poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Long Island University - college

Wróciłam cała i zdrowa z Long Island, gdzie od piątku siedziałam na kampusie LIU (Long Island University) i edukowałam się na temat marketingu i mediów społecznościowych.
Swoją przygodę rozpoczęłam w piątek po wyprawieniu chłopca do szkoły oraz odwiezieniu dziewczynki na zajęcia. W związku z tym, że nie było mnie przez cały weekend, a hości wyjechali na spotkania służbowe - było trochę nerwowo, bo trzeba było skombinować 'opiekuna' dla dzieciaków (ale to tak na marginesie, kiedyś jeszcze do tego wrócę), ale na szczęście się udało.

Dojechałam do Nowego Jorku około 11.30. Początkowo miałam w planach wziąć pociąg o 12.30, ale doszłam do wniosku, że to grzech nie skorzystać z pięknej pogody i okazji by przejść się po Nowym Jorku. Oj tak, uwierzcie mi - NYC działa jak narkotyk. Sama możliwość wyjścia na 8th Ave, widok monumentalnej siedziby US Post Office, wszechobecne żółte taksówki, czarnoskórzy nagabywacze na przejażdżki turystycznymi autobusami, różne świry, które próbują zagadać na każdym rogu ulicy (tylko się na nich nie patrz!!!) ... Ahh, aż chce się zrzucić plecak z barków, rozsiąść się wygodnie na schodach Post Office i po prostu wystawić zadowolonego pyszczaka do słońca.


chyba na nowo zakochałam się w Nowym Jorku na wiosnę.


No nic, wracamy na ziemię! Zjadłam szybki lunch, wypiłam kawę w Starbucksie i o 14.52 wsiadłam w pociąg do Hicksville, gdzie dotarłam o 15.41.
Taka mała ciekawostka. Penn Station podzielone jest na kilka poziomów - z jednego odjeżdżają pociągi NJ TRANSIT, a z drugiego LIRR - na Long Island. Trzeba pamiętać by kupić bilet w odpowiednim miejscu i wejść na właściwy peron na danym poziomie. Kupując bilet na LIRR'a podajemy, czy chcemy jechać w godzinach szczytu (peak), czy poza szczytem (off-peak). Wszystko jest rozpisane na ekranie automatu biletowego, więc nie ma problemu się w tym połapać. Ja kupiłam bilet za $9 off peak, ale jakbym jechała po godzinie 16 - cena wyniosłaby $12.50. Spora różnica, prawda?
W dodatku podczas kupowania biletu przypałętał się jakiś wielki karaluch i autentycznie chciał mnie pożreć, więc jakaś dobra dusza podeszła i go rozgniotła swoim conversowym trampkiem. Ja z nadmiaru wrażliwości na wszelakie stworzenia kiedyś sama umrę, serio.



OK, jesteśmy w Hicksville. Szukam autobusu, który ma mnie zawieźć na kampus. Okazuje się, że dziewczyna, która siedziała koło mnie w pociągu również wybiera się na ten sam kurs. Znajdujemy żółty szkolny autobus <3 i wsiadamy. Koło nas dosiada się szalone dziewczę - również Niemka. Na szczęście obie dziewczyny w żadnym momencie nie mówiły po niemiecku (co uważam za fenomen społeczny) i tak się zgadałyśmy, że po przyjeździe na kampus poprosiłyśmy o miejsca w tym samym suite. Oczywiście, większość mojej grupy ćwiczeniowej była z Niemiec, co zaowocowało tym, że częściej można było usłyszeć niemiecki niż angielski. Mimo subtelnych uwag I. i R. by mówić po angielsku (wyobraźcie sobie mnie i 10 Niemek :D), to po 3 min reszta o tym zapominała i całkowicie wykluczała mnie z konwersacji, więc to się w ogóle mijało z celem. Ja się już i tak przyzwyczaiłam do tego, że Niemki zawsze siedzą ze sobą i rozmawiają w swoim ojczystym języku, więc mi to zwisa, ale i tak przyjemnie mi się zrobiła, gdy I. i R. cały czas nawijały po angielsku i okazały się super babeczkami.

Po zameldowaniu się i wybraniu swojego 'dinner box' otrzymałyśmy klucze do Blue Hall, gdzie znajdowały się nasze pokoje w suite nr13 (3 dwu-osobowe pokoje i jedna łazienka). Wraz z R. wylądowałyśmy w jednej dwójce, a I. zajęła pokój zaraz koło nas.
Nauczona doświadczeniami z naszego szkolenia nie oczekiwałam zbyt dobrych warunków. W rzeczywistości, LIU ma bardzo malowniczy kampus, ale nasze pokoje ... no cóż, dają dużo do życzenia, ale generalnie da się przeżyć.

O 18 zaczęły się zajęcia. W teorii powinny trwać aż do 21, ale nasz wykładowca-nauczyciel okazał się tak odjazdowym gościem, który zrealizował większość materiału w ciągu godziny w tak przystępny sposób, że na jego 'class is dismissed' o 19.30 wszyscy popatrzeli po sobie, czy sobie nie żartuje ... na szczęście, nie żartował :-) Początkowo miałyśmy w planach gdzieś pójść i czegoś się napić poza kampusem, ale wszyscy byli tak zmęczeni po całym tygodniu, że wskoczyłyśmy w pjs i poszłyśmy spać po 22 :D

czas na jedzonko!

nasze prycze




Sobota: pobudka w okolicach 7-7.30. Urocze poranne spotkania z pozostałymi dziewczynami w łazience odświeżyły wspomnienia z kolonijnych obozów :D. Wyszłyśmy na śniadanie 20 minut wcześniej i była to bardzo dobra decyzja, bo w cafeterii było pusto, a jedzonko było już przygotowane.
Przyznam szczerze, że wybór jedzenia był fenomenalny. Wszystko od bagli, bekonu, owsianki po naleśniki oraz 5 rodzajów kawy.

Zajęcia rozpoczęły się punktualnie o 9. Zaczęliśmy temat fenomenu facebooka i dlaczego twitter jest bardziej popularny zza oceanem niż w Europie. Miła niespodzianka o 12, gdy zostaliśmy znowu wypuszczeni z zajęć wcześniej i mieliśmy prawie godzinę do lunch'u. Po lunchu znowu zajęcia aż do 17. Jednakże, 4h zleciały jak z bicza strzelił, bo zostaliśmy podzieleni na grupy i pracowaliśmy nad strategią marketingową danego produktu lub usługi. Mojej grupie przypadło zaprojektowanie nowego tableta i opracowanie jak go sprzedać. Wpadłyśmy na pomóc urządzenia, które nie tylko pomaga w pracy, czy pozwala serfować po necie, ale przede wszystkim pomaga w ... zachowaniu sprawności fizycznej :) Potem była już tylko zabawa z przygotowaniem plakatu etc. Kolacja o 17, gdzie znowu nie wiadomo było co zjeść, bo wybór był tak ogromny. O 18 wróciłyśmy na zajęcia, gdzie do 20 oglądaliśmy film o Zuckerberg'u, a potem 'class dimissed'.

czas na śniadanko


back to school!




Ja, Irina, Ronja




ale fajnie było poczuć się studenciakiem na nowo :-)


Niedziela: W odróżnieniu do soboty, gdy obudził nas deszcz i depresyjna pogoda, niedziela przywitała nas przepięknym słońcem i orzeźwiającym powietrzem. Zjadłyśmy śniadanie (dość porządne jako, że lunch nie był przewidziany, a nie za bardzo uśmiechało mi się głodować aż do wieczora), a potem udałyśmy się na zajęcia. Niby do 11 mieliśmy pracować nad naszymi projektami, ale w związku z tym, że moja grupa skończyła wszystko dzień wcześniej - przez 2h mogliśmy się zająć swoimi sprawami by o 11 wszystko zaprezentować. O 13 podjechał żółty szkolny autobus, który zawiózł nas na stację kolejową.
Początkowo miałam w planach wrócić od razu do domu, ale jak wiadomo - faceci, to frajerzy, więc postanowiłam zostać w Nowym Jorku i bardzo fajnym zbiegiem okoliczności okazało się, że Nadia również tego dnia wybiera się do Big Apple. To fantastyczne uczucie przenieść znajomości ze świata wirtualnego do tego ... 'nowojorskiego' <3. Odwiedziłyśmy Greenpoint, gdzie Nadia była narażona na moje tęskne smuty do polskiego jedzenia haha.

Projekt nad najlepszym tabletem ever


czas wracać do domu ... ale ten czas szybko leci

A jak się zapowiada ten tydzień? 
Zaczęło się od nerwowego poranka, więc w ramach odreagowania ... (nie, nie zjadłam kubełka lodów przez telewizorem lub przepysznej białej czekolady z kawałkami herbatników z wedla) ubrałam wygodne buty i przebiegłam 8 mil. Uwierzcie, pozytywny efekt gwarantowany :-)
Słoneczko świeci, jest 12:45, a ja siedzę sobie w Starbucksie z moją ukochaną skinny vanilla latte, planuję już europejskie wojaże (MB - be ready!!!) i cziluję się przed nadchodzącym tygodniem.
Hej, BYLE DO PIĄTKU!

Keep tight,
Marta

wtorek, 22 kwietnia 2014

Easter in the USA

Święta, Święta i po Świętach.
Pierwsza Wielkanoc w moim życiu, której w ogóle nie odczułam. Nie zrozumcie mnie źle - Święta były w znaczeniu komercyjnym. Jak to w Stanach, kolorowe reklamy i dekoracje domów, prezenty i wyjazdy weekendowe. Jednakże, mimo tego, że nie jestem osobą głęboko wierzącą, to brakowało mi pewnych elementów Świąt. Przede wszystkim brakowało mi moich rodziców, z którymi prawdopodobnie kłóciłabym się, kto tym razem idzie święcić jajka i pewnie znowu byłabym to ja. Brakowało mi też moich najbliższych przyjaciół, a zwłaszcza jednej mnichowej duszy, z którą bym narzekała ile tym razem zjadłyśmy przez Wielkanoc. Brakowało mi też pewnego czeladnika, który swoim poczuciem humoru rozśmieszyłby mnie do łez nad kolorowymi pisankami.
Jednak, jestem tysiące kilometrów od domu i byłam świadoma, że teraz będzie inaczej, ale nie spodziewałam się, że w ogóle nie odczuję Świąt!
Jako, ze rodzinka wyjechała do ich domku na plaży już w piątek rano, stanęłam przed dość trudnym zadaniem zorganizowania CZEGOKOLWIEK w atmosferze świątecznej, gdyż moje ukochane polskie au pairki mieszkają teraz daleko ode mnie, a Anna wyjechała na Florydę, więc byłam saaama :D Ale - życie pozytywnie mnie zaskoczyło i świąteczny weekend okazał się przepiękną przygodą po piaszczystych plażach i górskich szlakach oraz polską kiełbasą na 'świątecznym stole' ;)
Ale od początku! Dzisiaj zasypie Was zdjęciami, obiecuję!

Sobota: Z samego rana wybraliśmy się z B. na plażę (Sandy Hook), gdyż były idealne warunki do surfowania choć było relatywnie chłodno w wodzie. Gdy B. oddał się surfowaniu, ja wzięłam aparat i przeszłam się na bardzo długi spacer po plaży, skąd widoczna była panorama na Manhattan.



a mi się tak strasznie śmiać chciało,
bo ci wszyscy surferzy wyglądali jak foczki :D



Ptactwo :-)

I w tle Manhattan ...

Ptactwo 2!




ależ zatęskniłam za swoim kudłatym przyjacielem :-(




oczywiście jeszcze nie zainwestowałam w klapki,
więc chodziłam na bosaka :D



 Niedziela: Rano zorganizowaliśmy śniadanie 'wielkanocne', ale dość ciężko było z polskimi produktami, więc jedyne co udało mi się dorwać był polski chrzan, dżem i kiełbasa :D Moja mama zrobiła mi uroczą niespodziankę i wysłała kartkę z koszulkami na jajka, więc zrobiliśmy też kilka pisanek.
Po śniadaniu wyruszyliśmy w Appalachian Mountains, najstarsze góry na kontynencie, na granicy ze stanem Pennsylvania. Zaczęliśmy szlakiem czerwonym - dość stromym i kamienistym, ale było warto. Widoki fantastyczne. Zeszliśmy szlakiem niebieskim, który był o wiele bardziej przystępny i zaprowadził nas do wodospadu, skąd już tylko kilometr dzielił nas od parkingu, do którego doszliśmy idąc wzdłuż rzeką.

pyszna kawa i jedzonko na pozytywne rozpoczęcie dnia
kiełbasa i pisanki muszą być :D
No to w drogę!

Oops, jest troszkę trudniej niż się spodziewałam.

Wdech i wydech. Piękna pogoda.
Totalny chill

Czas na małą refleksję.

W końcu w Stanach można natknąć się na wszystko.
Zwłaszcza na WĘŻE.





no i droga w dół ...


Czas pożegnać to niesamowite miejsce.



A jak ten tydzień? Jest dość nerwowo i pracowicie, bo rodzice w rozjazdach, więc dzisiaj czeka mnie bedtime. Trzymajcie kciuki! Poza tym, muszę z młodą jeździć na fizjoterapię, a z chłopcem na milion zajęć pozalekcyjnych, więc jest dużo jeżdżenia, ale za bardzo mnie to nie martwi. Bardziej mnie martwi jak dzisiaj przetrwamy w domu, bo nie ma żadnych dodatkowych zajęć, a od samego rana młoda daje mi do zrozumienia, że wstała lewą nogą. Ale damy radę! Życie to w końcu ciągła walka, tak? :D
AAA! W piątek pracuję tylko pół dnia, bo popołudniu wybieram się do Nowego Jorku, skąd biorę pociąg na Long Island, gdzie zaczynam kurs w koledżu :-) Już nie mogę się doczekać! Nie wiem, czy bardziej jestem podekscytowana faktycznym kursem, czy bardziej całą studencką otoczką, haha.

PS. Dzięki za wszystkie mejle i wiadomości na fejsie! Dzięki również za cynka, że mam zablokowane komenty dla anonimów - odblokowałam tę funkcję, więc spokojnie możecie pisać pod postami w razie pytań.

PS2: Dziękuję MK za najpiękniejszą pisankę świata! Wzruszenie razy miliard i mega uśmiech na twarzy :-)



Trzymajcie się dzielnie i 'poświątecznie' i 'przedmajówkowo',
Marta