piątek, 28 marca 2014

Washington DC / Rainy Friday

Niesamowite jak czas szybko leci. Dopiero co nie mogłam się w końcu doczekać 4-dniowego weekendu, a tu proszę *puf* i jutro jest już kolejna sobota. Jednakże, w ten weekend nigdzie się nie wybieram, bo w niedzielę pracuję, a w sobotę muszę w końcu odespać Waszyngton. 

Do Waszyngtonu wybrałam się w sobotę z Newark, który uważany jest za jedno z najniebezpieczniejszych (po Elizabeth) miejsc w New Jersey. Jednakże, tani bilet z boltbusa przesądził sprawę i o 14.30 siedziałam już wygodnie w autobusie, czekając na odjazd. Jednak, popełniłam jeden błąd. Jeden duży błąd.
Chciałam być miła i wsadziłam swój plecak do schowka by jakaś poczciwa dusza mogła usiąść koło mnie. Oczywiście, jak to ja - natrafiam na najdziwniejszych ludzi. Usiadł koło mnie dziwnie pachnący i wyglądający 'chłopak' z głosem tak wysokim, że z trudem zrozumiałam 'how are you darlin?', a następnie rozepchał się tak bardzo, że myślałam, iż go po prostu stamtąd wykopię. Jednak, dowiedziałam się, że jedzie do Baltimore i powtarzałam sobie, że mogę to wytrzymać. 
Będąc na autostradzie zauważyłam, że na lewy pas wjechał dość duży pick-up, którego prawe okno nagle się otworzyło i szalona babka rodem z Teksasu zaczęła drzeć się na naszego kierowcy. Początkowo pomyślałam, że jakaś nienormalna, ale okazało sie, że mamy kapcia z opony i musimy się zatrzymać. No i w ten oto sposób zostałam wybawiona od śmierdzącego 'chłopaka', gdyż w ciągu 5 min podstawili dwa autobusy - jeden do Baltimore, drugi do DC. Ciekawostka - dzięki tej przygodzie udało mi się przybyć do DC 20min wcześniej niż planowano :-)

Waszyngton przywitał mnie niskimi kamienicami, wąskimi uliczkami i letnią pogodą. Na dworcu czekała na mnie Domi, która już od rana zwiedzała to jakże różne od Nowego Jorku miasto. Razem zapakowałyśmy się w metro (RADA: Polecam kupić kartę na metro/busa za $10, gdyż wydrukowanie jednorazowego biletu niesie ze sobą dodatkową opłatę przy każdym zakupie), które okazało się niesamowicie zadbane, przestronne i wypełnione ludźmi, którym niekoniecznie się bardzo spieszyło. Jakaż to miła odmiana od śmierdzącego, zapchanego nowojorskiego metra, gdzie ma się wrażenie, że każda sekunda jest na wagę złota.
Wybrałyśmy się do Chinatown, gdzie umówiłyśmy się z Adrianem oraz naszym hostem Phillipem pod największą 'chińską' bramą w całych Stanach. Następnie poszliśmy coś zjeść do chińskiej knajpki by ok22 pojechać do Crystal City (na południe od centrum), gdzie miałyśmy spędzić dwie kolejne noce. Warunki bytowe były fantastyczne, a widok z balkonu ... Co Wam będę dużo pisać, check this out:
metro. union station.

Chinatown.
Dwie modelki :-)

Na mnie ta brama zrobiła ogromne wrażenie.

z naszym hostem i ogromną ilością chińskiego żarcia
(jezu, dlaczego te porcje są takie OGROMNE?!)

widok z balkonu.
W tle Pentagon

Chillout!

Okazało się, że nasz host nie tylko pracuje dla Senatorów i dyplomatów,
ale również aspiruje na pilota.
Miałam okazję spróbować swoich sił na symulatorze i ... się rozbiłam :-(

W niedzielę się ochłodziło, a niebo spowite było chmurami. Zero słonka, zero ciepełka.
Ale cóż to dla nas! Zjadłyśmy śniadanie, ubrałyśmy się i wyruszyłyśmy na spotkanie przygodzie. Tutaj zaserwuję trochę więcej zdjęć, bo wiem, że tekst ciągły może być lekko nużący w momencie, gdy jest on pozbawiony obrazków :D

Phillip był na tyle uprzejmy, że zabrał nas samochodem na rundkę po Waszyngtonie
i wysadził nas pod samym Kapitolem.

Supreme Court.

Na drzwiach wejściowych widnieją płaskorzeźby symbolizujące
najważniejsze dokumenty prawne dla świata zachodniego.

niby takie śmiechy tu i ówdzie, a myślałam, że umrę z zimna :D

to chyba moja ulubiona selfie (nie jestem potworkiem, który robi sobie
ich dużo, więc z 3 selfie wybrałam to :D)
Tak więc naszym pierwszym przystankiem był Capitol Hill, gdzie przemarzłyśmy do szpiku kości, więc postanowiłyśmy ogrzać się w Starbucksie, którego na szczęście (!) nie znalazłyśmy, bo udało nam się trafić do uroczego diner, gdzie Domi spałaszowała bajgla, a ja wypiłam swoją pierwszą tego dnia kawę. Udało nam się ogrzać i w drogę ... Postanowiłyśmy, że przejdziemy się do Reflecting Pool, a stamtąd przez The Mall do Washington Monument, gdzie odbiłyśmy na północ w kierunku Penn Quarter, dystryktu z Białym Domem.

Reflecting Pool.
Patrząc z odpowiedniego kąta, można zobaczyć odbicie Kapitolu
oraz Ulysses Grant Monument.

Spacer przez The Mall, który pełni funkcję parku łączącego Lincoln Memorial
z Capitol Hill.
Początkowo prace rozpoczęto już za czasów Waszyngtona,
ale ostatecznie zakończono je dopiero w XIX wieku.

Podczas weekendu bardzo dużo osób spędza aktywnie czas,
grając w football, czy po prostu biegając lub spacerując.

Washington Monument i ja - zmarzluch.


Żebyście nie usnęli, to dodaję wiewiórkę.

z Adrianem przed Białym Domem.
Następnie opuściliśmy Penn Quarter i wróciliśmy do The Mall, a mianowicie - do WWII Memorial, Lincoln Memorial (gdzie spotkaliśmy się z Phillipem), M.Luther King Jr Memorial aż do National Air and Space Museum. 

WWII Memorial.





Lincoln Memorial.

Korean War Memorial.

M.Luther King Jr Memorial





Po wyjściu z muzeum (RADA: Wszystkie muzea pod patronatem Smithsonian Institute, czyli 99% wszystkich w DC są DARMOWE, więc korzystać!) byliśmy strasznie zmęczeni, więc poszliśmy coś zjeść, a potem mały chill out w Crystal City.

Najlepsze tego dnia zostawiłam na koniec :-)
Wspomniałam, że Phillip pracuje dla Senatorów i dyplomatów, prawda? Jest też bardzo inteligentnym i pomysłowym człowiekiem, który zorganizował dla nas najlepszy tour ever. Na początku zabrał nas na najwyższy poziom hotelu w Crystal City, z którego rozpościerała się przepiękna panorama na DC. 
Po drugie, zaparkował pod najdroższym hotelem w Waszyngtonie i nakazał nam zachowywać się jak milion dolarów. Założył swoje okulary słoneczne, rzucił kluczyki szoferowi i powiedział, że tylko nas odprowadzi do pokoju i będzie z powrotem. My oczywiście SZOK, ale gramy dalej :D
Dzięki jego niesamowitej charyzmie i świetnym umiejętnościom aktorskim dotarliśmy na taras, skąd patrzyliśmy w okna Obamy <3 
Potem wybrałyśmy się z Domi na mały spacer po mieście by móc zobaczyć monumenty w nocy, ale zrobiłyśmy to w trybie ekspresowym, bo było niesamowicie zimno.
Po powrocie do mieszkania Phillip zaserwował najlepsze drinki ever i poszliśmy spać :-)


hej Panie Prezydencie !
Lincoln Memorial



W sobotę po zjedzeniu śniadania w Waffle place (gdzie o ironio zjadłyśmy naleśniki) rozdzieliłyśmy się z Domi, która poszła do Muzeum Holocaustu, a ja udałam się najpierw do Archiwów, gdzie niestety była kolejna na milion lat świetlnych, więc skierowałam swe kroki do Muzeum Historii Amerykańskiej. Bardzo mi się zresztą tam podobało. Potem spotkałyśmy się z Domi na dworcu, skąd miała autobus do domu, a ja ruszyłam przed siebie - najpierw do Muzeum Portretów, Jefferson Memorial, a następnie na gorącą herbatę do Starbucksa by w końcu wsiąść w metro do północnej części Waszyngtonu, gdzie miałam zorganizowany nocleg.

Old Post Office

FBI 

The Archives

Muzeum Historii - Pierwszy komputer Apple.
Chcę taki!

ten cytat urzekł mnie najbardziej. Muzeum Portretów.

Sala Prezydentów. Muzeum Portretów.

A to mój ulubiony obraz, przedstawiający powrót pana do domu,
gdzie czeka na niego wierny psiak.
:((((((( smuteczek razy miliard

no to jeszcze raz spacerek przez The Mall

Jefferson Memorial

Jefferson Memorial

Chill out ... nareszcie!

We wtorek wracałam już do domu i nie mam za bardzo co napisać. Zaczął padać śnieg, co wprawiło mnie w konsternację, bo obawiałam się, że odwołają mój autobus. Jednakże, wszystko przebiegło sprawnie i już o 18 byłam w domu (bus DC -> NYC, a potem pociąg do domu. Łącznie 7h by dostać się do Chatham :D)

A co tak poza tym? Tydzień mi się skrócił przez te dwa dni wolnego, więc jakoś poszło.
Z dziećmi jest wszystko OK. Ba, moja dziewczynka uznała, że kuchnia to jej restauracja i od trzech dni nie pozwala nawet włożyć naczyń do zlewu, bo ona to zrobi. OK, ja się kłócić nie będę :D No i dzięki jej zapałowi gotujemy, pieczemy i bawimy się tym, co wcześniej było dla niej przykrym obowiązkiem.
Ach te dzieci :-)
Z hostką również bardzo dobrze. Wczoraj właśnie z nią rozmawiałam na temat rematchu jednej z dziewczyn i im więcej słyszę zwariowanych historii o rodzinkach oraz LCC, tym bardziej doceniam sobie to, co mam.
Czy jestem szczęśliwa? Tak, jak najbardziej. Mimo tego, że tęsknię cholernie za kilkoma osobami w PL, to jeszcze nie czas wracać do kraju. Jeszcze mam sporo do zrobienia tutaj.

A mówiąc o 'to do list' ... Jako, że dzisiaj leje jak z cebra (ale i tak przebiegłam swoje 8.5 km :D), to postanowiłam, że w końcu usiądę nad pracą na kurs. Jezu, minęło prawie 9 miesięcy od mojej obrony, a ja czuję się tak jakbym zatraciła umiejętność posługiwania się angielskim i z dnia na dzień mam wrażenie, że jest coraz gorzej :P Dlatego założyłam sobie zeszycik i notuję wszystko, co wydaje mi się użyteczne.
Wydaje mi się, że kwestią zasadniczą jest to, że chcę być perfekcyjna w tym JAK mówię i wychodzi tak zwane gówno, bo zaczynam bełkotać, połykać literki i zastanawiam się: co się ze mną stało?!
Ale spokojnie, ogarniemy. W życiu bywały większe problemy.

Trzymajcie się pysiaki i do nastepnego,
M

sobota, 22 marca 2014

3 min

Dokładnie tyle zajmie Ci przeczytanie tego posta, którego piszę w biegu przed dzisiejszym wyjazdem do DC. Melduję, że cały tydzien przeżyłam - zaczęło się strasznie beznadziejnie, a dzieci dawały mi w kość, ale z każdym dniem było coraz lepiej i mimo tego, że wczorajszą zmianę skończyłam o 20, to była to jedna z lepszych 'dniówek' od mojego przyjazdu :-)

Dziękuję Wam za przemiłe komentarze, mejle i wiadomości róznego typu - przepraszam za zwłokę, ale naprawdę fizycznie nie mam czasu odpisać ... :-(
Obiecuję sobie każdego dnia, że znajdę tę godzinkę by usiąść i porządnie przeczytać oraz odpisać, ale no - nie da się. To się tak wydaje, że w ciągu dnia jest tyle wolnego czasu uhuhu - w praktyce wygląda to troszkę inaczej niestety. Jak się ogarnę z DC, to biorę się za to (równolegle z przygotowaniami do kursu oraz pół-maratonu) :D

To tyle, trzymajcie się i wspaniałego weekendu!

Wrzucam zdj z Domi, która teraz siedzi w autobusie w kierunku DC
i z którą spędzę najlepszy spring break ever!
<niemogęsiędoczekać>

poniedziałek, 17 marca 2014

Gnocchi / Palisades Pkwy

Sobota była moim dniem wolnym, ale mimo to widząc, że chłopczyk sam został w domu, to doszłam do wniosku, że chętnie dotrzymam mu towarzystwa. Mamy nie było, bo wraz z dziewczynką pojechały do kina, więc mieliśmy kupę czasu by sobie razem pogadać, pogotować i 'zbudować więzi'. Szło nam całkiem nieźle i postanowiliśmy, że po 3 próbach dodzwonienia się do mamy,  napiszemy notkę, że jedziemy się przejechać po okolicy i wrócimy za chwilę.
Nie minęło 5 min, a wkurzona mama na linii :P Okazało się, że dzwoniła 10 razy do domu i jako że nikt nie odebrał była skłonna dzwonić na 911. A ja myślę: czemu nie zadzwoniła od razu do mnie? No i wycieczkę po okolicy szlag trafił - kolejna afera :D
Tak więc dzień wolny, czy nie wolny - nie obyło się bez płaczu, prób uzyskania choć odrobiny niezależności oraz nerwowego popołudnia. Z jednej strony jestem gdzieś tam w stanie zrozumieć zachowanie hostki i teraz obiecałam sobie, że będę jej pisać chociaż o najmniejszym pierdnięciu (za przeproszeniem oczywiście), bo moje 'polskie założenia' mają się nijak do wręcz obsesyjnego podejścia Amerykanów do bezpieczeństwa i zasad.
OK. Nie oceniam tego, bo to nie mój świat i nie moja rodzina - ale kurczę, czasami  trudno mi jest się w tym odnaleźć przez te różnice kulturowo-rodzinne.

Doszłam do wniosku, że nie warto marnować całego dnia w domu, gdzie hostka intensywnie rozmawiała z chłopcem na temat całego pojęcia 'dorastania' i 'niezależności', więc ubrałam swoje biegowe galoty i ... przebiegłam 10 km :)
A wieczorem wybrałam się do Anna, która miała być na Florydzie z rodzinką, ale jako, że była chora w środę, to hości uznali, że zarazi dzieci i ma zostać w domu :P spoko, nie? Ale dziewczyna się nie poddała złemu nastrojowi i przygotowała pyszne włoskie jedzonko, a do tego pogadanki i humor od razu lepszy :-)

Dom Anny jest mega przestronny z praktycznie samymi oszklonymi ścianami.
Szkoda, że panuje w nim cisza tylko wtedy, gdy nie ma dzieci ;>

gnocchi alla romana - polecam z całego serca!
Rodzaj 'klusek', gdzie zamiast mąki używamy kaszy mannej. Coś przepysznego.

a to my i wino w plastikowych kubeczkach <3
W niedzielę obudziłam się o 6.30 i przyszykowałam całą wałówkę jedzenia, gdyż wraz z Anną i naszym kolegą (!) Billem zaplanowaliśmy wycieczkę pieszą w Palisades Interstate Park. Umówiłyśmy się z Anną o 9.30 pod moim domem, a stąd miałyśmy się razem przejść do miasta, skąd miał nas odebrać Bill. Anna zaspała i dopiero mój telefon wyrwał ją spod kołdry :D Ja nie wiem jak jej się to udało, ale dziewczyna ogarnęła się w 15min i spóźniłyśmy się na miejsce tylko o 10 min.
Trasa DO nieco się wydłużyła, bo GPS pokierował nas w zupełnie inną stronę, więc z 40min drogi zrobiły się prawie 2h spędzone w samochodzie. Ale nie szkodzi - w końcu mogłam się napatrzeć na Nowy Jork z 8-pasmowej autostrady (boże jak dobrze, że to nie ja byłam kierowcą).
Gdy w końcu dotarliśmy na miejsce pogoda była fantastyczna. Przyznam, że było nieco zimno (około -1C), ale nasz zapał i tempo marszu sprawiło, że już po 15min byliśmy wystarczająco rozgrzani by skupić się na pięknych widokach i kontemplacji zamiast na dreszczach, spowodowanych zimnem.
Co będę jeszcze pisać? Maszerowaliśmy przez prawie 4h, był lunch na półce skalnej i kawa w schronisku wybudowanym jeszcze przed wojną, a w drodze powrotnej - dinner w kolumbijskiej miejscówce (tyle mięsiwa, że wystarczyłoby dla całej kolonii w Zakopanem :P)

jedno z moich ulubionych zdjęć z tej wycieczki :)

z Billem; jeszcze przed wyjściem na szlak

po 2h marszu trzeba było zrobić sobie przerwę ...

słoooooońce !


no i w oddali Nowy Jork 


nawet ptoszka znaleźliśmy

zapierające dech, prawda?

hej hej hej drużyno!

i mega brudne buciorska

z Ogrodzieńcem nie ma to za dużo wspólnego ...


żarcie!
Zamówiliśmy dwa dania i podzieliliśmy to pomiędzy naszą trójkę,
ale nie dało się tego zjeść do końca. 1/3 została niezjedzona :P
A teraz trzymajcie za mnie kciuki, bo dzisiaj mam za zadanie zawieźć dzieciaki do dentysty, a uwierzcie, że za bardzo im się to nie uśmiecha. Byleby do weekendu i DC <3!

Buziaki,
M