sobota, 13 lipca 2013

horse fair

12.07 (ciąg dalszy): Po przepracowaniu kilku godzin w Banteer, wypiciu dwóch herbat z cytryną oraz nasilającym się bólem ucha i gardła, wyruszyliśmy na „targi konne” (horse fair). Wyruszyliśmy, tzn. właściciel stadniny ze swoimi córkami oraz z Francuską, która jest u nich na wakacjach, a oni są dla niej host family. Podobna sytuacja jak u mnie, tylko, że ona musiała zapłacić za ten czas tutaj, bo nie pracuje, a jeździ konno i korzysta z uroków Irlandii J Chociaż jak z nią dzisiaj rozmawiałam, to uznała, że już ma serdecznie  dość i że cieszy się, że wraca do domu. Hm, zobaczymy jak będzie ze mną …
Ale wracając do sprawy … Jechaliśmy około 40 min, gorąc straszny, a ucho coraz bardziej bolało. Jednak, to co zobaczyłam po wyjściu z samochodu wstrząsnęło mną do szpiku kości.
Zamknięto całą drogą, a wszystkie sklepy zostały we wsi pozamykane. Na całej długości drogi oraz w środku mieściny było tysiące ludzi. Wszędzie chodziły konie: duże i małe, ale wszystkie niesamowicie smutne i wychudzone. Przez całe swoje życie nie widziałam takiego skupiska ludzi i zwierząt w jednym miejscu. Nie czułam się jak w deszczowej Irlandii, ale jak na jakimś tureckim bazarze, gdzie rumuny próbują Cię okraść, a ty trzymasz się kurczowo za wszystkie kieszenie. „Wystawcy” (tacy to wystawcy jak z koziej dupy trąbka) poprzywiązywali prowizorycznie konie albo na nich jeździli przebijając się przez tłum. Nie dość, że był straszny smród, to w dodatku okropny skwar podkręcał całą atmosferę. Byłam w tak ciężkim szoku na widok tego wszystkiego, że aż mnie ucho przestało boleć. Wiecie co mi powiedzieli na moje zdziwienie? „Welcome to Ireland!”

Jednak, największą atrakcją całej wsi były …  tapeciary level hard, ubrane w taki sposób, w jaki nigdy nie ubrałaby się szanująca kobieta. Widać je było z kilometra, dosłownie. Ba, ilość tapety była przerażająca. To nie był makijaż, to było monstrualne nałożenie szpachli „czegoś” na twarz. W dodatku, chodziły całymi grupami ze swoimi dziećmi (!), a ich jedynym celem było znalezienie kogoś kto by nimi na resztę życia zajął. Ale się pośmiałam, przednie widowisko.

Kolejnym szokiem była opalenizna Irlandczyków. Nie wiem, czy kwestią było to, że większość „wystawców” była ze wsi, ale czułam się jak posypana mąką pośród wręcz czarnych Irlandczyków (!). Brzmi paradoksalnie, co?

Do teraz mam przed oczami jeden wielki chaos, który miał miejsce dnia dzisiejszego. Co ciekawe, Irlandczycy świetnie się bawili, a ja (wraz z tą Francuską) byłyśmy tym przerażone. To się po prostu w głowie nie mieści …


C. po moim powrocie powiedziała, że właśnie te „targi” są czymś czego nie ma gdzie indziej na świecie i zobaczenie tego na własne oczy, to nie lada przeżycie. O tak, certainly – I hadn’t expected that sort of things…

13.07: Boże, jak gorąco! Usłyszałam, że nie było takich upałów od prawie 20 lat! Pieski umierają mi z gorąca, hostka nie umie spać po nocach (mnie jest zawsze zimno i śpię zawinięta w kołdrę xD) i jest wykończona cały dzień ... Dzisiaj leniwe popołudnie, a wieczorem powrót do Meelin. Jutro zawody!
A to prognoza na przyszły tydzień ... To chyba żart. Już teraz pogoda jest numerem jeden we wszelkich rozmowach, stacjach TV i radiowych ... Irlandczycy się oficjalnie topią. Jakoś daję radę mimo wszystko - ale Irlandczycy? Tutaj wysoka temp to max22-23 C. A teraz?














1 komentarz:

  1. Tak, ulga jest przecudowna :)

    Oby tak było! Tylko oczywiście już przy zanoszeniu papierów na magisterkę były jaja nie z tej ziemi XD

    Aż mi jest smutno z powodu tych koni! :(

    Tapeciary to chyba taki odłam naszego gatunku, który, niestety, jest obecny w każdym (prawie)kraju ;x Ale za to jest atrakcja? Jest XD

    OdpowiedzUsuń