizze na Brooklynie i wiele wiele wiele innych rzeczy, ktore odkladalam od miesiecy.

Na temat ostatniego weekendu napisze w trakcie tygodnia jak bede miec troche czasu, bo do czwartku pracuje po 10h dziennie, wiec troszke trudno bedzie mi to ogarnac.

Trzymajcie sie,
M

sobota, 21 czerwca 2014

Busy weeks / Reklamacja / Wazne

Zaczynam pisać tego posta siedzac w naszym ogrodzie, gdy slonce leniwie daje o sobie znac zza korony ogromnych drzew, ktore zdaja sie probowac mnie ochronic przed szkodliwym dzialanem promieni UV. Nasz maly-wielki szczur, czyli Paris (czyt. york) wyleguje sie w trawie i za Chiny ludowe nie ma zamiaru robic dzisiaj nic produktywnego oprocz lezenia na sloneczku, jedzenia i picia oraz ewentualnie zalatwienia potrzeb fizjologicznych. Najchetniej sama bym sie oddala takiemu blogiemu lenistwu od samego rana, ale niestety - nie jestem juz w stanie spac dluzej niz do godziny 6:10, gdy moj wewnetrzny budzik wyrywa mnie ze snu. Ponadto, od godziny 9:45 - 15 siedzialam z mala M., gdy hostka zabrala chlopca na jakies rozgrywki w pilce noznej. Tak wiec, jest generalnie 3:38 i upajam sie wolnoscia od rownych 38 (no dobra, juz 39) minut.

Uwaga - dzisiaj zapowiada sie maly chaos notkowy :-)

Ostatnie dwa tygodnie nie nalezaly do najlatwiejszych, poniewaz mialam bardzo duzo pracy, a co wiecej - mlody zaczal grac w druzynie, ktorej treningi odbywaja sie dopiero miedzy 19-19.30 i trwaja nawet do dwoch godzin, a jako, ze sam dojazd na miejsce zajmuje do 45 min - w rezultacie bywa tak, ze wracamy okolo 22.30 do domu by znowu o 6 rano wstac - szkola i te sprawy.
Jednakze, dzisiaj oficjalnie rozpoczelismy ... wakacje! 
Magiczne pojecie 'vacation' jeszcze nigdy nie budzilo we mnie tyle zgrozy, bo zupelnie nie wyobrazam sobie jak to bedzie wygladac.... Bardzo lubie moj schedule szkolny, bo mimo tego, ze musze rano wstac, to w ciagu dnia mam czas dla siebie. Teraz jednak bede pracowac srednio od 8 - 16.30/17 ciagiem. Ale tak jak mowie, jeszcze nie przegadalam z hostka tego tematu, bo ostatnie tygodnie byly tak intensywne pod wzgledem obowiazkow, ze nawet nie mialysmy czasu na spokojnie usiasc i pogadac.

Na dodatek, zepsul mi sie komputer (zrzucilam zasilacz i padlo biedactwo), ktory juz i tak ledwo stawial czola wyzwaniom takim jak skype - biedak mial prawie 8 lat. No i jak w koncu umarl, pomyslalam: Boze, dziekuje. Nareszcie.
Poszukalam na necie fajnego komputera (notebooka) i wyruszylam do best-buy'a, gdzie za magiczne $250 kupilam komputer moich marzen. Jednak, moja radosc nowym sprzetem nie trwala dlugo, gdyz na drugi dzien ... uwaga ... padl zasilacz! @#^%$#%^&
Znowu pojechalam do best-buy'a by zglosic reklamacje. 
Jak to przebiegalo? Hm...
Poprosilam Lise (au pair z Niemiec) by pojechala ze mna, bo ja bardzo latwo trace nad soba panowanie jak ktos chce zrobic ze mnie durnia w takich sytuacjach i potrzebuje kogos by troche te sytuacje opanowal. Wchodzimy do sklepu i udajemy sie do okienka 'customer service'. Czekamy jakies 10 min i podchodzimy do pani, ktorej wyraz twarzy zdradzal, ze nie jest zbyt zadowolona z zycia. Powiedzialam, ze nie dziala zasilacz i chcialabym go wymienic. Kobieta kazala mi isc na sklep i wziac nowy. 
Szukamy goscia od komputerow i kiedy w koncu go znalazlysmy, to uznal, ze nie sprzedaja zasilaczy i musimy udac sie do sklepu Asus'a. No wolne zarty kolego!
Odparlam, ze jest to wykluczone, bo dzien wczesniej zakupilam ten komputer i chce wymienic zasilacz na nowy, bo nie dziala. No to wtedy zostalam oddelegowana do kolejnego goscia, ktory dal mi po prostu nowy komputer...
Wracamy do tej kobiety, ktora nawet nie sprawdzila, czy zasilacz dziala. Dala mi nowy komputer i powiedziala bym sprawdzila sprzet w drugim okienku. Wyobrazcie sobie moja mine, gdy sprawdzilismy dwa zasilacze i ... oba dzialaly .... 
No to podsumowujac, dostalam nowy komputer ze wzgledu na to, ze stwierdzilam, iz zepsul sie zasilacz, ktorego nie mozna bylo kupic oddzielnie, wiec na moje slowo otrzymalam nowy komputer. Ba, w momencie sprawdzenia sprzetu (gdy wyszlo, ze oba dzialaja), to dostalam  oba z powrotem i milego dnia.
EDIT - dostalam dwa ZASILACZE :P
Eh, nie zrozumiem Amerykanow.

Jeszcze kilka slow o ostatnim weekendzie, ktory zaczelam z Lisa w piatek, gdy troche sie wyczilowalysmy u mnie w domku. Nastepnie, w sobote pojechalam do Dominiki do Greenwich, CT. Nie bede sie tutaj za bardzo rozpisywac, bo D. bardzo fajnie wszystko opisala i wstawila BARDZO DUZO kompromitujacych mnie fotek, wiec jak macie jeszcze ochote i sile cos dzisiaj poczytac, to zapraszam na bloga Dominiki
Dodam na deser kilka fotek :-)

no to czas na maly chill!


meksykanskie elementy zawsze i wszedzie

ja i malenka Natalka - kto by pomyslal, ze ja i male dziecko ... jezu!


z laskami z CT - N & D

Tak jak pisalam wczesniej - ten weekend jest dosc pracowity. Wczoraj spotkalam sie z Lisa wieczorem, gdy zalatwilysmy ten nieszczesny komputer, to kupilysmy jedzonko w whole foods i spalaszowalysmy te pysznosci u mnie 'w bunkrze' :-) Poza tym, wieczory sa tak cieple i przyjemne, ze nie tylko odprowadzilam ja do domu, ale tez posiedzialysmy troche na jej werandzie (z fotelami bujanymi, jak z filmu!) i snulysmy refleksje o zyciu hihi. Jutro wybieram sie z Carolin (au pair z Niemiec) do Elizabeth, NJ - gdzie znajduje sie najwiekszy outlet w calym stanie. Yaaay, zakupy - w koncu! Rano zamierzam skorzystac z tej pieknej pogody i troche pobiegac, a potem - czas wydac troche pieniedzy i wymienic garderobe!


Wazne:

Po pierwsze, dzisiaj ma urodziny moja najcudowniejsza S, ktorej skladam najpiekniejsze zyczenia!
Ty wiesz, co Ci zycze, ale pamietaj - brakuje mi tylko sprowadzenie Ciebie do NYC i bylabym najszczesliwsza na swiecie :-)

Happy Bday Love!

Po drugie, wiem na pewno, ze na wakacje zaplanowalam 'Canadian tour' miedzy 9-17 sierpnia.
Wyprawe zaczynam z Newark -> Montreal, Quebec -> Kingston, Ontario -> Toronto, Ontario -> New York. Wszystko odbywa sie megabusem i greyhoundem, wiec koszt calkowity biletow to max $170.
Zakwaterowanie: couchsurfing. Low-cost totalny.
Szukam osoby, ktora chcialaby sie przylaczyc :-)



Buziaki i milej reszty weekendu,
M

wtorek, 10 czerwca 2014

South Mountain Reservation - Long Branch (Jersey shore)

Weekend...i po weekendzie!
Zeszły tydzień roboczy zakończył się urodzinową imprezką małej M., której tematem były ... świnki, której byłam hostem i to na mnie spoczął obowiązek trzymania tego wszystkiego pod kontrolą. Wszystko zaczęło się dokładnie o 18.30, gdy jak w szwajcarskim zegarku wszyscy goście, czyt. dziesięć podekscytowanych i rozwrzeszczanych dziewczynek, dotarli do naszego domu, gdzie czekała na nich już pizza z podwójnym serem oraz z pepperoni. Wraz z hostką ulokowałyśmy dziewczynki na dworze i gdy wszyscy pojedli, wzięłam ten szalony tłum na dół - do naszej piwnicy lol, gdzie urządziliśmy karaoke. Po przetańczeniu i wyśpiewaniu 1000 piosenek, dzieciaki w końcu się zmęczyły, więc była pora na ciasto lodowe (oczywiście z motywem świnek), po którego spałaszowaniu dzieciaki postanowiły pograć w manhunt - coś a'la gra w chowanego z podziałem na drużyny blablabla...
Pech (bądź nie-pech?) chciał, że jedna z dziewczynek wróciła wcześniej do domu i tym samym ktoś musiał dołączyć do jednej z drużyn. Tia... więc przez kolejne dwie godziny hasałam jak sarenka od jednego drzewa do drugiego byleby tylko nie zostać zauważoną przez małe stadko szukających mnie dzieciaków.
Wszystko skończyło się w okolicach 22 i muszę przyznać, że mimo tego, że byłam wykończona do granic mozliwości, to całkiem nieźle się bawiłam (a po drugie - ciasto było mega!). Co mnie zaskoczyło ... Fakt, że to nasza mała jubilatka przygotowała specjalnie dziesięć małych różowych torebeczek, w których znajdowały się drobiazgi (mydełko w kształcie świnki, różowe m&msy, lakier do paznkoci etc), a które trafiły do każdego z gości. Co więcej, w zaproszeniu wytłuszczonym drukiem hostka podkreśliła by goście nie przynosili prezentów i większość z nich faktycznie nic nie przyniosła, ale niektóre dziewczynki zrobiły kolorowe kartki bądź kupiły jakiś drobiazg.

Sobota: Pobudka o 7.30. Szybkie śniadanie i w drogę! Spakowałam się w moją piękną hondę pilot i ruszyłam do Meyersville, gdzie odebrałam Annę i Sonsolez (au pair z Hiszpanii, która ma 6 dzieci!!!), i wspólnie wyruszyliśmy do South Mountain Reservation, który znajduje się zaledwie kilka mil od Chatham.
Mimo wydrukowania mapki i opisu trasy - nic nie składało się do kupy. Podsumowując, naszym celem były wodospady, do których jakimś cudem dotarłyśmy trzy razy dłuższą trasą niż powinniśmy, ale już z powrotem byłyśmy tak pochłonięte rozmową między sobą, że udało nam się wrocić w trybie ekspresowym. Cała wyprawa zajęła nam około 4 godzin.
Po powrocie umówiłam się z Lisą (au pair z Niemiec), z którą poszłam na długi spacer, żeby zobaczyć festyn przy Corpus Christi Church, a potem pojechałyśmy do kina na The Fault in Our Stars. Początkowo byłam sceptyczna, bo nie jestem fanką dramatów, czy filmów romantycznych - jednak, ten film był ... piękny. Może to źle zabrzmi, ale był to naprawdę piękny film i jeśli ktoś nie ma co robić dziś wieczorem - polecam wybrać się do kina. Warto.
Co ciekawe, cała sala kinowa beczała jak bóbr przez praktycznie ostatnie 40 min, a ja tak siedzę ... przeze mnie podawane są cale kartony z chusteczkami, a ja nadal tak siedzę... i nic. Wtedy zdałam sobie sprawę, że jacyś 'ciency' Ci Amerykanie :-) Ale jest też taka możliwość, że mój cynizm wziął górę nad kolejną historią miłości tragicznej (no bo w końcu kończy się tragedią - oops, spoiler!).


widok na Millburn

pierwszy punkt orientacyjny: zapora wodna, jesteśmy na dobrej drodze! 

Sonsolez i Anna - jesteśmy coraz bliżej wodospadów

mała przerwa na ...

lunch!

No i się udało, jesteśmy na miejscu :-)

pamiątkowa fotka

yaaay!


a to mała niespodzianka pod domem sąsiadów...

Niedziela: Jezuuu, ale miałam ból gardła. To pewnie przez tę nieszczęsną klimatyzację, której osobiście nie znoszę, ale bez niej nie wyobrażam sobie dalszej egzystencji, bo klimat jest tak wilgotny, a powietrze tak ciężkie, że na dworze trudno jest w ogóle oddychać, a mój organizm coś się buntuje przed przystosowaniem do tego.
No nic. Do końca niewiadomo było jak spędzimy niedzielę, ale w ostatnim momencie Anna napisała mi wiadomość, że jest szansa wybrać się na plaże i tak też zrobiłyśmy. Pojechałyśmy w czwórkę: Anna, Sonsolez oraz Julie (Afryka Poł) i postanowiłyśmy, że spędzimy super dzień na Monmouth Beach, która znajduje się zaraz za Long Branch. Nie było zbyt tłoczno, ani zbyt gorąco, ani zbyt duszno - wszystko było wręcz perfekcyjnie. Ba, udało mi się zaliczyć swoją pierwszą kąpiel w oceanie - o jezu, coś przepięknego!!! Mimo tego, że ocean ukradł moje okulary przeciwsłoneczne, to było warto :-)
Na obiad wybrałyśmy się do 'hawajskiego fast foodu' (haha, od razu pomyślałam o Niczi na Hawajach :D), gdzie zjadłam coś o nazwie quoeidfjadsjadsjasjd, co miało być flatbread z kurczakiem. Wyszło bardzo dobre, a na deser poszłyśmy na frozen yogurts.
Dzień idealny, który naładował akumulatorki na cały tydzień!

zgadzam się!

w końcu ... zasłuzony chill out...

w zyciu się nie spodziewałam, że Jersey shore jest tak niesamowite

Palmy nie tylko na Florydzie na wschodnim wybrzeżu :-)

Sonsolez, ja, Julie, Anna - czas na relaks!

Long Branch

Long Branch
ja chcę na Hawaje!

czas na jedzonko :-)

oh no, wygląda na to, że trzeba wracać do domu ...
Poniedziałek przywitał nas deszczową pogodą oraz powrotem do pracy. Jednak, mimo wielu obowiazków w tym tygodnie, to mam dobre przeczucia. Wczoraj uczyłam się z młodym na jego test z angielskiego i przyznam szczerze, że dawno nie miałam tak świetnej okazji by nauczyć się 40 nowych słówek - uwielbiam łączyć przyjemne z pożytecznym. M. zadowolony, że siedziałam z nim bite 2h i go przepytywałam, a ja zadowolona, że sama coś z tego wyniosłam :D
Dzisiaj pracuję do 21, bo genialny trener M. przeniósł treningi do miejscowości położonej prawie 40min od Chatham, a co lepsze - trening zaczyna się dopiero o 19.45 ... Geniusze, geniusze!


Buziaki misiaki i dobrego tygodnia :-)

piątek, 6 czerwca 2014

5 months - relacje z rodzinką

Oh, dzisiaj mija dokładnie 5 miesięcy od mojego przylotu... Time flies when you are having fun!
Aby uczcić ten dzień, początkowo miałam w planach  po odwiezieniu dzieciaków do szkoły, zjechać z głównej Route 24 do Broadway diner, która reklamuje się jako miejsce z najlepszymi pancaksami w całym hrabstwie, ale gdy w końcu byłam wolna, doszłam do wniosku, że największą przyjemnością będzie ... przebiec 4 mile przy tak pięknej pogodzie :-)

Jednakże, gdy zaliczyłam swój bieg, udałam się do ... fryzjera, a następnie po mały manicure.
Powiem Wam, ze praktycznie nic mnie to nie kosztowało, bo znalazłam kupony (haha) na fryzjera, a hostka podarowała mi kartę podarunkową na manicure, który przebiegł tak sprawnie, bo w niecałe 10 min i w życiu nie byłam tak zadowolona z wyglądu swoich paznokci haha. A to wszystko w towarzystwie ... skinny vanilla latte - jak szaleć to szaleć!

OK, to 5 miesięcy za nami. Dlatego też doszłam do wniosku, że warto w końcu coś napisać na temat moich relacji z rodzinką. 

Jak wiecie (jeśli komuś chce się odkopywać stare posty), na początku było dość trudno, bo nie tylko zaczęłam swój au pair year w najzimniejsze dni od miliarda lat na wschodnim wybrzeżu, gdzie w tym roku śnieg leżał przez bite 48 dni (!!!), a normalnie jest to maksymalnie 5-6 dni. Ponadto, również będąc ósmą au pairką trafił mi się bardzo ciężki proces adaptacyjny w kwestii dzieciaków.
Moi hości byli w porządku wobec mnie od samego początku. Doskonale zdawali sobie sprawę, czego mi potrzeba i że potrzebuję stać się częścią ich świata, ale niezbędna jest pewna dawka niezależności. Jednakże, na samym początku było mi dość trudno przez to, że hostka wypominała mi każdy błąd (w dobrej wierze oczywiście), bo obawiała się, że nie uda mi się ogarnąć schedule i próbowała mnie 'nakierować' w amerykański sposób na właściwą ścieżkę. A moje trudności z planem polegały na tym, że jak już zaczynałam rozumieć, które ogórki konserwowe należy wlożyć do danej bułki oraz które przyciski w samochodzie sterują ogrzewaniem, wszystko szlag trafiał przez snow days, które nie tylko wprowadzały zamęt organizacyjny, ale również nerwową atmosferę w domu.

Co więcej, moja poprzedniczka - mityczna postać, której udało się okiełznać dzieciaki, które pokochały ją całym sercem - postawiła bardzo wysoko poprzeczkę, bo była po prostu cudowną osobą i super au pairką. Zajęło mi ponad 3 miesiące by przekonać do siebie dzieciaki, a kolejny miesiąc by w pełni zrozumieć wszystkie mechanizmy dnia codziennego, które teraz są częścią mojego życia.
Tak tak ... początki były bardzo trudne. Mój chłopiec był raczej na mnie zamknięty - oceny mu się pogorszyły, a przede mną absolutnie nie chciał się otworzyć i powiedzieć, gdzie leży problem. Dziewczynka wiecznie przekraczała granicę mojej wytrzymałości krzycząc lub kłócąc się z bratem, a każdy bedtime spędzał mi sen z powiek zaraz po otrzymaniu schedule na kolejny tydzień. A jak pojawił się nowy sms od mojej hostki, to zawsze wiedziałam, że znowu coś źle zrobiłam i ahhh, szkoda gadać.

Jak to wygląda teraz? Jak napisała jedna z moich ulubionych au pairek - blogerek 'najtrudniejsze są pierwsze 3 miesiące, potem idzie z górki' - zgadzam się w 100%! 
Na dzień dzisiejszy za nic w świecie nie wyobrażam sobie mojego au pair year z inną rodzinką. Początki były bardzo trudne, ale każdego dnia powtarzałam sobie 'the best is yet to come' i przetrwałam najgorszy okres adaptacyjny. Oczywiście, jako 8 au pairka nie jestem ich trzecim dzieckiem, ale pewnego rodzaju pośrednikiem między nimi,a dziećmi. Moi hości to ludzie bardzo zapracowani i próbuję im pomóc w każdy możliwy sposób, co bardzo doceniają i dają mi to do zrozumienia.  Nie odczułam homesickness, bo może i nie za bardzo otwieram się przed hostką ze spraw 'co mnie wkurza w świecie', ale normalnie rozmawiamy i jak mnie o coś zapyta, to zawsze szczerze odpowiem. Nie ma możliwości bym coś ważnego przed nią ukrywała lub okłamywała - nie znoszę takich rzeczy, które z resztą zawsze wychodzą na światło dzienne. To ona natchnęła mnie do biegania 5 miesięcy temu, a teraz to ja ją nakręcam by wróciła do treningów i byśmy razem wystartowały w pół-maratonie we wrześniu.

Jeśli chodzi o moje dzieciaki ... Określę to tak ...
Mój chłopak jedząc swoje smashed potatoes stojąc nad blatem w kuchni, uciął sobie ze mną szczerą rozmowę i uznał, że dali mi ostrą szkołę życia przez pierwsze miesiące i że jest w szoku, bo udało mi się opanować humorki jego siostry w bardzo krótkim czasie. Ja oczywiście kopara do podłogi, bo zawsze uważałam, iż to ona mnie nigdy nie zaakceptuje po ich dawnej au pairce. Okazuje się jednak, że dawała jej popalić aż do 9 miesiąca, a ja już poradziłam sobie z nią w 4 miesiące... M. uznał, że te całe akcje były pewnego rodzaju testem z jej strony. Zadałam mu pytanie: M., did I pass the test then?
Najpierw zakrztusił się tymi ziemniakami, a potem odpowiedział  z łzami w oczach, cały czas walcząc z ziemniakami w gardle 'oh, definitely. You are actually pretty good Marta, really', potem wziął tę miskę z kartoflami i poszedł do swojego pokoju, podśpiewując sobie piosenkę Coldplay'a pod nosem. Tym samym, zostawił mnie w tej kuchni w stanie głębokiej refleksji i ciężkiego szoku.

Reasumując, lżejsza o prawie 6 kg i posiadająca siły do przebiegnięcia 13.1 mil, jestem przeszęśliwa będąc tu, gdzie jestem. Mam ogromną satysfakcję, że udało mi się przetrwać początki i że się nie poddałam. Było warto, bo udało mi się poznać moje dzieciaki, z którymi teraz dogaduje się świetnie i nie wyobrażam sobie być au pairką innych diabełków. Wstaję o tej 6 rano i wiem, że dam radę - bez względu na plan dnia, czy humorki mojej dziewczynki. Ja po prostu wiem, że przejdziemy przez ten dzień razem i obie strony nauczą się czegoś od siebie nawzajem. Widzę, że wszyscy się zmieniliśmy przez te kilka miesięcy... i hej, sądzę, że na lepsze :-)

Dziwnie to zabrzmi, ale czuję się tak jakbym zawsze z nimi tu była w idyllicznym Chatham, a z drugiej strony - przecież dopiero tu przyleciałam... Mój przyjazd tutaj był jedną z najlepszych decyzji w moim życiu i za nic w świecie bym nie cofnęła czasu, bo nie tylko zyskałam sporo doświadczenia w przeróżnych kwestiach, ale również dostałam piękną lekcję życia na temat przyjaźni.

Mam możliwość rozwoju osobistego, językowego oraz szansę podróżowania, poznania nowych ludzi i kultur ... czego więcej chcieć, gdy człowiek ma lat dwadzieścia kilka i czuje ogromny głód wiedzy oraz przygody? Au pair to praca na pełen etat, ale jeśli wkłada się w to całe serce, a dzień wita z uśmiechem i próbuje zarazić innych tym entuzjazmem (mimo wszystko!)  - ogromna satysfakcja oraz niedosyt, bo jeszcze tyle rzeczy jest do zobaczenia i przeżycia :-)

Tutaj, na pożegnanie, trochę randomowych foteczek z ostatniego tygodnia, który był dość pracowity, ale pozytywny - hości w rozjazdach, dłuuuugie spacery i ekstremy pogodowe.
Dzisiaj moja dziewczynka ma imprezkę urodzinową, której planowaniem zajęliśmy się już w zeszłym tygodniu. Jestem bardzo ciekawa jak to będzie, bo na razie wszystko mnie zaskakuje - na czele z faktem, że goście nie przynoszą prezentów, a są obdarowywani drobiazgami przez jubilata ... A imprezę otwiera pizza i karaoke, a na pożegnanie - tort. Gdzie w tym logika? :D Ależ jestem ciekawa !!!!
buziaki!

mimo tego, że pracowałam w sobotę, to udało mi sie wyrwać na 3h 'spacer'
po Great Swamp

najlepszy team do pieszych wędrówek:
(od lewej) Isabell - Szwecja, Carolin i Lisa - Niemcy




takie oto słodziaki kryją się na każdym kroku ...

czas wracać do domku!

na wejściu do parku znajdowało się centrum informacji turystycznej
i aż śmiechłam na widok tego :D
Niedziela - rodzinka pojechała na jakąś imprezę sportową mojego młodego
i od 16 miałam dom tylko dla siebie i ... Paris :-)
chill out!

No i to się nazywa totalne 'mam wszystko w d*** - mam w końcu wolne' <3
Keep reaching ...

A teraz żegnam się, kończę swoją decaf i ... koniec tego dobrego!
Czas załatwić sto spraw, zabrać dziecko na piłkę nożną, a potem impreeezka urodzinowa :>