Po ostatnim ciężkim (psychicznie) tygodniu przywitałam
piątek z ogromnym uśmiechem na ustach. Spakowałam
„klamoty” i w okolicach 17 wylądowałam w Cork, skąd w czerwonej limuzynie
zwanej nissan micra wraz z innymi 3 osobami, 30kg bagażu i gitarą – ruszyliśmy w
drogę. Wieczorem wraz z P pojechaliśmy do Clonakilty, czyli do nadmorskiej
miejscowości, gdzie spotkaliśmy się z jego znajomymi i posiedzieliśmy w
urokliwym wine bar. Co mnie urzekło, to
niesamowita irlandzka otwartość. Uzbierało się może z 20-25 osób w różnym
wieku, z różnych krajów i każdy ze swoją własną historią i .. wszyscy
usiedliśmy w kółeczku i zaczęliśmy rozmawiać. Udało mi się porozmawiać z
pisarzem science-fiction, który opisywał fabułę ostatniej książki, którą
próbuję opublikować. Również z niedoszłym nauczycielem, który przyjechał na
wesele do Polski i zgubił się w Rzeszowie. Z dziewczyną, która mieszka w jurcie
na wzgórzu i jestem wielką hipiską, ale wciąż zakochana jest w swoim iphonie. Jednakże, około północy musieliśmy zmienić
miejscówkę, bo raz – zaczęło lać, dwa – winiarnia się zamykała. Dlatego też
jeszcze z godzinkę pobyliśmy w pubie, zjedliśmy trochę chips i wróciliśmy do
domu.
W sobotę (3.08) dzień zaczął się leniwie, ale były to tylko
pozory. Około 10 zapakowaliśmy się znowu do limuzyny i pojechaliśmy na
najbardziej wysunięty na zachód punkt West Cork, czyli – Sheep’s Head.
Pojechała ta sama ekipa, którą poznałam dnia zeszłego, więc było miło zobaczyć
te same przyjazne twarze. Wyruszyliśmy na szlak. Pogoda dopisywała. Było
przepięknie. Jednak, jak to w Irlandii … w ciągu 5 min zerwał się taki wiatr, że
myślałam, że mnie zwieje z klifów. Widoki fenomenalne, ale wciąż … nagle przyszedł
deszcz, gdy my byliśmy ok5km od najbliższego śladu ludzkości. Mówię Wam, w
życiu nie byłam tak przemoczona, ale za to jakie wrażenia! Czujesz
przeszywający przez ciało dreszcz, wywołany wiatrem i deszczem, ale idziesz na
przód, bo nie masz w sumie za bardzo wyboru. Po jakimś czasie (w końcu)
dotarliśmy do jakiegoś domku, gdzie schowaliśmy się pod dachem, a ktoś kogoś
podrzucił po nasz środek transportu i oszczędziło nam to kolejnych kilometrów w
deszczu.
Deszcz jak cholera. Ściana deszczu przez prawie 3 godziny
bez przerwy. Nie mam totalnie pojęcia jak udało nam się dojechać do Clonakilty,
bo wszyscy chcieli zostać jeszcze na półwyspie w jakimś pubie, ale ostatecznie
znaleźliśmy kogoś kto jechał w taką stronę i bez problemu dojechaliśmy.
Myślałam, że się załamię, gdy się okazało, że nie wracamy do domu, ale
zostajemy w Clonakilty na „big night”. Miałam mokre ciuchy i włosy, więc
ostatnią rzeczą o jakiej marzyłam było „stay out”. Jednak, dzięki wielkiej
uprzejmości J, z którą spotkaliśmy się w mieści, przebrałam się w „zamienne”
ciuchy i … poszliśmy na miasto. Zahaczyliśmy najpierw o pub, który był na maxa
zapchany, bo był mecz Cork-Dub (BTW, Dub won :P). Jednak, znaleźliśmy miejsce i
zamówiliśmy jedzonko. Czułam się fatalnie, nie ukrywam. Myślałam, że umrę i
chciałam wracać do domu. Ale los zgotował mi inny los …
Prawie zasypiałam na siedząco, gdy jedna ze znajomych P postawiła
przede mną gorący napój z whisky. Myślę sobie Whisky? Really? To ma pomóc?”.
Słuchajcie, pomogło. Miałam wrażenie, że zejdę z tego świata i będę po prostu
chora, a ten napój postawił mnie na nogi do tego stopnia, że bez problemu
przeżyłam wieczór, ba – świetnie się bawiłam. Gdy wszyscy zjedli i odpoczęli,
poszliśmy do winiarni, a potem do pubu, gdzie znowu spotkaliśmy się z naszą
grupką. Byłam zaskoczona, jak ciepło i serdecznie przyjęli mnie do swojego
grona. Rozmawiałam praktycznie z każdym, więc cały wieczór spędziłam w super
irlandzkiej atmosferze. Fakt, szpilki nie dało się wcisnąć, bo pub był zapchany
(5.08 to dzień wolny, więc Irlandczycy od piątku imprezowali), ale za to ile
pozytywnych emocji było w powietrzu.
4.08: Obudzić się w 19-wiecznym cottage na wsi, to zawsze
dobry początek dnia. Większość dnia była raczej lazy, ale za to z typowym
irlandzkim lunchem. Popołudniu udaliśmy się do Clonakilty (znowu!), ale tym
razem nad morze. Po powrocie do naszego cottage P miał couchsurferów – parę 60latków
z Nowej Zelandii! Takich ciekawych i młodych (!) ludzi już dawno nie spotkałam.
Coś niesamowitego, gdy ludzie z krwi i kości z drugiego końca świata, gdzie
obecnie jest zima, siadają przy kominku i opowiadają o planach podróży dookoła
świata. Mam nadzieję, że będąc w ich wieku też będę mieć taki entuzjazm i chęć
poznawania.
5.08: Bank
Holiday in Ireland, dzień wolny! Poranek spędzony na rozmowach z
Nowozelandczykami, a popołudniu – pożegnanie ze wsią I witaj Cork. Ogromnym
zbiegiem okoliczności okazało się, że I&O też wykorzystały ten wolny dzień
na nasz piękny Cork. Pogoda się udała, więc wybrałyśmy się na dlugi spacer po
mieście, ale po jakimś czasie oczywiście zgłodniałyśmy i zaczęłyśmy szukać
jakiegoś urokliwego miejsca na jedzonko. Nie wiem jak, ale trafiłyśmy do super miejsca,
gdzie można było jeść do woli za 10 Euro! Więc po raz pierwszy w życiu
spróbowałam krewetek i sushi, a desery do wyboru … mmm, żyć nie umierać! Shame
on me, bo zapomniałam zapisać adresu, ale jeżeli ktoś będzie w okolicach Cork,
to polecam poszukać w okolicach przejścia ze Starego Miasta na centrum.
Pogoda nadal dopisuje, keep tight! :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz