Swoją przygodę rozpoczęłam w piątek po wyprawieniu chłopca do szkoły oraz odwiezieniu dziewczynki na zajęcia. W związku z tym, że nie było mnie przez cały weekend, a hości wyjechali na spotkania służbowe - było trochę nerwowo, bo trzeba było skombinować 'opiekuna' dla dzieciaków (ale to tak na marginesie, kiedyś jeszcze do tego wrócę), ale na szczęście się udało.
Dojechałam do Nowego Jorku około 11.30. Początkowo miałam w planach wziąć pociąg o 12.30, ale doszłam do wniosku, że to grzech nie skorzystać z pięknej pogody i okazji by przejść się po Nowym Jorku. Oj tak, uwierzcie mi - NYC działa jak narkotyk. Sama możliwość wyjścia na 8th Ave, widok monumentalnej siedziby US Post Office, wszechobecne żółte taksówki, czarnoskórzy nagabywacze na przejażdżki turystycznymi autobusami, różne świry, które próbują zagadać na każdym rogu ulicy (tylko się na nich nie patrz!!!) ... Ahh, aż chce się zrzucić plecak z barków, rozsiąść się wygodnie na schodach Post Office i po prostu wystawić zadowolonego pyszczaka do słońca.
| chyba na nowo zakochałam się w Nowym Jorku na wiosnę. |
No nic, wracamy na ziemię! Zjadłam szybki lunch, wypiłam kawę w Starbucksie i o 14.52 wsiadłam w pociąg do Hicksville, gdzie dotarłam o 15.41.
Taka mała ciekawostka. Penn Station podzielone jest na kilka poziomów - z jednego odjeżdżają pociągi NJ TRANSIT, a z drugiego LIRR - na Long Island. Trzeba pamiętać by kupić bilet w odpowiednim miejscu i wejść na właściwy peron na danym poziomie. Kupując bilet na LIRR'a podajemy, czy chcemy jechać w godzinach szczytu (peak), czy poza szczytem (off-peak). Wszystko jest rozpisane na ekranie automatu biletowego, więc nie ma problemu się w tym połapać. Ja kupiłam bilet za $9 off peak, ale jakbym jechała po godzinie 16 - cena wyniosłaby $12.50. Spora różnica, prawda?
W dodatku podczas kupowania biletu przypałętał się jakiś wielki karaluch i autentycznie chciał mnie pożreć, więc jakaś dobra dusza podeszła i go rozgniotła swoim conversowym trampkiem. Ja z nadmiaru wrażliwości na wszelakie stworzenia kiedyś sama umrę, serio.
OK, jesteśmy w Hicksville. Szukam autobusu, który ma mnie zawieźć na kampus. Okazuje się, że dziewczyna, która siedziała koło mnie w pociągu również wybiera się na ten sam kurs. Znajdujemy żółty szkolny autobus <3 i wsiadamy. Koło nas dosiada się szalone dziewczę - również Niemka. Na szczęście obie dziewczyny w żadnym momencie nie mówiły po niemiecku (co uważam za fenomen społeczny) i tak się zgadałyśmy, że po przyjeździe na kampus poprosiłyśmy o miejsca w tym samym suite. Oczywiście, większość mojej grupy ćwiczeniowej była z Niemiec, co zaowocowało tym, że częściej można było usłyszeć niemiecki niż angielski. Mimo subtelnych uwag I. i R. by mówić po angielsku (wyobraźcie sobie mnie i 10 Niemek :D), to po 3 min reszta o tym zapominała i całkowicie wykluczała mnie z konwersacji, więc to się w ogóle mijało z celem. Ja się już i tak przyzwyczaiłam do tego, że Niemki zawsze siedzą ze sobą i rozmawiają w swoim ojczystym języku, więc mi to zwisa, ale i tak przyjemnie mi się zrobiła, gdy I. i R. cały czas nawijały po angielsku i okazały się super babeczkami.
Po zameldowaniu się i wybraniu swojego 'dinner box' otrzymałyśmy klucze do Blue Hall, gdzie znajdowały się nasze pokoje w suite nr13 (3 dwu-osobowe pokoje i jedna łazienka). Wraz z R. wylądowałyśmy w jednej dwójce, a I. zajęła pokój zaraz koło nas.
Nauczona doświadczeniami z naszego szkolenia nie oczekiwałam zbyt dobrych warunków. W rzeczywistości, LIU ma bardzo malowniczy kampus, ale nasze pokoje ... no cóż, dają dużo do życzenia, ale generalnie da się przeżyć.
O 18 zaczęły się zajęcia. W teorii powinny trwać aż do 21, ale nasz wykładowca-nauczyciel okazał się tak odjazdowym gościem, który zrealizował większość materiału w ciągu godziny w tak przystępny sposób, że na jego 'class is dismissed' o 19.30 wszyscy popatrzeli po sobie, czy sobie nie żartuje ... na szczęście, nie żartował :-) Początkowo miałyśmy w planach gdzieś pójść i czegoś się napić poza kampusem, ale wszyscy byli tak zmęczeni po całym tygodniu, że wskoczyłyśmy w pjs i poszłyśmy spać po 22 :D
| czas na jedzonko! |
| nasze prycze |
Sobota: pobudka w okolicach 7-7.30. Urocze poranne spotkania z pozostałymi dziewczynami w łazience odświeżyły wspomnienia z kolonijnych obozów :D. Wyszłyśmy na śniadanie 20 minut wcześniej i była to bardzo dobra decyzja, bo w cafeterii było pusto, a jedzonko było już przygotowane.
Przyznam szczerze, że wybór jedzenia był fenomenalny. Wszystko od bagli, bekonu, owsianki po naleśniki oraz 5 rodzajów kawy.
Zajęcia rozpoczęły się punktualnie o 9. Zaczęliśmy temat fenomenu facebooka i dlaczego twitter jest bardziej popularny zza oceanem niż w Europie. Miła niespodzianka o 12, gdy zostaliśmy znowu wypuszczeni z zajęć wcześniej i mieliśmy prawie godzinę do lunch'u. Po lunchu znowu zajęcia aż do 17. Jednakże, 4h zleciały jak z bicza strzelił, bo zostaliśmy podzieleni na grupy i pracowaliśmy nad strategią marketingową danego produktu lub usługi. Mojej grupie przypadło zaprojektowanie nowego tableta i opracowanie jak go sprzedać. Wpadłyśmy na pomóc urządzenia, które nie tylko pomaga w pracy, czy pozwala serfować po necie, ale przede wszystkim pomaga w ... zachowaniu sprawności fizycznej :) Potem była już tylko zabawa z przygotowaniem plakatu etc. Kolacja o 17, gdzie znowu nie wiadomo było co zjeść, bo wybór był tak ogromny. O 18 wróciłyśmy na zajęcia, gdzie do 20 oglądaliśmy film o Zuckerberg'u, a potem 'class dimissed'.
| czas na śniadanko |
| back to school! |
| Ja, Irina, Ronja |
| ale fajnie było poczuć się studenciakiem na nowo :-) |
Niedziela: W odróżnieniu do soboty, gdy obudził nas deszcz i depresyjna pogoda, niedziela przywitała nas przepięknym słońcem i orzeźwiającym powietrzem. Zjadłyśmy śniadanie (dość porządne jako, że lunch nie był przewidziany, a nie za bardzo uśmiechało mi się głodować aż do wieczora), a potem udałyśmy się na zajęcia. Niby do 11 mieliśmy pracować nad naszymi projektami, ale w związku z tym, że moja grupa skończyła wszystko dzień wcześniej - przez 2h mogliśmy się zająć swoimi sprawami by o 11 wszystko zaprezentować. O 13 podjechał żółty szkolny autobus, który zawiózł nas na stację kolejową.
Początkowo miałam w planach wrócić od razu do domu, ale jak wiadomo - faceci, to frajerzy, więc postanowiłam zostać w Nowym Jorku i bardzo fajnym zbiegiem okoliczności okazało się, że Nadia również tego dnia wybiera się do Big Apple. To fantastyczne uczucie przenieść znajomości ze świata wirtualnego do tego ... 'nowojorskiego' <3. Odwiedziłyśmy Greenpoint, gdzie Nadia była narażona na moje tęskne smuty do polskiego jedzenia haha.
| Projekt nad najlepszym tabletem ever |
| czas wracać do domu ... ale ten czas szybko leci |
A jak się zapowiada ten tydzień?
Zaczęło się od nerwowego poranka, więc w ramach odreagowania ... (nie, nie zjadłam kubełka lodów przez telewizorem lub przepysznej białej czekolady z kawałkami herbatników z wedla) ubrałam wygodne buty i przebiegłam 8 mil. Uwierzcie, pozytywny efekt gwarantowany :-)
Słoneczko świeci, jest 12:45, a ja siedzę sobie w Starbucksie z moją ukochaną skinny vanilla latte, planuję już europejskie wojaże (MB - be ready!!!) i cziluję się przed nadchodzącym tygodniem.
Hej, BYLE DO PIĄTKU!
Keep tight,
Marta
Zycie sie kreci ! Suuuuuper ! :) i nie daj sie nikomu ! :)
OdpowiedzUsuńhej :) ile zapłaciłaś za ten kurs i ile masz kredytów?:)
OdpowiedzUsuńzapłaciłam $350 ($285 bez zakwaterowania); 3 kredyty.
Usuńwięc wydaje mi się w miarę fair deal :)
Widoki na zdjęciach takie 'amerykańskie'
OdpowiedzUsuńTeż miałam okazję jeździć amerykańskim autobusem szkolnym... tylko, że w Polsce haha
w Polsce?!
UsuńTralalala ja też idę na ten kurs :P szkoda tylko, że nie mogłyśmy razem :( ale pozostałe kredyty możemy zrobić we dwie ;) śliczne zdjęcia! Teeeesknie na Tobą! :( już odliczam dni!! ^^ buźka! <3
OdpowiedzUsuńUghh, za Tobą miało być!! :P
Usuń!!! na kiedy się zapisałaś?
UsuńJa chyba pójdę na jeszcze jeden na LIU, bo mi się bardzo podobało teraz :P
do weekendu już bliziutko! :)
Nie mogę się doczekać tych uczelnianych doświadczeń za oceanem. I szczerze podziwiam za to bieganie, wiem, że powtarzam to za każdym razem, ale niestety u mnie wygrałby kubełek lodów. Jakie kursy są jeszcze dostępne? Czy orientujesz się czy przy zapisach na regularne zajęcia to są specjalne listy kursów czy takie, na które uczęszczają wszyscy studenci?
OdpowiedzUsuńDużo się dzieję i...to lubię! :-)
OdpowiedzUsuńJak widać warto działać i czerpać z tego przyjemność.
Pozdrawiam
woah wspaniale!
OdpowiedzUsuńfajne prycze haha :D
zapraszam serdecznie http://usasarah.blogspot.com/
Powiem Ci, ze ja nie bylam az tak zachwycona Nowym Jorkiem i na mnie jak narkotyk nie zadzialal :P
OdpowiedzUsuńPrycze jak w więzieniu haha <3 Skoro Tobie się na LIU podobało to może i ja się tam wybiorę! Muszę pomyśleć co z tą szkołą... EJ ALE DZIWNIE MI SIĘ TERAZ KOMENTUJE TWOJĄ NOTKĘ ZWŁASZCZA KIEDY WIDZĘ W NIEJ SWOJE IMIĘ HAHA.
OdpowiedzUsuńNYC jak narkotyk, totalnie na mnie też tak działa! To co zwiedzamy następnym razem??? (pamiętaj, 5$ <-> przewodnik haha)