W salonie zniszczona przez Max’a kanapa.
A w głowie ciągle żywe wspomnienia z ostatnich 3 dni J TYLE się działo!
Przygotujcie się, bo czeka Was istna lawina słów i … zdjęć.
25.07 (czwartek):
Yes, doczekałam się! Pierwszy dzień wolnego czas zacząć. Przed południem
udałam się na przystanek autobusowy w centrum Mallow, skąd dojechałam bez
problemu do Cork. Aura była całkiem sympatyczna – deszcz,słońce, słońce,
deszcz, deszcz, deszcz … słońce – czyli typowe irlandzkie lato. Jakoś
specjalnie mi to nie przeszkadzało, bo w sumie byłam na to przygotowana.
Po krótkim spacerze po Cork i obowiązkowej kawie w
siostrzanej kawiarni, przyjechała po mnie J – dziewczyna P, którego poznałam
wraz z S, gdy po raz pierwszy byłyśmy w Irlandii na Św. Patryka. Co ciekawe,
znajomość zaczęła się dość banalnie, bo przez couchsurfing, a trwa do dnia
dzisiejszego. Wraz z J pojechałyśmy do wiejskiego domku P, który nie mógł mnie odebrać z
miasta, bo strasznie źle się czuł. Reszta dnia zeszła na rozmowach
(nie)egzystencjalnych, spacerze i obiedzie po 21 … To był wielki błąd. Jako,
ze nie jadłam nic cały dzień, to mój żołądek dość źle przyjął taki dinner o
takiej porze. Innymi słowy, całą noc nie zmrużyłam oka :D Ku mojemu zdziwieniu,
nie byłam w ogóle zmęczona dnia następnego, gdy oficjalnie wygramoliłam się z
łóżka o 5 i …
26.07 (piątek): SPACER! Jeżeli będziecie mieć szansę pobyć
trochę na irlandzkiej wsi, to gorąco polecam zrobić eksperyment i wstać przed wschodem słońca, i wybrać się na spacer. Wszystko zdaje się spać, a mgła
przykrywa wszystko dookoła. Jednak, w momencie,
gdy wstaje słońce i rozświetla okoliczne pagórki – chce się żyć.
Przed południem P musiał jechać na kilka godzin do pracy
(jest projektantem ogrodów), więc uznałam, że wybiorę się z nim. Okazało się,
że ma jednego pracownika Polaka (niby dziadziuś 60letni, a nie dałabym mu
więcej niż 45 …) i przydałam się w roli tłumacza. Ciekawe doświadczenie :). Ale jeszcze ciekawszym
był naprawdę poważny „clash kulturowy”, który trochę wytrącił mnie z
równowagi, ale jak patrzę na to z innej perspektywy, to naprawdę była to porządna
lekcja czym jest „bycie Irlandczykiem”.
Drugą część dnia spędziliśmy nad morzem w okolicach Kinsale.
Najpierw zwiedziliśmy fort, a następnie poszliśmy do pubu. W końcu miałam
swojego pierwszego Guinessa od mojego przyjazdu :) Wzięliśmy nasze drinkowe maszkiety i wyszliśmy by usiąść na
takiej skarpie i popodziwiać morze. Myślicie, że ktokolwiek krzyczał za nami,
by nie wychodzić z pubu z ich szklankami/kuflami? Albo, że komuś przeszkadzało,
że ludzie piją alkohol „w plenerze”? Albo, że to niezbyt bezpieczne by pić alko
na takiej wysokości? W życiu! J
Było uroczo i malowniczo. Irlandzka Rivera J
Pod koniec dnia pochodziliśmy po Kinsale i zjedliśmy pyszny obiad w jednym z
pub-restauracji. Jednak, nie wróciliśmy
do domku P, ale pojechaliśmy do J, która mieszka nad samym morzem. Zaraz po
przyjeździe, padłam spać i obudziłam się dopiero na drugi dzień.
27.07 (sobota): Dzień zaczął się od przygotowania tostów
francuskich na … cieście :D Mówię Wam, największe FOPA mojego życia. J
powiedziała, że zrobiła chleb i żebym zrobiła coś z nim na śniadanie. Tak więc,
zeszłam rano by coś porobić i odruchowo wzięłam ten „chleb”, nawet go nie
spróbowawszy. Tia. Wyobraźcie sobie moją minę, gdy zrobiłam pierwszego gryza, a
chleb okazał się „słodkim chlebem”, który bardziej przypominał w smaku ciasto
niż chleb. Cała ja, cała ja …
Po jakże świetnym śniadaniu (ale za to się uśmiałam za
wszelkie czasy :P), pojechałyśmy z J do jej konia – Bell. Nie miałam okazji na
nim jeździć, bo J jest jedyną osobą, którą Bell miała na grzbiecie, więc
doszłam do wniosku, że sobie podaruję. Ale za to z drugiej strony, miałyśmy
kilka godzin zabawy z Bell. Autentycznie. Wystarczył ruch ręki, głębszy oddech,
lekko podniesiony głos – Bell reagowała jakby czytała w myślach. W dodatku,
udało mi się zdobyć trochę doświadczenia w prowadzeniu konia na lonży i „bez
lonży”. Super sprawa, polecam :D
Wieczorem poszliśmy na plaże malowniczą trasą przez
okoliczne pagórki. Wrzucam trochę zdjęć, bo nie ma co się rozpisywać. No może
dodam jeszcze, że jestem TYLKO „a half of chicken”, bo przy temperaturze
powietrza 17C i wody ok16C weszłam do wody tak do pasa :D Więc jakby nie
patrzeć, połowa zadania wykonana. Zastanawiałam się co moja S. robi i czy też szczęka zębami z zimna w naszym pięknym polskim morzu ... :-)
Po czilaucie na plaży, pojechaliśmy do Cork,
skąd miałam autobus do Mallow. Wróciwszy, miałam cały dom dla siebie i piesków,
więc zjadłam coś, pooglądałam TV i poszłam spać.
28.07 (niedziela): C wraca dopiero jutro, więc mam jeszcze
cały dzień dla siebie J
Teraz siedzę sobie w costa coffee (walczę z socjofobią i łaknę towarzystwa ludzi :D) na
przysłowiowej kawie, a na dinner rozważam fish&chips – hej, w końcu musi
być ten pierwszy raz. Kolejny pierwszy raz J
Keep tight,
M
PS. Słyszałam, że w Polsce rekordowe upały? Przesyłam SPORĄ dawkę orzeźwienia:
(śmiejcie się, ale ja uwielbiam taką pogodę i nie żałuję, że jestem biała jak mąka :D)
Obserwacja 11: Mój Irlandczykowi prosto z mostu. Yes - No; White - Black. Nie
zostawiaj nigdy „gap” na interpretację.
Obserwacja 12: Nie ma możliwości tak zwanego „chamstwa” przy
wchodzeniu do autobusu, załatwiania czegokolwiek na poczcie itp. i jest dużo
ludzi, to każdy (bez wzgl na wiek) ustawia się grzecznie w kolejce. Kocham ten
pomysł. Każdy jest uprzejmy, cierpliwie czeka – pełen relaks. To tylko my
pałamy taką agresją i musem walki o miejsce :D
| Widok z mojego pokoju u J. |
| Kinsale; super miejsce - szkoda, że Poet's Corner był już zamknięty. Bardzo chętnie tam wrócę i sprawdzę, czy jest faktycznie taki super. |
| Kinsale |
| Zgadzam się! |
| Kinsale |
| Kinsale |
| Kinsale |
| Bullman to mój number 1 |
| Widok z Charles Fort |
| Poranny spacer |
| Cork |
| Cork |
| Cork |

Cieszę się, że miałaś troszkę wolnego i spędziłaś ten czas tak przyjemnie :) Nawet nie wiesz, jak bardzo zazdroszczę ci tej temperatury i kulturalnych kolejek!
OdpowiedzUsuń:*
OdpowiedzUsuń