Aby uczcić ten dzień, początkowo miałam w planach po odwiezieniu dzieciaków do szkoły, zjechać z głównej Route 24 do Broadway diner, która reklamuje się jako miejsce z najlepszymi pancaksami w całym hrabstwie, ale gdy w końcu byłam wolna, doszłam do wniosku, że największą przyjemnością będzie ... przebiec 4 mile przy tak pięknej pogodzie :-)
Jednakże, gdy zaliczyłam swój bieg, udałam się do ... fryzjera, a następnie po mały manicure.
Powiem Wam, ze praktycznie nic mnie to nie kosztowało, bo znalazłam kupony (haha) na fryzjera, a hostka podarowała mi kartę podarunkową na manicure, który przebiegł tak sprawnie, bo w niecałe 10 min i w życiu nie byłam tak zadowolona z wyglądu swoich paznokci haha. A to wszystko w towarzystwie ... skinny vanilla latte - jak szaleć to szaleć!
OK, to 5 miesięcy za nami. Dlatego też doszłam do wniosku, że warto w końcu coś napisać na temat moich relacji z rodzinką.
Jak wiecie (jeśli komuś chce się odkopywać stare posty), na początku było dość trudno, bo nie tylko zaczęłam swój au pair year w najzimniejsze dni od miliarda lat na wschodnim wybrzeżu, gdzie w tym roku śnieg leżał przez bite 48 dni (!!!), a normalnie jest to maksymalnie 5-6 dni. Ponadto, również będąc ósmą au pairką trafił mi się bardzo ciężki proces adaptacyjny w kwestii dzieciaków.
Moi hości byli w porządku wobec mnie od samego początku. Doskonale zdawali sobie sprawę, czego mi potrzeba i że potrzebuję stać się częścią ich świata, ale niezbędna jest pewna dawka niezależności. Jednakże, na samym początku było mi dość trudno przez to, że hostka wypominała mi każdy błąd (w dobrej wierze oczywiście), bo obawiała się, że nie uda mi się ogarnąć schedule i próbowała mnie 'nakierować' w amerykański sposób na właściwą ścieżkę. A moje trudności z planem polegały na tym, że jak już zaczynałam rozumieć, które ogórki konserwowe należy wlożyć do danej bułki oraz które przyciski w samochodzie sterują ogrzewaniem, wszystko szlag trafiał przez snow days, które nie tylko wprowadzały zamęt organizacyjny, ale również nerwową atmosferę w domu.
Co więcej, moja poprzedniczka - mityczna postać, której udało się okiełznać dzieciaki, które pokochały ją całym sercem - postawiła bardzo wysoko poprzeczkę, bo była po prostu cudowną osobą i super au pairką. Zajęło mi ponad 3 miesiące by przekonać do siebie dzieciaki, a kolejny miesiąc by w pełni zrozumieć wszystkie mechanizmy dnia codziennego, które teraz są częścią mojego życia.
Tak tak ... początki były bardzo trudne. Mój chłopiec był raczej na mnie zamknięty - oceny mu się pogorszyły, a przede mną absolutnie nie chciał się otworzyć i powiedzieć, gdzie leży problem. Dziewczynka wiecznie przekraczała granicę mojej wytrzymałości krzycząc lub kłócąc się z bratem, a każdy bedtime spędzał mi sen z powiek zaraz po otrzymaniu schedule na kolejny tydzień. A jak pojawił się nowy sms od mojej hostki, to zawsze wiedziałam, że znowu coś źle zrobiłam i ahhh, szkoda gadać.
Jak to wygląda teraz? Jak napisała jedna z moich ulubionych au pairek - blogerek 'najtrudniejsze są pierwsze 3 miesiące, potem idzie z górki' - zgadzam się w 100%!
Na dzień dzisiejszy za nic w świecie nie wyobrażam sobie mojego au pair year z inną rodzinką. Początki były bardzo trudne, ale każdego dnia powtarzałam sobie 'the best is yet to come' i przetrwałam najgorszy okres adaptacyjny. Oczywiście, jako 8 au pairka nie jestem ich trzecim dzieckiem, ale pewnego rodzaju pośrednikiem między nimi,a dziećmi. Moi hości to ludzie bardzo zapracowani i próbuję im pomóc w każdy możliwy sposób, co bardzo doceniają i dają mi to do zrozumienia. Nie odczułam homesickness, bo może i nie za bardzo otwieram się przed hostką ze spraw 'co mnie wkurza w świecie', ale normalnie rozmawiamy i jak mnie o coś zapyta, to zawsze szczerze odpowiem. Nie ma możliwości bym coś ważnego przed nią ukrywała lub okłamywała - nie znoszę takich rzeczy, które z resztą zawsze wychodzą na światło dzienne. To ona natchnęła mnie do biegania 5 miesięcy temu, a teraz to ja ją nakręcam by wróciła do treningów i byśmy razem wystartowały w pół-maratonie we wrześniu.
Jeśli chodzi o moje dzieciaki ... Określę to tak ...
Mój chłopak jedząc swoje smashed potatoes stojąc nad blatem w kuchni, uciął sobie ze mną szczerą rozmowę i uznał, że dali mi ostrą szkołę życia przez pierwsze miesiące i że jest w szoku, bo udało mi się opanować humorki jego siostry w bardzo krótkim czasie. Ja oczywiście kopara do podłogi, bo zawsze uważałam, iż to ona mnie nigdy nie zaakceptuje po ich dawnej au pairce. Okazuje się jednak, że dawała jej popalić aż do 9 miesiąca, a ja już poradziłam sobie z nią w 4 miesiące... M. uznał, że te całe akcje były pewnego rodzaju testem z jej strony. Zadałam mu pytanie: M., did I pass the test then?
Najpierw zakrztusił się tymi ziemniakami, a potem odpowiedział z łzami w oczach, cały czas walcząc z ziemniakami w gardle 'oh, definitely. You are actually pretty good Marta, really', potem wziął tę miskę z kartoflami i poszedł do swojego pokoju, podśpiewując sobie piosenkę Coldplay'a pod nosem. Tym samym, zostawił mnie w tej kuchni w stanie głębokiej refleksji i ciężkiego szoku.
Reasumując, lżejsza o prawie 6 kg i posiadająca siły do przebiegnięcia 13.1 mil, jestem przeszęśliwa będąc tu, gdzie jestem. Mam ogromną satysfakcję, że udało mi się przetrwać początki i że się nie poddałam. Było warto, bo udało mi się poznać moje dzieciaki, z którymi teraz dogaduje się świetnie i nie wyobrażam sobie być au pairką innych diabełków. Wstaję o tej 6 rano i wiem, że dam radę - bez względu na plan dnia, czy humorki mojej dziewczynki. Ja po prostu wiem, że przejdziemy przez ten dzień razem i obie strony nauczą się czegoś od siebie nawzajem. Widzę, że wszyscy się zmieniliśmy przez te kilka miesięcy... i hej, sądzę, że na lepsze :-)
Dziwnie to zabrzmi, ale czuję się tak jakbym zawsze z nimi tu była w idyllicznym Chatham, a z drugiej strony - przecież dopiero tu przyleciałam... Mój przyjazd tutaj był jedną z najlepszych decyzji w moim życiu i za nic w świecie bym nie cofnęła czasu, bo nie tylko zyskałam sporo doświadczenia w przeróżnych kwestiach, ale również dostałam piękną lekcję życia na temat przyjaźni.
Mam możliwość rozwoju osobistego, językowego oraz szansę podróżowania, poznania nowych ludzi i kultur ... czego więcej chcieć, gdy człowiek ma lat dwadzieścia kilka i czuje ogromny głód wiedzy oraz przygody? Au pair to praca na pełen etat, ale jeśli wkłada się w to całe serce, a dzień wita z uśmiechem i próbuje zarazić innych tym entuzjazmem (mimo wszystko!) - ogromna satysfakcja oraz niedosyt, bo jeszcze tyle rzeczy jest do zobaczenia i przeżycia :-)
Tutaj, na pożegnanie, trochę randomowych foteczek z ostatniego tygodnia, który był dość pracowity, ale pozytywny - hości w rozjazdach, dłuuuugie spacery i ekstremy pogodowe.
Dzisiaj moja dziewczynka ma imprezkę urodzinową, której planowaniem zajęliśmy się już w zeszłym tygodniu. Jestem bardzo ciekawa jak to będzie, bo na razie wszystko mnie zaskakuje - na czele z faktem, że goście nie przynoszą prezentów, a są obdarowywani drobiazgami przez jubilata ... A imprezę otwiera pizza i karaoke, a na pożegnanie - tort. Gdzie w tym logika? :D Ależ jestem ciekawa !!!!
buziaki!
| mimo tego, że pracowałam w sobotę, to udało mi sie wyrwać na 3h 'spacer' po Great Swamp |
| najlepszy team do pieszych wędrówek: (od lewej) Isabell - Szwecja, Carolin i Lisa - Niemcy |
| takie oto słodziaki kryją się na każdym kroku ... |
| czas wracać do domku! |
| na wejściu do parku znajdowało się centrum informacji turystycznej i aż śmiechłam na widok tego :D |
| Niedziela - rodzinka pojechała na jakąś imprezę sportową mojego młodego i od 16 miałam dom tylko dla siebie i ... Paris :-) chill out! |
| No i to się nazywa totalne 'mam wszystko w d*** - mam w końcu wolne' <3 |
| Keep reaching ... |
| A teraz żegnam się, kończę swoją decaf i ... koniec tego dobrego! Czas załatwić sto spraw, zabrać dziecko na piłkę nożną, a potem impreeezka urodzinowa :> |

Jaaaaaaaaaaaaki wąż!!! omg :O ja jadę jutro do Harpers Ferry National Historical Park w Wirginii zachodniej, ciężko było mi znaleźć kogoś na kilkugodzinną wycieczkę po Parku, ale wkoncu się udało! Mam nadzieję jednak, że ja żadnego węża nie spotkam ! Niedziadka mogłabym spotkac :D
OdpowiedzUsuńBuziaki :*
Hahaha kartki! ^^
OdpowiedzUsuńDobrze, że okiełznałaś tych "diabełków", przynajmniej już teraz wiesz czego po nich oczekiwać. U mnie z fazy "pranie" zaczyna się przechodzenie do fazy "jestem nastolatką i mam was w du**e". Także no, wakacje się zapowiadają wesoło :D
ile pięknych pocztówek!! ;-)
OdpowiedzUsuńTeż się obawiam, czy mój mały mnie zaakceptuje. Im szybciej się dogadamy tym na pewno lepiej dla mnie. Będę jego pierwszą au pair i nie wiem czego się spodziewać, ale zobaczymy na miejscu:)
OdpowiedzUsuńTobie gratuluję, że sobie z nimi poradziłaś! Dzieciaki potrafią dać w kość, ale teraz już będzie szło ku lepszemu:)
Masz faktycznie mnóstwo obowiązków domowych, ale widzę też, że dajesz radę i to na 102% super! :-)
OdpowiedzUsuńfotki bardzo fajne, a zdjęcie samochodu po raz kolejny przypomniało mi pewne skojarzenia z motoryzacją from USA :)
Pozdrawiam
Ale ten czas leci!!!! Za każdym razem, gdy patrzę na liczniki, dziwię się, że to już! Niesamowite. Cieszę się, że trafiłaś tak, jak trafiłaś, i że udało Ci się pokonać trudności. Oby tak dalej! :)
OdpowiedzUsuńTe węże są niebezpieczne ;p ?
OdpowiedzUsuńPamiętam dzień w którym pisałaś notkę po przylocie ;D
Ale czas mija :)
Powodzenia na kolejne miesiące ;)
` Mój telefon mnie nienawidzi bo zostawiłam tu komentarz lata świetlne temu a teraz patrzę, że go nie ma! Więc musiał się nie załadować z telefonu - taki chamski festyn :P
OdpowiedzUsuńWięc jeszcze raz: wąż jest supersłodki i chciałabym go przytulić :D Ale to tylko ja i moje niezdrowe fascynacje! ;P I zawsze nie mogę się napatrzeć na Twoje super nogi !! I napisz koniecznie czy przeżyłaś urodzinki ! :D