niedziela, 28 lipca 2013

Lawina

Za oknem deszcz.
W salonie zniszczona przez Max’a kanapa.
A w głowie ciągle żywe wspomnienia z ostatnich 3 dni J TYLE się działo! Przygotujcie się, bo czeka Was istna lawina słów i … zdjęć.

25.07 (czwartek):  Yes, doczekałam się! Pierwszy dzień wolnego czas zacząć. Przed południem udałam się na przystanek autobusowy w centrum Mallow, skąd dojechałam bez problemu do Cork. Aura była całkiem sympatyczna – deszcz,słońce, słońce, deszcz, deszcz, deszcz … słońce – czyli typowe irlandzkie lato. Jakoś specjalnie mi to nie przeszkadzało, bo w sumie byłam na to przygotowana.
Po krótkim spacerze po Cork i obowiązkowej kawie w siostrzanej kawiarni, przyjechała po mnie J – dziewczyna P, którego poznałam wraz z S, gdy po raz pierwszy byłyśmy w Irlandii na Św. Patryka. Co ciekawe, znajomość zaczęła się dość banalnie, bo przez couchsurfing, a trwa do dnia dzisiejszego. Wraz z J pojechałyśmy do wiejskiego domku P, który nie mógł mnie odebrać z miasta, bo strasznie źle się czuł. Reszta dnia zeszła na rozmowach (nie)egzystencjalnych, spacerze i obiedzie po 21 … To był wielki błąd. Jako, ze nie jadłam nic cały dzień, to mój żołądek dość źle przyjął taki dinner o takiej porze. Innymi słowy, całą noc nie zmrużyłam oka :D Ku mojemu zdziwieniu, nie byłam w ogóle zmęczona dnia następnego, gdy oficjalnie wygramoliłam się z łóżka o 5 i …

26.07 (piątek): SPACER! Jeżeli będziecie mieć szansę pobyć trochę na irlandzkiej wsi, to gorąco polecam zrobić eksperyment i wstać przed wschodem słońca, i wybrać się na spacer. Wszystko zdaje się spać, a mgła przykrywa wszystko dookoła. Jednak, w momencie, gdy wstaje słońce i rozświetla okoliczne pagórki – chce się żyć.
Przed południem P musiał jechać na kilka godzin do pracy (jest projektantem ogrodów), więc uznałam, że wybiorę się z nim. Okazało się, że ma jednego pracownika Polaka (niby dziadziuś 60letni, a nie dałabym mu więcej niż 45 …) i przydałam się w roli tłumacza. Ciekawe doświadczenie :). Ale jeszcze ciekawszym był naprawdę poważny „clash kulturowy”, który trochę wytrącił mnie z równowagi, ale jak patrzę na to z innej perspektywy, to naprawdę była to porządna lekcja czym jest „bycie Irlandczykiem”.
Drugą część dnia spędziliśmy nad morzem w okolicach Kinsale. Najpierw zwiedziliśmy fort, a następnie poszliśmy do pubu. W końcu miałam swojego pierwszego Guinessa od mojego przyjazdu :) Wzięliśmy nasze drinkowe maszkiety i wyszliśmy by usiąść na takiej skarpie i popodziwiać morze. Myślicie, że ktokolwiek krzyczał za nami, by nie wychodzić z pubu z ich szklankami/kuflami? Albo, że komuś przeszkadzało, że ludzie piją alkohol „w plenerze”? Albo, że to niezbyt bezpieczne by pić alko na takiej wysokości? W życiu! J Było uroczo i malowniczo. Irlandzka Rivera J Pod koniec dnia pochodziliśmy po Kinsale i zjedliśmy pyszny obiad w jednym z pub-restauracji.  Jednak, nie wróciliśmy do domku P, ale pojechaliśmy do J, która mieszka nad samym morzem. Zaraz po przyjeździe, padłam spać i obudziłam się dopiero na drugi dzień.

27.07 (sobota): Dzień zaczął się od przygotowania tostów francuskich na … cieście :D Mówię Wam, największe FOPA mojego życia. J powiedziała, że zrobiła chleb i żebym zrobiła coś z nim na śniadanie. Tak więc, zeszłam rano by coś porobić i odruchowo wzięłam ten „chleb”, nawet go nie spróbowawszy. Tia. Wyobraźcie sobie moją minę, gdy zrobiłam pierwszego gryza, a chleb okazał się „słodkim chlebem”, który bardziej przypominał w smaku ciasto niż chleb. Cała ja, cała ja …
Po jakże świetnym śniadaniu (ale za to się uśmiałam za wszelkie czasy :P), pojechałyśmy z J do jej konia – Bell. Nie miałam okazji na nim jeździć, bo J jest jedyną osobą, którą Bell miała na grzbiecie, więc doszłam do wniosku, że sobie podaruję. Ale za to z drugiej strony, miałyśmy kilka godzin zabawy z Bell. Autentycznie. Wystarczył ruch ręki, głębszy oddech, lekko podniesiony głos – Bell reagowała jakby czytała w myślach. W dodatku, udało mi się zdobyć trochę doświadczenia w prowadzeniu konia na lonży i „bez lonży”. Super sprawa, polecam :D
Wieczorem poszliśmy na plaże malowniczą trasą przez okoliczne pagórki. Wrzucam trochę zdjęć, bo nie ma co się rozpisywać. No może dodam jeszcze, że jestem TYLKO „a half of chicken”, bo przy temperaturze powietrza 17C i wody ok16C weszłam do wody tak do pasa :D Więc jakby nie patrzeć, połowa zadania wykonana. Zastanawiałam się co moja S. robi i czy też szczęka zębami z zimna w naszym pięknym polskim morzu ... :-)
Po czilaucie na plaży, pojechaliśmy do Cork, skąd miałam autobus do Mallow. Wróciwszy, miałam cały dom dla siebie i piesków, więc zjadłam coś, pooglądałam TV i poszłam spać.

28.07 (niedziela): C wraca dopiero jutro, więc mam jeszcze cały dzień dla siebie J Teraz siedzę sobie w costa coffee (walczę z socjofobią i łaknę towarzystwa ludzi :D) na przysłowiowej kawie, a na dinner rozważam fish&chips – hej, w końcu musi być ten pierwszy raz. Kolejny pierwszy raz J

Keep tight,
M

PS. Słyszałam, że w Polsce rekordowe upały? Przesyłam SPORĄ dawkę orzeźwienia:
(śmiejcie się, ale ja uwielbiam taką pogodę i nie żałuję, że jestem biała jak mąka :D)


Obserwacja 11: Mój Irlandczykowi prosto z mostu. Yes - No; White - Black. Nie zostawiaj nigdy „gap” na interpretację.


Obserwacja 12: Nie ma możliwości tak zwanego „chamstwa” przy wchodzeniu do autobusu, załatwiania czegokolwiek na poczcie itp. i jest dużo ludzi, to każdy (bez wzgl na wiek) ustawia się grzecznie w kolejce. Kocham ten pomysł. Każdy jest uprzejmy, cierpliwie czeka – pełen relaks. To tylko my pałamy taką agresją i musem walki o miejsce :D







Widok z mojego pokoju u J.

Kinsale; super miejsce - szkoda, że Poet's Corner był już zamknięty.
Bardzo chętnie tam wrócę i sprawdzę, czy jest faktycznie taki super.

Kinsale

Zgadzam się!

Kinsale

Kinsale

Kinsale

Bullman to mój number 1

Widok z Charles Fort






Poranny spacer




Cork

Cork

Cork

poniedziałek, 22 lipca 2013

Good?

19.07: Przed weekendem nie działo się nic szczególnego, więc nie będę nudzić :)
Wyjątkiem jest piątek wieczór, czyi mój kojelny „first” tutaj, ponieważ jako, że był skwar nie do wytrzymania, wraz z C. pojechałyśmy do Banteer nad rzekę. Co ciekawe, woda była czarna jak smoła. Myślę sobie: fajnie, z deszczu pod rynnę i to całkiem dosłownie. Jednakże, okazało się, że woda ma kolor czarny nie przez zanieczyszczenia, ale przez czarnoziemy na tym terenie. Dlatego też, nazywa się tę rzekę poetycko, bo Black Waters. Po drugie, spodziewałam się, że woda będzie lodowata, zwłaszcza, że była 21 i przyznam, że troszeczkę byłam uprzedzona :P Jakież było moje zdziwienie, gdy wchodząc do wody o 21:30 słońce było na horyzoncie, woda przyjemnie chłodna i … żadnej ludzkiej duszy oprócz nas :)

21.07: Mój dzień pracy trwał od 5 am do 9 pm, kiedy w końcu przekroczyłyśmy próg domu i poszłyśmy od razu spać. Wczorajszy dzień był obfitujący w wydarzenia, ponieważ wraz z C. pojechałyśmy na  Newcastle West Show. Jednak, tym razem udało mi się poznać taką imprezę z technicznej strony, gdyż jechałyśmy z 9 końmi (!) ze stadniny w Newmarket. Miałam okazję pojechać prawdziwą limuzyną, oglądać free jumping (konie skaczą same), nauczyć się kolejnych paru rzeczy o koniach… Męczący dzień, ale warto było.

22.07: Banteer. Pierwszy dzień treningu z koniem hostki + zwykłe obowiązki u Grubej Berty. Jutro i w środę zapowiadają się nudy, a czwartek i piątek WOLNE!!! :)

Keep tight,

M

Blackwater River, Banteer

Limuzyna na zewnątrz
Limuzyna wewnątrz (z Daisy <3)







o 6 rano wszyscy jeszcze śpią :)


piątek, 19 lipca 2013

Goresbridge

17.07: Aukcja w Goresbridge
Dzień zaczął się przed godziną 8. Zrezygnowałam z typowego brytyjsko-irlandzkiego śniadanie, czyt. bekon, jajko sadzone, sto kiełbasek, baked beans (coś a’la nasza fasolka po bretońsku) i na dodatek znowu tosty. Jeszcze nie umiem się przekonać do ich śniadania, które rzekomo daję Powera na cały dzień :P No, zobaczymy.

Na miejsce dojechaliśmy po 2.5h. Jechaliśmy tam z zamiarem zakupu konia, ale C. nie była zbyt zainteresowana tymi, które były prezentowane (bo były z BARDZO górnej półki), a jak pojawił się jeden ciekawy, to niestety nie widziała go na wybiegu i nie chciała kupować w ciemno. Tak więc, spędziliśmy ponad 5h w samochodzie by sobie popatrzeć na koniki :D W ogóle by mi to nie przeszkadzało, bo taka aukcja to zawsze nowe przeżycia i doświadczenia, ale ten nieszczęsny klarnet … Jak mnie ten facet wkurza. Wiem, wiem … nudzę. Ale wyobraźcie sobie, że przygotowujecie sobie jedzonko. A podchodzi taki klarnet i mówi „o, sandwich!”, następnie bierze kanapkę, robi „gryza” i daję resztę psu…. I to nie jest tak, że on robi komukolwiek na złość. Koleś jest po prostu egoistą i egocentrykiem, myśląc, że wszystko kręci się wokół niego. Szkoda słów :P

Jeżeli chodzi o aukcje, to naprawdę było ciekawie. Były dwie hale – jedna, w której prezentowano konie (skoki, mały dressage), a w drugiej – aukcja. Koń był wprowadzany i oprowadzany, a przewodniczący rady trzymał młoteczek i zaczynała się licytacja. Chociaż ja nie widziałam nikogo kto by podniósł rękę lub inaczej zasygnalizował zainteresowanie koniem, to wciąż – kwoty rosły. Było ponad 250 koni. W ciągu 3h, które tam spędziliśmy, zdążyliśmy rzucić okiem na niespełna 70 koni.

Wieczór z pieskami, bo C. z klarnetem pojechała odebrać Harry’ego – nowego konia, którego zakupiła w zeszłym tygodniu. Z tego, co mi wiadomo, to 5-letni koń, który jest „unbroken”. Oznacza to, że nikt nigdy na nim nie jeździł. No i teraz C. zamierza przeprowadzić ekspresowy trening by móc na nim jeździć oraz móc skakać, a następnie sprzedać go w UK. Spytałam się, dlaczego sprzedaje właśnie tam to uznała, że w Irlandii kupuje się konie, a w UK sprzedaje, bo więcej płacą.

Obserwacja 10: Dobrego konia można kupić już od ok 650 Euro. Wcale nie tak źle, prawda? Ale dobre siodło (czyli takie, które jest bezpieczne) to koszt 1000 Euro w górę. Nie mówiąc o reszcie sprzętu, wyposażeniu, środkach do pielęgnacji, jedzeniu i boksie.  Oj tak, codziennie uczę się czegoś nowego.  

18.07 Cały dzień dla siebie! Juhu, już planuję wycieczki na przyszły tydzień. W końcu całe 2 dni „urlopu” J Myślałam o objazdówce przez Cobh, Kinsale, Clonakilty  aż po Bandon. A w drugim dniu Sheep’s Head. Nigdy wcześniej o tym miejscu nie słyszałam, ale „google grafika” potrafi zachęcić człowieka :) Czy uda się to zrealizować? Zobaczymy.


Zdjęcia - Reszta z Banteer z zeszłego tygodnia oraz aukcja J

właśnie tu pracuję :) 
polski element musi być










wtorek, 16 lipca 2013

sunny days

14.07: Newmarket Show
Całkiem fajna impreza. Oprócz skoków były też pokazy młodych koni jak i kucyków. Jednakże, jedną z lepszych atrakcji były wyścigi na osiołkach (video 1)! Jestem ciekawa, czy UE kontroluje to w jakikolwiek sposób, bo takiego chaosu, braku zasad i krzyków nigdy nie doświadczyłam. Zauważcie, że jakiś koleś spadł z osła, a drugi podbiega by … pogonić jego konkurenta, który prawie go staranował by biegł szybciej. Irlandczycy …

Drugą sprawą były pokazy psów. Totalna amatorszczyzna na szczęście, więc 90% ludzi było tam dla czystego fun’u. So did we J Max wystartował w kategorii „puppy” i … zajął 3 miejsce! Dla mnie już jest championem, a wystartował w tym całym konkursie dla zabawy po prostu.

Wieczorem poszliśmy na disco :P My, to znaczy ja i C., klarnet (przyjaciel C.) z dziewczyną. No cóż, po imprezie zostałam tylko ja i C., bo doszło do pewnych spięć i miałam szczerą nadzieję, że już się z nim pożegnam na dobre. Nie znoszę gościa. A tu we wtorek rano niespodzianka – klarnet wprowadza się na dobre. Och, nie.

15.07:Cały dzień w Banteer. A Gruba Berta (właścicielka stadniny; Niemka) jest autentycznym wrzodem na tyłku. W domu i w stajni syf jak nie z tego świata, ale jak ktoś posprząta (czyt. ja), to bez względu jak idealnie by było, ona weźmie i zacznie poprawiać. Ordnung muss sein!

Co ciekawe, wieczorem przyleciał z Anglii „terapeuta” dla koni. Z naszego okręgu zjechało się trochę ludzi z końmi, które mają wszelakie problemy z kośćmi, a przede wszystkim – kręgosłupem. Ten facet był fenomenalny. Znał każdą kosteczkę i wiedział, w którym miejscu ma dotknąć/uderzyć by koń się całkowicie uspokoił. Było nastawianie miednicy (!), wyrównywanie kręgów szyjnych i rozciąganie kończyn. Naprawdę, czegoś takiego nie widziałam.

Oczywiście nie obyło się bez niespodzianek. Gruba Berta powiedziała, że ktoś mnie odwiezie do domu, a tu psinco. Nawet nikogo nie uprzedziła o tym. Wiec jak głupia podeszłam do jakiegoś kolesia i pytam się, czy może nie jedzie do Mallow i czy by mnie nie podwiózł. Mimo tego, że mieszka na obrzeżach i miał w przyczepie konia, to bez problemu podwiózł mnie pod sam dom. Pytał się kim jestem, dlaczego Irlandia itp. I tak z jednej strony Gruba Berta znowu okazała się nie tylko grubą, ale i głupią babą, to z drugiej strony – udało mi się doświadczyć prawdziwej irlandzkiej uprzejmości J

Obserwacja 7: Irlandczycy jedzą stanowczo za dużo ziemniaków, białego chleba i kiełbasek (ups, troszeczkę subiektywnie, ale muszę się wyżalić no! :D)

Obserwacja 8: WiFi w miejscach publicznych zdaje się nie działać na polskich sprzętach. Cholera, McDonald zawiódł.

16.07: Pogoda znośna, wciąż zero deszczu, ale jest przyjemnie cieplutko.

Dzień spędzony w domu, nie licząc spaceru po mieście i jednego latte w macu. Dzisiaj na lunch jadłyśmy (na szczęście bez klarneta. Mówiłam już jak strasznie nie mogę strawić tego kolesia? :P) niby greckie pierożki z ciasta francuskiego zapiekane z białym serem, ale super sprawa. W końcu nie ziemniaki, choć jeszcze dzień się nie skończył (o zgrozo). EDIT: Będą ziemniaki <3

Cały czas zbieram się do tego by nakręcić to nieszczęsny video na au pair. Nie potrafię się do tego zabrać i znajduję sobie milion wymówek by tylko to odwlec. Umowę podpisałam i wysłałam, więc kolejnym krokiem byłoby to video. Niby dostałam login i hasło, ale jeszcze „nie zdążyłam się” zalogować. W sumie, cały czas żyję tą Irlandią i jakoś no, nie umiem realizować dwóch tak ważnych rzeczy na raz. Ale co zrobić, życie. Będziemy działać :D

Czytam blogi od au pairek i kurczę, coraz bardziej utwierdza mnie to w przekonaniu, żeby jechać. Czy dam radę? Czas pokażę …

Drogie au pairki! Mam kilka pytań, na które niestety nie umiem znaleźć odp.  Zastanawiałam się nad kwestią ubezpieczenia … Czy wygląda to tak, że jak (odpukać) coś się stanie i trzeba za to najpierw zapłacić ze swojej kieszeni, by móc potem starać się o pieniądze z ubezpieczenia? Druga sprawa – czy bez względu na rodzaj ubezpieczenia, tak czy siak trzeba płacić za wizytę u lekarza? Czy ten koszt jest zwracany przez ubezp. czy nie? Mam nadzieję, że ktoś kto wie będzie na tyle miły by się podzielić swoją wiedzą J I’d appreciate!


Obserwacja 9: (mało irlandzka, ostrzegam!) Choćby nie wiem jaką minę twardziela by się przybrało i utrzymywało, że nic nie jest w stanie człowieka złamać, to w pewnym momencie dystans ponad 3 tys km zaczyna działać na ludzką psychikę, skutkując refleksjami i dość sporą dawką tęsknoty. Smuteczek.

dzieciaczki i kucyki

pokaz młodych koni

Top model

kózka zbierała datki na organizacje jakieś tam