środa, 28 sierpnia 2013

Chill out

Jestem już w domu i nie mogę się odnaleźć. Na szczęście, wylot do Włoch za 2 tyg - cała ja, nothing can stop me :-)
A tak serio, dzięki dziewczyny za Wasze komentarze, naprawdę mnie podbudowały :-)
Dostałam od rodzinki mejla wyjaśniającego i spaliłam się jak burak, bo M. narobiła problemów tam, gdzie ich nie było.. Na szczęście, rodzinka podeszła do tego całkiem OK (hm robiła przerywniki w emailu pod postacią "lol") i cały czas zbieram się by im odpisać. "Za 10 min, do pełnej godziny, o 18" ... no i w konsekwencji jest 20:09, a ja oglądam kolejny odcinek The Suits (tak, moje nowe uzależnienie) i próbuję się wyczilować.
Jutro im wszystko napiszę, a dzisiaj relaks po przejechaniu ponad 1000km swoim pięknym zabytkowym autkiem (tak, przekroczyłam prędkość dźwięku) :-)

Buziaki,
M

PS. A to piosenka mojego dzieciństwa, z którą zaczynam się coraz bardziej utożsamiać.

"And I won't look back, I can go the distance
And I'll stay on track, no, I won't accept defeat
It's an uphill slope, but I won't lose hope
Till I go the distance, and my journey is complete"



wtorek, 27 sierpnia 2013

komplikacje. Serio, już?!

Po wymianie kilkunastu mejli z rodzinką i rozmowie na skypie, gdzie przedyskutowane zostało większość spraw, dostaję wczoraj wiadomość od M. z CC, która kilka dni temu napisała, żebym updejtowała ją o swoich wrażeniach odnośnie rodzinki.
Jestem osobą, która lubi "sama" wszystko załatwić i nie sądziłam, że muszę dzielić się opiniami na tak początkowym etapie. Jednak, napisałam, że wszystko jest OK, ale nie rozumiem pewnej rzeczy, którą jej opisałam, ale dodałam, że podczas rozmowy na skypie wszystko wyjaśnimy.
Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, gdy byłam tak pozytywnie nakręcona po rozmowie z rodzinką, a tu mejl od M., że napisała do siedziby w Bostonie by wyjaśnić to, co opisałam jej w e-mailu.
COOOOOOOOOOOOOOO?!
Uwierzcie mi, że to była taka pierdoła, a tu cała sprawa "trafia" do Bostonu, gdzie będą to wyjaśniać z rodzinką. Myślę "no super, tak dobrze żarło i zdechło". 
Fajnie, że koordynatorki tak się angażują, ale było to naprawdę zbędne, bo zaznaczyłam, że o wszystkim porozmawiamy i nie prezentowałam żadnej potrzeby wyjaśnienia tych kwestii "na górze w Bostonie". No i w konsekwencji rodzinka ma do mnie zadzwonić i wyjaśnić "feralne zdanie". Totalnie niepotrzebnie, bo wszystko zostało wcześniej wyjaśnione, a tylko narobi zamieszania. Cholera jasna :/

Po drugie, równe 11 dni minęło od pojawienia się rodzinki na moim profilu i z każdym kolejnym e-mailem byłam bardziej do nich przekonana. Jednakże, dostałam dzisiaj od HM wiadomość, że wyjeżdżają do Kanady na kilka dni i że bardzo chcieliby mnie jako au-pair, ale jest jeszcze mała drobna sprawa.
Oto mejl od HM:

"Part of the process is I have to do a comparison match.
Meaning I have to interview another au pair. I will likely do that early next week. 
We can then discuss next steps and if we move forward with paperwork and communication back to the agency."

No czyli jak mam to rozumieć? Nie wiedziałam, że rodzinki muszą dokonać porównania. Jeśli tak, jest to nie w porządku wobec au pairek, bo agencja powinna pozwolić na to samo nam.
Nooo nie, czyli teraz przez kolejny tydzień będę jak na szpilkach, zastanawiać się "chcą mnie, chcą mnie?". OK, mam troszkę czasu na przemyślenia i to jest fajne. Poza tym, skontaktowała się ze mną ich obecna au-pairka i naprawdę świetnie mi się z nią rozmawia. Boję się, że maksymalnie się na nich nakręcę, a potem umrę z rozpaczy, skacząc z najwyższego mostu w moście (uhuhu, jedynego) jak nie będą mnie chcieli <smuteczek>

A jak było z Wami?
Co sądzicie o perfect match za pierwszym razem? 


Keep tight,
M

sobota, 24 sierpnia 2013

cry for the moon

No to pierwszą rozmowę z rodzinką na skype mam za sobą :-))
Pierwsze wrażenia? Mega pozytywne!
Początkowo myślałam, że rodzinka będzie sztywna i bardzo zdyscyplinowana na podstawie tego, co przeczytałam w aplikacji. W dodatku jak zaznaczyli to nieszczęsne NEAT to już w ogóle czułam się jak brudas i zastanawiałam w co mam się ubrać na pierwszą rozmowę. Ło matko, ile ja nad tym myślałam ... i jak zwykle okazało się, że człowiekowi się dużo rzeczy wydaje, a w rzeczywistości jest całkiem inaczej.
Rozmawiałam głównie z host mamą, która usiadła przy kompie z kubkiem (jak się potem okazało - kawy; wiem wiem - bardzo ważny detal), w szortach i w najzwyklejszej w świecie bluzce, a za nią walały się pudła na podłodze, a na biurku masa papierów. Myślę sobie: ufff, jeżeli tak rozumieją swój dom jako "extremely neat" to nie jest tak źle :D
Zaczęło się od zwyczajnej gadki-szmatki o wakacjach, pogodzie itp. Potem wypytałam się o dzieciaczki, do jakiej chodzą szkoły itd.
Host mama uprzedziła mnie w moich pytaniach (miałam wątpliwości związane z byciem kolejną au pair) i powiedziała, że każda au pair jest dla nich zupełnie inna i wyjątkowa, a poza tym większość z nich do nich wraca na wakacje lub po prostu w odwiedziny :-) HM uprzedziła mnie również, że większość programów w "koledżach" nie jest tak różowa (o ironio) jak to jest zaprezentowane przez CC. Jednakże, to co ja bym chciała kontynuować jest generalnie dostępniejsze i nie powinno być większych problemów.
Poznałam również dzieciaczki - na szybko Mx, który oderwał się od minecraft'a na chwilę by móc się przywitać, Md, która próbowała mi pokazać, że ma taaaaaaką malutką rybkę oraz host tatę. W małej się totalnie zakochałam - uwielbia muzykę, książki i namiętnie gra w piłkę nożną :O Co do "małego" Mx też mam pozytywne wrażenia, ale za dużo nie pogadaliśmy mimo wszystko :D

Podsumowując - nie spodziewałam się, że moja pierwsza rozmowa na skype z rodzinką będzie przebiegać w tak luźnej atmosferze. Ja się śmiałam, HM się śmiała, ale z drugiej strony każda ze stron miała szansę zadać pytania dot. trapiących kwestii. HM obiecała, że wyślę mi e-mail'a z generalnymi zasadami panującymi w domu oraz przekaże dane kontaktowe swojej au-pairce bym mogła z nią porozmawiać :) W środku tygodnia znowu zgadamy się na skype - szczerze? Nie mogę się doczekać :)

So far so good!

___________________________________________________
A co u mnie?
Zapakowałam się w moją zielona strzałę, pożyczyłam instrukcję udzielania pierwszej pomocy (!) wraz z kompletem żarówek i ... ruszyliśmy na Słowację. Od poniedziałku zatrzymaliśmy się na campingu Podlesok, który jest bazą wypadową na szlaki w Słowackim Raju. Niby przeczytałam na jakieś stronce, że jest fuj i ble. Myślę sobie "ok, zróbmy research". Nigdzie nie znalazłam potwierdzenia tego, co było napisane na tej stronce ... ani na innych www, ani w rzeczywistości. Camping był bardzo czysty, nie było mowy o złodziejstwie, czy braku poczucia bezpieczeństwa. Łazienki zadbane (a prysznice na żetony - jaja jak berety); cały kompleks związany z jedzeniem zapewniony; recepcja otwarta 24/7 z darmowym internetem; bardzo przystępne ceny.

W pierwszy dzień wyruszyliśmy na Przełom Hornadu, który faktycznie był dość przyjemnym szlakiem. Jednakże, nie obyło się bez przygód, bo w drodze powrotnej skręciliśmy w zły żółty szlak i dołożyliśmy sobie ok2h drogi :P Było jakieś 40 stopni i uwierzcie, że 6h na szlaku zaowocowało tym, że o 20.30 walnęłam się na twardy materac w namiocie i koniec. Mimo strasznie irytujących sąsiadów (Polaków, a jakże!), to udało mi się zasnąć i spałam jak zabita.

W drugim dniu spakowaliśmy manatki i ruszyliśmy na najczęściej uczęszczaną Suchą Belę. O wiele trudniejszy, ale i ciekawszy szlak. Gdy wróciliśmy, w okolicach 15 zaczęła się burza i trwała aż do wieczora. Oczywiście wyrwało nam śledzie z namiotu z jednej strony, więc czułam się jak Bear Grylls walczący o przetrwanie.

Temperatura spadła i lało. Lało. Lało. Nastała środa, a z nią pytanie - co teraz?
Spakowaliśmy się do samochodu i po przejechaniu ok30km malowniczą górską trasą 67 trafiliśmy do Lodowej Jaskini. Polecam z całego serca, świetna sprawa pochodzić w tunelach z lodu przy temperaturze poniżej zera ze świadomością, że jeszcze lato wcale się nie skończyło :-)
W czwartek wróciliśmy przez Poprad, Kezmarok, a następnie Piwniczną i Krynicę do domu. Jeszcze troszeczkę tutaj posiedzę w naszych pięknych Beskidach, bo kilka spraw trafił, tak zwany, jasny szlag i zanim wrócę na nasz piękny ślonsk, to potrzebuję zregenerować siły by móc dalej walczyć o marzenia :-)

PS. Do wyjazdu do Włoch pozostaje mi niecałe 3 tyg!!!!!!!!
PS2. Zrobię update ze zdjęciami jak wrócę do domu, bo oczywiście nie wzięłam żadnych kabelków. Shame on me.









Keep tight,
M

piątek, 16 sierpnia 2013

#1 match

Nie wierzę, nie wierzę, nie wierzę!
Dopiero dzisiaj w okolicach południa zaakceptowali mój filmik i około 16 przyszła wiadomość, że jakaś rodzinka jest mną zainteresowana!
Byłam w ciężkim szoku i moja szczęka gruchnęła o podłogę tak mocno, że dotarła do Chin. Naczytałam się o dziewczynach, które czekały na pierwszy match miesiąc, czasami dłużej ... a ja nawet się nie zorientowałam kiedy zaakceptowali filmik i już ...

A więc, przechodzimy do konkretów.
Rodzinka to mama, tata i dwójka dzieci (dziewczynka 9 i chłopiec 12), którzy mieszkają w New Jersey w miasteczku Chatham.
"Chatham , NJ is a small quaint town and was rated as one of the best cities to live in two years ago. We are 35 miles from New York City. The train in our town goes direct into NYC- it takes 50 minutes" 

To właśnie Chatham: 



Przebiegają mnie dreszcze jak sobie wyobrażę jak blisko jest do NYC,
Philadelphi, Washyngtonu i mojego ukochanego Springfield!

Rodzinka miała już 7 au-pairek, które zostawały na cały rok i żadna z nich nie zrezygnowała. BTW, fajnie byłoby z jakąś pogadać ... Z jednej strony, to ogromny plus, bo rodzice wraz z dziećmi są przygotowani na to, że przyjedzie im jakieś COŚ zza oceanu i podejdą do tego w miarę na luzie. Jednak z drugiej strony można się poczuć jako "kolejny/a". Tak więc, plus i minus. Teraz tylko odpowiedzieć sobie na pytanie - co przeważa?

Druga sprawa, to obowiązki. Wszystko jest OK, ale jedno mnie zaskoczyło. Rodzinka wielokrotnie podkreślała, że są "neat" (schludni) i że au-pair jest również zobowiązana do przestrzegania zasad panujących w domu i przede wszystkim tych związanych z czystością. Myślę sobie: a cóż to za problem? Dopiero potem zaczęłam się zastanawiać jak bardzo serio podchodzą do tematu.


Wysłałam im krótką wiadomość, że jestem zainteresowana i po kilku minutach dostałam e-maila, że rodzinka jest na wakacjach i jako, że ja też wyjeżdżam na dniach, to CC zostało poinformowane, że nadal będą w moim roomie aż do przyszłego tygodnia, tj. soboty, gdy umówiliśmy się na skype'a.Zadali mi kilka pytań w mailu, ja również nie pozostałam im dłużna :)


Zobaczymy jak to będzie. Na razie jestem w ogromnie ciężkim szoku, bo naprawdę rodzinka nie wydaje się być zła i zastanawiam się, czy mam więcej szczęścia niż rozumu ... O boże, jestem tak podekscytowana, że nie mogę spać (tak tak, jest prawie 3 rano) i tylko chodzę w kółko albo przeglądam google maps ... Pal sześć jeśli to nie wyjdzie, ale sam fakt, że dzieje się to tak szybko ... Trzymajcie kciuki, a jak nie wyjdzie - TRUDNO! Od czegoś trzeba zacząć :)


I uwaga, uwaga .... Tutaj filmik. Długo się zastanawiałam, czy go wrzucić, bo naprawdę filmiki tego typu to moja słaba strona, ale jest 3 rano i w sumie doszłam do wniosku, że co mi tam :)


Hollywood movie

Keep tight,M

niedziela, 11 sierpnia 2013

32 dni do wylotu! :)))

Yes, udało się! Ryanair pozytywnie zaskoczył, bo w niedzielę udostępnił pulę tanich biletów z Krakowa do Bolonii, na czym niewątpliwie skorzystałam i ... kupiłam bilet! Jednakże, wykupując opcję bagażu (no raczej nie polecę na prawie 3 miesiące z bagażem podręcznym) kierowałam się rozsądkiem i doświadczeniem po Irlandii, więc zdecydowałam się na 15 kg ... Lecąc do Irlandii, czy gdziekolwiek indziej na dłużej, zawsze brałam sporą kosmetyczkę wypchaną po brzegi i z ciekawości ostatnimi czasy zważyłam ją i wyszło 5 kg :O nie żebym była jakąś maniaczką kosmetyków, ale głupi żel pod prysznic z szamponem i tego typu środkami nagle dodaje sporo balastu. Do tego ręczniki i "zapasowa" para butów (czyt. 3 pary butów), z 3 książki i tona makulatury, bo "przeczytam!". JASNE.
Tak więc doszłam do wniosku, że lepiej wykupić 15kg i zaoszczędzić te ponad 50 zł i na miejscu kupić sobie te 3-4 niezbędne rzeczy, za które może trzeba będzie zapłacić te 50 zł, ale przynajmniej nie będę musiała tego wozić i dwa razy płacić - raz w Polsce, drugi raz za przewóz. Drugą sprawą jest bagaż podręczny, bo to w sumie 10kg i spokojnie malutką walizeczkę można wziąć (tutaj wizzair ma u mnie ogromny minus za wprowadzenie dużego bagażu podręcznego, ale za to nadawany to 32 kg ... coś za coś), więc łącznie 25 kg - waga walizek (4,5 kg) = ok 20kg bagażu. Damy radę? PEWNIE! :)

Na początku szukałam "składaków", czyli wylot z danego miasta w Polsce do obojętnie jakiego miejsca we Włoszech, a potem pociąg. Korzystałam niejednokrotnie z pociągów we Włoszech i jeżeli kupi się bilet z odpowiednim wyprzedzeniem, to naprawdę jest to finansowo do zrobienia. Tak więc, zaczęłam od cudownie wyglądającej ceny 72 zł z Łodzi do Mediolanu Bergamo. Jednak.... jest kilka haczyków. Pierwszy - dojechać do Łodzi i z Łodzi na lotnisko. Drugi - w Bergamo na lotnisku jest się ok 22:15, więc trzeba by było przedostać się z lotniska do Bergamo (gdzie albo hotel albo couchsurfing - od razu zaznaczam, że hości podchodzą sceptycznie, bo to miasteczko "lotnicze" i nie chcą funkcjonować jako bezpłatny hotel. W sumie ... co się dziwić?) lub do Mediolanu około godzinki autobusem. No i z Mediolanu do Bolonii pociągiem na następny dzień. Czasowo jest to dość ciekawa wycieczka, ale odbywałaby się dość późno i nie wiem czy warto ryzykować ... Ryzykować tak, ale ... jak spokojnie się zastanowić to wysiłek i pieniądze włożone w tę eskapadę równają się biletowi z Krakowa do Bolonii.

Podsumowując, gdy zobaczyłam rabaty dawane przez Ryanaira i naprawdę ceny z Krakowa dawno nie były takie korzystne, to obudziło się we mnie "spróbuj taniej, na pewno się da". Hm, kombinowałam i faktycznie (minimalnie) wyszłoby taniej, ale ... wolę dołożyć te 10 Euro i zaoszczędzić sobie całą noc nerwów w nieznanym mi (jeszcze!) Mediolanie.

Innymi słowy, zaczynam miesiąc przygotowań do wyjazdu! Już nie mogę się doczekać, bo strasznie stęskniłam się za moją host rodzinką. Od razu po kupieniu biletu napisałam mojej host mamie smsa, a ona mi odp, że jest "happy" i już szykuje mi powitalne party :) Ahhhh!
Może są tu jakieś au-pairki, które przebywają / przebywać będą w okolicach Toskanii lub Bolonii? :)
_______________
A co u mnie? Od kilku dni na nowo poznaje swoje funkcje aklimatyzacyjne mojego organizmu i muszę przyznać, że jest całkiem nieźle. Pogoda się zlitowała i w końcu troszkę popadało. Jednak, wraz z S. skorzystałyśmy z pięknej pogody i wybrałyśmy się do Trzebini nad zalew zaraz po moim przylocie. Polecam serdecznie, woda czysta i jeśli rozsądnie się wypoczywa, to żadnych topielców być nie powinno :)

W przyszłym tygodniu planuję mały trip po naszych pięknych Beskidach i Słowackim Raju. Oczywiście moim ulubionym low-costowym sposobem :) Trzymajcie kciuki za realizację, bo plany są super!

Buziaki,
M

source: google

source: google

piątek, 9 sierpnia 2013

the end (1)

No to ... jestem w domu! Decyzja zapadła w przeciągu 10 sekund. Powiedźmy, że życie potrafi (negatywnie) zaskoczyć, aby potem móc to człowiekowi zrekompensować, jeśli oczywiście szuka swojej szansy.
Przez ostatnie kilka dni udało mi się doświadczyć prawdziwej irlandzkiej bezinteresowności i gościnności. Od irlandzkiej wsi po stolicę. Od piwa w pubie po sushi. Od słonecznego dnia po "shower" w najmniej oczekiwanym momencie.
Było pięknie. Niczego nie żałuję.
Ostatnie zdjęcia z Cork i Dublina, gdzie wielkim zbiegiem okoliczności spotkałam I&O.

A jak w Polsce? Stanowczo za gorąco ... po 3 tygodniach deszczu  i temp poniżej 20 stopni, to teraz faktycznie umieram.

Innymi słowy, będzie mała przerwa w pisaniu, ale już planuję kolejne podróże i kupuję kolejne bilety lotnicze.

Buźka,
M

Cork

UCC, Cork

Cork

Beamish; Cork

w drodze do Dub

Dublin; widoczek z okna mieszkania I

Dub again (w tyle widać siedzibę Google)

Dublin; pacman!

Dublin; zawsze pozytywnie

The Temple Bar w dzielnicy ... Temple Bar :)

Trinity; Dublin

Trinity, Dublin

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

days-off again!

Po ostatnim ciężkim (psychicznie) tygodniu przywitałam piątek z ogromnym uśmiechem na ustach.  Spakowałam „klamoty” i w okolicach 17 wylądowałam w Cork, skąd w czerwonej limuzynie zwanej nissan micra wraz z innymi 3 osobami, 30kg bagażu i gitarą – ruszyliśmy w drogę. Wieczorem wraz z P pojechaliśmy do Clonakilty, czyli do nadmorskiej miejscowości, gdzie spotkaliśmy się z jego znajomymi i posiedzieliśmy w urokliwym wine bar.  Co mnie urzekło, to niesamowita irlandzka otwartość. Uzbierało się może z 20-25 osób w różnym wieku, z różnych krajów i każdy ze swoją własną historią i .. wszyscy usiedliśmy w kółeczku i zaczęliśmy rozmawiać. Udało mi się porozmawiać z pisarzem science-fiction, który opisywał fabułę ostatniej książki, którą próbuję opublikować. Również z niedoszłym nauczycielem, który przyjechał na wesele do Polski i zgubił się w Rzeszowie. Z dziewczyną, która mieszka w jurcie na wzgórzu i jestem wielką hipiską, ale wciąż zakochana jest w swoim iphonie.  Jednakże, około północy musieliśmy zmienić miejscówkę, bo raz – zaczęło lać, dwa – winiarnia się zamykała. Dlatego też jeszcze z godzinkę pobyliśmy w pubie, zjedliśmy trochę chips i wróciliśmy do domu.

W sobotę (3.08) dzień zaczął się leniwie, ale były to tylko pozory. Około 10 zapakowaliśmy się znowu do limuzyny i pojechaliśmy na najbardziej wysunięty na zachód punkt West Cork, czyli – Sheep’s Head. Pojechała ta sama ekipa, którą poznałam dnia zeszłego, więc było miło zobaczyć te same przyjazne twarze. Wyruszyliśmy na szlak. Pogoda dopisywała. Było przepięknie. Jednak, jak to w Irlandii … w ciągu 5 min zerwał się taki wiatr, że myślałam, że mnie zwieje z klifów. Widoki fenomenalne, ale wciąż … nagle przyszedł deszcz, gdy my byliśmy ok5km od najbliższego śladu ludzkości. Mówię Wam, w życiu nie byłam tak przemoczona, ale za to jakie wrażenia! Czujesz przeszywający przez ciało dreszcz, wywołany wiatrem i deszczem, ale idziesz na przód, bo nie masz w sumie za bardzo wyboru. Po jakimś czasie (w końcu) dotarliśmy do jakiegoś domku, gdzie schowaliśmy się pod dachem, a ktoś kogoś podrzucił po nasz środek transportu i oszczędziło nam to kolejnych kilometrów w deszczu.

Deszcz jak cholera. Ściana deszczu przez prawie 3 godziny bez przerwy. Nie mam totalnie pojęcia jak udało nam się dojechać do Clonakilty, bo wszyscy chcieli zostać jeszcze na półwyspie w jakimś pubie, ale ostatecznie znaleźliśmy kogoś kto jechał w taką stronę i bez problemu dojechaliśmy. Myślałam, że się załamię, gdy się okazało, że nie wracamy do domu, ale zostajemy w Clonakilty na „big night”. Miałam mokre ciuchy i włosy, więc ostatnią rzeczą o jakiej marzyłam było „stay out”. Jednak, dzięki wielkiej uprzejmości J, z którą spotkaliśmy się w mieści, przebrałam się w „zamienne” ciuchy i … poszliśmy na miasto. Zahaczyliśmy najpierw o pub, który był na maxa zapchany, bo był mecz Cork-Dub (BTW, Dub won :P). Jednak, znaleźliśmy miejsce i zamówiliśmy jedzonko. Czułam się fatalnie, nie ukrywam. Myślałam, że umrę i chciałam wracać do domu. Ale los zgotował mi inny los …

Prawie zasypiałam na siedząco, gdy jedna ze znajomych P postawiła przede mną gorący napój z whisky. Myślę sobie Whisky? Really? To ma pomóc?”. Słuchajcie, pomogło. Miałam wrażenie, że zejdę z tego świata i będę po prostu chora, a ten napój postawił mnie na nogi do tego stopnia, że bez problemu przeżyłam wieczór, ba – świetnie się bawiłam. Gdy wszyscy zjedli i odpoczęli, poszliśmy do winiarni, a potem do pubu, gdzie znowu spotkaliśmy się z naszą grupką. Byłam zaskoczona, jak ciepło i serdecznie przyjęli mnie do swojego grona. Rozmawiałam praktycznie z każdym, więc cały wieczór spędziłam w super irlandzkiej atmosferze. Fakt, szpilki nie dało się wcisnąć, bo pub był zapchany (5.08 to dzień wolny, więc Irlandczycy od piątku imprezowali), ale za to ile pozytywnych emocji było w powietrzu.

4.08: Obudzić się w 19-wiecznym cottage na wsi, to zawsze dobry początek dnia. Większość dnia była raczej lazy, ale za to z typowym irlandzkim lunchem. Popołudniu udaliśmy się do Clonakilty (znowu!), ale tym razem nad morze. Po powrocie do naszego cottage P miał couchsurferów – parę 60latków z Nowej Zelandii! Takich ciekawych i młodych (!) ludzi już dawno nie spotkałam. Coś niesamowitego, gdy ludzie z krwi i kości z drugiego końca świata, gdzie obecnie jest zima, siadają przy kominku i opowiadają o planach podróży dookoła świata. Mam nadzieję, że będąc w ich wieku też będę mieć taki entuzjazm i chęć poznawania.

5.08: Bank Holiday in Ireland, dzień wolny! Poranek spędzony na rozmowach z Nowozelandczykami, a popołudniu – pożegnanie ze wsią I witaj Cork. Ogromnym zbiegiem okoliczności okazało się, że I&O też wykorzystały ten wolny dzień na nasz piękny Cork. Pogoda się udała, więc wybrałyśmy się na dlugi spacer po mieście, ale po jakimś czasie oczywiście zgłodniałyśmy i zaczęłyśmy szukać jakiegoś urokliwego miejsca na jedzonko. Nie wiem jak, ale trafiłyśmy do super miejsca, gdzie można było jeść do woli za 10 Euro! Więc po raz pierwszy w życiu spróbowałam krewetek i sushi, a desery do wyboru … mmm, żyć nie umierać! Shame on me, bo zapomniałam zapisać adresu, ale jeżeli ktoś będzie w okolicach Cork, to polecam poszukać w okolicach przejścia ze Starego Miasta na centrum.


Pogoda nadal dopisuje, keep tight! :)