niedziela, 2 marca 2014

'deportują mnie' / bedtime / prawko

Hej Kochani! 

Widzę, że ostatni wpis był jakieś 2 tygodnie temu, więc wybaczcie za obsuwę czasową, ale ostatnio miałam totalne urwanie głowy. Teraz, gdy siedzę sobie pod ciepłą kołderką *która nie pyta i która rozumie*, w tle leci jakiś naiwny dokument o istnieniu ufo, a ja spokojnie piję moje pyszne cappuccino z włoskiej mokki - pierwszy raz od dwóch tygodni mam chwilę całkowitego relaksu dla siebie, to piszę :)

Ostatnie 14 dni były bardzo pracowite, ponieważ mieliśmy snow days, które wprowadziły trochę zamieszania do spokojnego miasteczka Chatham na wschód od Nowego Jorku, a w dodatku moi hości dużo podróżowali (business trips, a HD jest pilotem i rzadko bywa w domu), więc musiałam się zmierzyć ze swoim pierwszym bedtime, a potem kolejnym i kolejnym ...

Generalnie jak to z dziećmi - czasami bywa lepiej, czasami bywa gorzej. Jednak, uwierzcie mi - jak będziecie musieli zmierzyć się z sytuacją położenia dwójki dzieci spać po raz pierwszy bez jakiegokolwiek wsparcia ze strony hostów, to trzeba uzbroić się w cierpliwość :D Tak to mniej więcej wyglądało za pierwszym razem:

- OK, it is time to go to bed. It's 9:05.
- I am noooot tired.
- You had extra 10 min watching TV, time to go.
- No <crycrycrycry>

Po 15 minutach i popękanych bębenkach w uszach ...
(już w pokoju dziewczynki, jakoś udało mi się sposobem sprawić by się położyła)
- Can I read?
- Sweetie, it's 9:20 ... Just try to sleep, ok?
- My mom allows me to read <crycrycry>
- OK, 5 min and I turn the lights off.

Nie minęły dwie minuty, a dziecko juz spało :P
To była pierwsza noc, kiedy byłam sama z dziećmi. Jako, że dzieciaki śpią na piętrze, a ja w piwnicy (haha), to na początku miałam stresa, że coś się może stać i nawet nie usłyszę, to pootwierałam wszystkie drzwi by móc w odpowiednim czasie zareagować, ale na szczęście nic się nie stało.
Generalnie, musiałam dzieci położyć jakieś 3 razy, z czego każdy się różnił. Nie ma zasady, poważnie ... Drugi raz było bez żadnego problemu i dzieci spały już o 9 bez krzyków, płaczu i scen.

W kwestii 'deportują mnie' ... W zeszły piątek zaczynałam weekend z poczuciem, że jestem chyba najgorszą au pairką świata i że czas wracać do domu. Wszystko zaczęło się od tego, że byłam z dziećmi 2 dni sama i mama z ojcem wracali w piątek wieczorem. Szło mi naprawdę dobrze aż do godziny 17 w piątek, gdy dostałam smsa od hostki: 'hey [...] ask her if she wants to go to her friend for a party tom night?'.
Byłam przekonana, że hostka zrobiła literówkę i tom night odnosi się do tonight ...Jednak, nie była pewna i odpisałam hostce coś w stylu 'so, should I take her at 6 then?' na co dostałam 'it's your job as an au pair'. Pokazuję dziewczynce wiadomość i uznała, że chętnie by poszła do koleżanki dzisiejszego wieczora.
Spakowałyśmy się i poszłyśmy.
Co się okazało?
Pukamy do drzwi, a tam cisza ... ciemno, nikogo nie ma. Otwiera mama koleżanki i mówi, że imprezka jest na drugi dzień (tom night oznaczało tomorrow night!). Ja spaliłam buraka, a moja dziewczynka wyglądała jakby zobaczyła ducha. No to przeprosiłam i powiedziałam, że przyjdziemy na drugi dzień, ale w końcu stanęło na tym, że dziewczynka została i mama miała ją odebrać późnym wieczorem.
Wróciłam do domu z miną zbitego psa - ale wtopa, a tak dobrze żarło ..
No to usiadłam w kuchni i czekałam na hostkę. Ja już oczywiście łzy w oczach (tutaj strasznie ceni się punktualność, dostosowywanie się do ciągle zmieniającego się planu) i gdy tylko zobaczyłam hostkę, to mówię jak wygląda sytuacja i że bardzo przepraszam. Byłam przygotowana na najgorsze (zauważyłam, że wtedy kiedy się nastawiam w ten sposób, to w konsekwencji nie jest tak źle :D), a hostka machnęła ręką i powiedziała, że po prostu następnym razem użyje pełnych form w smsach, a nie skrótów. Jednak, zapytałam się, dlaczego mi wysłała tego smsa z potwierdzeniem ('it's your job ...'), a ona mi powiedziała, że nie widziała mojej wiadomości z tym pytaniem, a jej sms zaplątał się gdzieś w sieci, bo wysłała mi go w okolicach południa w zupełnie innej sprawie ...
Spoko, nie? :D

W zeszły weekend wybrałam się ze znajomym z Nowego Jorku oraz au pairką ze Szwecji na mały trekking po Jockey Hollow, gdzie większość szlaków była totalnie zasypana, więc wybraliśmy się po prostu na dłuższy spacer. Tak, jesteśmy aktywni, nie siedzimy na tyłku! :D

W teorii po obu stronach powinny być szlaki, ale wszystko było zasypane ...

Jockey Hallow (część National Historical Park, Morristown)
znany z tego, że wojska amerykańskie stacjonowały tutaj przez kilka lat
podczas wojny o niepodległość.

Żołnierze mieli za zadanie wybudować chatki oparte na tym samym planie.
Każda chatka jest identyczna, a jeśli by nie była -
od razu kazano by ją zburzyć i zbudować od nowa.

into the wild?

Ktoś się chyba zmęczył ...

Adrian i Isabell :)

No i w końcu można zrobić sobie odpocząć!

Po wycieczce wybraliśmy się do Morristown, gdzie skupiłam się na fotografowaniu
kościołów, które są dosłownie co 100 m ...

i kolejny ... Naliczyłam ponad 10 kościołów podczas 15 min spaceru.

omnomonomomom, dupa rośnie!

Nowy tydzień przyniósł więcej śniegu i kolejne business trips moich hostów. Było mi w pewnym momencie bardzo ciężko, ale dałam radę i jestem przekonana, że dużo się nauczyłam dzięki tym problemom ;) W dodatku musiałam wszystko pogodzić z nauką na prawko, które miałam zdać w piątek (umówiłam się z Anną, że pojedziemy razem).
Zbierałam się do tego prawka już od prawie 3 tyg i powiedziałam sobie: albo teraz, albo pieprzę to. No i zaczęłam się uczyć z tej magicznej książeczki, ale szło mi tak średnio. Pomijałam połowę rzeczy, a tu się okazywało, że trzeba wkuć wszystkie kary (których jest od groma), procenty (o ile procent wzrasta szansa na przeżycie jeśli jesteś zapięty pasami?) lub bzdurki typu - jaka ilość piwa ma taką samą ilość %, co jeden kieliszek wina?
Wkurzyłam się i znalazłam gdzieś na necie testy online, które robiłam over and over again. Na początku żadnego nie umiałam zdać (haha), ale po 3-4 dniach intensywnej nauki na własnych błędach, zaczęło mi jakość iść. Praktycznie nie ruszyłam tych nieszczęsnych kar aż do ostatniego wieczora, 15 min przed snem :D
W piątek zapakowałyśmy się w jeep'a Anny i ruszyłyśmy do najbliższego MVC, gdzie miałyśmy podjąć się wyzwania. Gdy dojechałyśmy na miejsce (Randolph,NJ), to budynek przypominał bardziej salon samochodowy niż faktyczny WORD. Wchodzimy do środka, dostajemy jakieś formy do wypełnienia. OK, wypełniamy. Stajemy do rejestracji, skąd jesteśmy skierowani do kolejnej kolejki. Składamy dokumenty (wszystko co miałam tak naprawdę + karta debetowa!) i mamy czekać na wywołanie nazwiska.
Mija 15 min. Słyszę 'Marta Debska, window number one'.
Idę.
Biorą ode mnie dodatkowe dokumenty (uf, jak dobrze, że wszystko wzięłam) łącznie z prawkiem polskim oraz międzynarodowym. Znowu mam usiąść.
Siadam. Czekam na wywołanie.
Znowu idę. Płacę 10 dolarów za przystąpienie do testu.
Idę do kolejnej kolejki. Czekam.
Podchodzę do okienka z bardzo sympatycznym panem urzędnikiem (dodam, że w miarę przystojnym :D). Najpierw sprawdzają mi wzrok, a następnie mam usiąść przy komputerze i przystąpić do testu.
Wtedy też zaczęłam się zastanawiać ile tak naprawdę mam czasu. Patrzę na ekran, a tam 10:00.
COOOO?! 10 min na 50 pytań?! Awykonalne!!!
Zaczynam test i tak się spięłam, że poświęciłam na pierwsze 3 pytania masę czasu i każda odpowiedź była zła.
Aaaa, pieprzę to! - Pomyślałam i nagle, gdy było mi już wszystko obojętne i przestałam zastanawiać się nad pytaniami, a po prostu brałam to wszystko 'na czuja', to odpowiedziałam poprawnie na resztę pytań i gdy wskoczyło '40 correct', pojawił się komunikat - you passed!
hell yeah :)
Wyłączam monitor i podchodzę do okienka. Kątem oka widzę, że Anna jeszcze robi test i myślę 'kurczę, przecież Anna zaczęla 15 min przede mną ... jak to możliwe, że zegar pozwolił jej na kontynuowanie?'.
Pan urzędnik patrzy na mnie zdziwiony z pytaniem 'co tak szybko? To chyba rekord czasowy!'
'Jak to rekord? Przecież limit to 10 min'
'Nie ma limitu czasowego! 10:00 oznaczało godziny'
Ręka, noga, mózg na ścianie :D Cała ja!
Ale gdybym się w sobie nie spięła, to kto wie, czy bym zdała to cholerstwo :D
Napisałam hostce wiadomość, że wszystko się udało i dostałam odpowiedź, że to fantastycznie, bo tylko ja i ich poprzednia au pair (z 8!) zdałyśmy to za pierwszym razem. To nie jest trudne, ale po prostu strasznie 'czepliwe' - maleńkie detaliki, pierdołki. Mi się wydaje, że miałam jak zwykle więcej szczęścia niż rozumu.

Wręczono mi jakiś druczek, miałam znowu iść do rejestracji, potem kolejne kilka kolejek, $ 20 za plastik, zdjęcie i ... do domu :) Niestety, gdy ja odbierałam plastik, to okazało sie, że Anna niestety nie zdała (cholera, jedno pytanie przeważyło!) :( Na pocieszenie pojechaliśmy do DD na donuty. Dodam na marginesie, że moje pierwsze donuty EVER (zjadłam 2, nie 6 jak na zdjęciu :D) i muszę przyznać, że się bardzo rozczarowałam. Słodkie jak cholera, plastikowe jeszcze bardziej i myślałam, że spakuję manatki i wrócę do PL po pączusia z marmoladą.




W ten weekend nic niesamowitego się nie wydarzyło. Wczoraj (w sobotę) pracowałam, bo chłopiec z rodzicami pojechali na jakąś uroczystość, a ja zostałam z dziewczynką do 16. Tak więc, dopiero wtedy mogłam zacząć weekend. Zapakowałam się do samochodu i wybrałam się do Summit, gdzie zjadłam najlepsze pesto z warzywami w super włoskiej restauracji. Okoliczności spotkania niech zostaną tajemnicą, ale bawiłam się bardzo dobrze i miło było w końcu rozerwać się poza miejscem pracy ;>

Trzymajcie się,
M

13 komentarzy:

  1. Wiecej szczęścia niż rozumu... Skoro to nie pierwszy raz to powinnaś częściej się poddawać intuicji :D Gratulacje prawa jazdy! Teraz tylko życzyć powodzenia na drodze :)))

    OdpowiedzUsuń
  2. Musiałaś zdawać tylko teorię ?
    Mam pytanie odnośnie rodzinki.
    Czy okazała się taka jaką myślałaś, że będzie przed wyjazdem ? Czy może rozczarowałaś się rodzinką? Jakie macie relacje ? Jak Cię traktują? Bardziej jak członka rodziny, czy pracownika?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. tak :) teoria i wzrok, ale to formalność.

      Odpowiadając na Twoje pytanie: i tak, i nie.
      Z jednej strony wszystko opisali w aplikacji i od początku wiedziałam, co mnie czeka. Jednakże, po przyjeździe wychodzą pewne rzeczy, ale to bez względu jaką rodzinkę wybierzesz.
      Nie, nie rozczarowałam się. Jest mi czasami ciężko jak każdej au pair, bo mam dwójkę ciągle kłócących się dzieci i rodziców wiecznie poza domem, ale za to mam bardzo dużo przywilejów.
      Relacje mamy rodzinne. Rodzice zawsze się mnie wypytują co/jak/kto i jest to naprawdę miłe.
      Ale z dziećmi mam czasami taki problem, że jak mam wolne to mam wrażenie, że dla nich za bardzo nie istnieje :P One w swoim świecie, a ja w swoim. Z jednej strony to dobrze, ale z drugiej chcę im pokazać, ze jestem tu dla nich...

      Mam nadzieję, że wyczerpałam temat :)

      Usuń
  3. gratuluje prawka!! :D pisz troche czesciej :P

    OdpowiedzUsuń
  4. jak ja uwielbiam Twoje włosy (:
    wielkie gratulacje za prawko, ja też o mały włos bym oblała, bo idealnie 40 punktów zdobyłam.
    a jako Au Pair z półrocznym stażem mogę powiedzieć jedno: nie można się wszystkim przejmować za bardzo, daj sobie czas, a niektóre problemy same miną!

    z pozdrowieniami, A.

    OdpowiedzUsuń
  5. Przygód co nie miara :-)
    Ale to dobrze, że udało się wszystko ogarnąć, bo z taką ilością zadań nie jest to łatwe.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  6. śliczne włosy :) gratuluję zdania prawka, ja chyba pesto nie ruszę przez rok od pobytu we Włoszech, a makaron tylko z konieczności ubogiego, studenckiego życia ;p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no worries, ja miałam dokładnie tak samo po pobycie we włoszech :D

      Usuń
  7. Zgadzam się z Olką, po półrocznym stażu sama zobaczysz, że to co co było na początku to nic. Będziesz się jeszcze z tego śmiała :)
    Gratulacje zdania prawka ! Sobię mogę pogratulować mandatu xd
    A co do usypiania dzieci.., ROZUMIEM ! w hotelu musiałam uspać trójkę :D

    OdpowiedzUsuń
  8. Gratuluję zdania prawka! :)

    Zastanawia mnie początek postu - nie wiem czy to dobrze zrozumiałam - czy hości zostawili Cię zupełnie samą z dzieciakami na parę dni?

    OdpowiedzUsuń
  9. Hahaha mozg na scianie :D Nie no, ogolnie to ja zrobilam pierwsze podejscie do prawka, ale oczywiscie zapomnialam jednego dokumentu i musze tam wrocic ;).
    Ton tego smsa "it's your job as an au pair"... Coz, ciarki by mnie przeszly ;P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. haha :D to daj znac jak poszlo!

      No wiem :P Ja od razu to tez tak odebralam ... Oni sa po prostu bardzo rzeczowi. Kwestia przyzwyczajenia :D

      Usuń