sobota, 15 marca 2014

Paradoxes / Stream of thoughts

Zastanawiając się jak się do tego zabrać siedziałam u siebie na łóżku, gdy z pomieszczenia obok dobiegał irytujący głos z głośników komputera, który wywoływał konwulsje śmiechu u mojej dziewczynki, nagle do mojego pokoju wszedł mój chłopczyk z uśmiechem na ustach 'I have got a present for u, close ur eyes and go upstairs!'.
Myślę: Jest godzina 22.30... Sądziłam, że dzisiaj nic mnie już nie zaskoczy.
Pamiętacie jak wspominał, że moja hostka przeniosła się do innej firmy? Otóż pracuje na dość wysokim stanowisku w dziale sprzedaży i od czasu do czasu dostaje bonusu pod postacią próbek bądź całych produktów, które ma sprzedać.
Gdy weszłam na górę, to w przedpokoju stały dwa wielkie kartony, wypełnione po brzegi produktami Marsa. Hostka uznała, że jeśli nie przytyjemy 5kg w ciągu następnych kilku miesięcy, to będzie cud i że mam sobie wziąć co tylko mi się podoba :D


Śmiać mi się chcę, bo dopiero co zaczęłam okres postny - spokojnie, w granicach rozsądku, bo dałam sobie po prostu 30 dni bez słodyczy i powiem szczerze, że całkowicie daję radę. Obiecałam sobie, że otworzę je dopiero, gdy przebiegnę pół-maraton w kwietniu :-)

OK, a wracając do rzeczy ... (tak, dzisiejsza notka jest dość chaotyczna, bo oparta na wolnym przepływie myśli, które od razu spisuję w formie elektronicznej)
Jako, że w tym tygodniu hostka była w każdy wieczór w domu, to nie było zbyt stresowo. Jednakże, było trochę przygód. Pamiętacie jak wspominałam w ostatniej notce, że było wielkie 'halo', gdy nie wyciągnęłam mleka z lodówki, bo dziecko samo nie mogło wstać i go wziąć, a tym samym nie wypiło zalecanej dawki białka? Otóż podeszłam do tego z dystansem, bo już na własnej skórze wielokrotnie doświadczyłam, że Amerykanie lubią robić problem tam, gdzie nic się nie dzieje, a jak już serio coś się wydarzy - it's ok, it's ok.
Otóż wieczorem w ten sam dzień w końcu udało mi się sprawić, że moja dziewczynka wzięła prysznic przez przyjazdem mamy. Mała miała mokre włosy i ubraną piżamę, gdy zadzwoniła mama, że zabiera ich na hamburgery. No i myślę: Pięknie. Raz w życiu udaje mi się ją przekonać do wykąpania się, a tu zaraz będzie bura, że ma mokre włosy i piżamę.
Idę do dziecka i mówię, żeby ubrała skarpety i dżinsy, a włosy schowała pod czapkę.
Dupa.
Dziecko wyszło w piżamie, w jednym bucie i z mokrą głową. Nie udało mi się jej przeforsować, bo 'mom said I could go like this!'
Myślicie, że było z tego jakiekolwiek 'halo', że dziecko wyszło z mokrą głową i w piżamie?
ABSOLUTNIE NIE :D Wszyscy byli zadowoleni.
Teraz proszę - czy ktokolwiek mógłby wytłumaczyć mi tę logikę?

Już wielokrotnie widziałam ludzi w piżamach, czy kapciach w kawiarni w niedzielny poranek, czy dzieciaki idące w krótkim rękawku do szkoły, gdy ja miałam na sobie kurtkę zimową i czapkę, a i tak trzęsłam się jak osika w samochodzie. Ale przechodzi to ludzkie pojęcie jak oni spokojnie podchodzą do rzeczy, które zupełnie by nie przeszły w naszej kulturze ...

Druga sytuacja miała miejsce w piątkowy wieczór, gdy hostka zauważyła, że jeden z noży ma ułamaną końcówkę. Geniusz Marta otwierał słoik ogórków i się ułamało. No i planowałam kupić nowy, ale jakoś mi się zapomniało ... Więc hostka tak patrzy na ten nóż i pyta się, co się stało. Powiedziałam, ze to prawdopodobnie się ułamało (ach ta dyplomacja), gdy otwierałam słoik i że bardzo przepraszam.
Okazało się, że wartość jednego noża przewyższa moją tygodniówkę i żebym następnym razem otwierała słoiki tańszymi nożami :D Zamiast afery hostka się śmiała i 'it's ok,it's ok, don't worry'!
Dlatego czasami po prostu jestem zdezorientowana, bo paradoksalnie mam stresa przez rzeczy, które są bardzo prowizoryczne, ale oni podchodzą do nich bardzo serio. A w momencie, gdy ja dostaję zawału, bo coś sie wymyka spod kontroli, to oni spokojnie 'nie ma sprawy, wszystko jest ok'.

Podsumowując, ten tydzień był całkiem w porządku. Nic ciekawego się w sumie nie działo.
W czwartek o 21 zakopałam się pod kołdrą w łóżku, włączyłam usa network w TV i gdy zobaczyłam Harvey'a i Mike'a, to od razu cały stres ze mnie zniknął. Gdy dowiedziałam się, że Louis 'let it go' (wtajemniczeni i uzależnienie wiedzą :D), to mogłam spokojnie wrócić pod kołdrę i zasnęłam snem kamiennym.

Piątek zleciał mi niesamowicie szybko, bo moja poranna zmiana przebiegła bardzo sprawnie i nie było żadnych foszków dziecięcych z samego rana. Po południu jak wsiadłam do samochodu o 14.20, to zjechałam do domu dopiero o 19.45 ... Musiałam odebrać tego i tego, zawieźć tam i tam, potem znowu odebrać i znowu zawieźć, a na końcu podrzucić do tamtego i zabrać tamtą, więc w konsekwencji mój driver shift sprawił, że byłam tak zabiegana, że dzień mi po prostu przeciekł między palcami. Nie powiem, bardzo mi się to podobało, bo mimo 4 dzieci w samochodzie, to było łatwiej niż byśmy mieli wszyscy siedzieć w domu i próbować przetrwać :D

Poza tym, pogoda całkiem przyjemna. W poniedziałek było BARDZO ciepło i słonecznie, więc miałam nadzieję, że wiosna jest tuż-tuż, ale niestety w środę temperatura spadła prawie do -10C, ale na szczęście nic nie zapowiada śniegu, a słońce przyjemnie daje o sobie znać zza pierzastych chmur.


W ten weekend nie planuje nic ciekawego, bo tylko bieganie, relaks i nadrabianie zaległości skajpowych-mejlowych-fejsbukowych (sorysorysory!), a może uda się w niedzielę wybrać na mały hiking trip z pewnym sympatycznym kolegą :> (haha, long story!). Nie chcę za bardzo nigdzie jeździć, bo muszę troszkę kasy odłożyć na przyszły weekend, gdy wraz z Domi uderzamy na Washington, DC! :-)
Bilety kupione całkowicie spontanicznie, host na CS znaleziony (a nawet dwóch!) - jestem w szoku, bo wysłałam kilka requestów i większość odpowiedzi była pozytywna, a gdy szukałam hosta w Rzymie, to wysłałam ponad 80 i pozytywna była tylko 1 :P Nie ma zasady, serio.

Więc dzisiaj trochę więcej tekstu i totalny chaos, ale mam nadzieję, że to jakoś przeżyjecie. Obiecuję, że następny post będzie zdjęciowy :-)

A teraz idę spać z myślą, że w końcu nie muszę wstać o 6 rano (chociaż w sumie się już do tego przyzwyczaiłam :P) ... Trzymajcie się ciepło i miłego weekendu!

M.

7 komentarzy:

  1. O ja o ja o jaaaaaa ! Gdybym zjadła zawartość tych kartonów to mogłabym umrzeć szczęśliwa :D

    OdpowiedzUsuń
  2. i jak tu trzymac sie postanowien jezeli stoi przed Toba pudlo slodyczy ;) ja bym nie wytrzymala i jadlabym wszystko ;) a post fajny na luzie lubie takie ;) pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Osobiście już bym z 10 razy umarła, gdybym była na Twoim miejscu :D Mam na myśli to czym przejmuje lub nie przejmuje się Twoja HF. Co do noża to pomyślałabym coś w stylu "a tam nóż.. co to takiego, kupi się nowy" :D Pamiętam jak mama mnie zawsze beształa, że nie mogę na pole wychodzić z mokrą głową, bo będę chora bla bla bla... a tam to nic wielkiego :O Podziwiam, za wytrzymałość :)
    P.S. Gdybym ja dostała taki karton słodyczy pewno nie byłoby go już po tygodniu xD

    OdpowiedzUsuń
  4. Zgadzam się z Basia- takim kartonem słodyczy można się zająć w tydzień. Byłabym absolutnie przeszczęśliwa dostając coś takiego :D te różowe m&m'sy <3

    OdpowiedzUsuń
  5. O kurczę, jak tu za nimi nadążyć jak się nie wie co będzie dla nich poważne a co nie - dziecko z mokrą głową w zimie serio przekroczyło moje granice wyobrażenia jakich zasad trzymają się amerykanie! :D Dobrze, że sobie radzisz! Nic tylko brać przykład :) Podejrzewam, że nie jedna "au pair" pobiegłaby w remach - niektóre dziewczyny są naprawdę słabe psychicznie i gdzie są już malutkie problemy to one uciekają. Ja tego nie rozumiem i mam nadzieje być silną au pair :D
    Waszyngton! OMG ale zazdro! (jak przy każdej wycieczce haha) , udanej zabawy! Podejrzewam, że i bez tego będzie świetnie. OPOWIADAJ CO TO ZA FRIEND!!!!! Chcę i ŻĄDAM szczegółów! I pewnie nie tyko ja :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Faktycznie bardzo dziwne podejście :-)
    A jeśli chodzi o te noże to brak mi słów...po co komu takie drogie? :)

    OdpowiedzUsuń
  7. jejku, jak ja lubię trafiać na blogi osób z pasją! takich, którzy nie siedzą w swojej strefie komfortu, tylko spełniają marzenia! inspirujące to jest, zaczynam czytać starsze posty zatem! :)

    OdpowiedzUsuń