wtorek, 31 marca 2015

Audycja w Polskim Radiu Katowice



Zapraszam wszystkich do posłuchania audycji w programie 'Trzecia Fala', gdzie Pani Ewelina pozwoli mi podzielić się moją au pairkową historią ze światem :-) 

Audycji  będzie można posłuchać online na:
 www.radio.katowice.pl lub włączając radio na 102.2 FM
dnia 1 kwietnia 2015 (jak mi nie wyjdzie, to będzie, że żart na Prima Aprillis)
o godzinie 19

Będzie mi niezmiernie miło jak posłuchasz!

Dzięki i do usłyszenia jutro :-)



EDIT:


Kochani,
Dziękuję uprzejmie za wszystkie miłe słowa, które docierają do mnie z Europy i Stanów na temat wczorajszej audycji radiowej, w której miałam przyjemność wziąć udział. Czuję się ogromną szczęściarą wiedząc jak wielu niesamowitych ludzi miałam szansę poznać i których pozytywna energia daje mi siły do działania. Dzięki :-)

link do fragmentu audycji z moim udziałem:

wtorek, 17 marca 2015

Travel month - podsumowanie i koszty

Hej wszystkim!

Zabierałam się za napisanie tego posta już od długiego czasu, a Wasze wiadomości/komentarze jeszcze bardziej mnie mobilizowały by znaleźć choć kilka minut by oficjalnie zakończyć opis travel month i napisać małe podsumowanie. Jednak, mnogość spraw na tle osobistym i zawodowym (obiecuję, że któregoś razu jeszcze o tym napomknę) sprawiły, że nie miałam tak naprawdę czasu by złapać więcej niż kilka godzin snu od dobrych dwóch tygodni.
Ale mniejsza o to. Siedzę z kubkiem kawy i z moim kochanym psem - Melą, która w widoczny sposób pokazuje, że to do niej należy moja prywata przestrzeń i do Was piszę.

Travel month - wymarzony plan

Każda osoba, która staje przed wyzwaniem zaplanowania dłuższego/krótszego wyjazdu wakacyjnego, musi zdawać sobie sprawę, że może przynieść to niesamowitą frajdę i satysfakcję, ale na samym początku jest po prostu frustrujące - wszystko zdaje nas przytłaczać, bo nie wiadomo od czego zacząć.
Spokojnie, step by step.

Na początku należy określić swoje priorytety, czyli innymi słowy CO chcemy osiągnąć przez tę naszą podróż. Może chcemy się skupić na poznawaniu kultur, nowych zwyczajów i mnogości różnic, wynikających z nowego miejsca? A może chcemy się odizolować od wszystkiego, skupiając na czystym relaksie z drinkiem pod palemką?

Drugie pytanie - z kim będziemy podróżować. Jest to niesamowicie ważne, bo podróż wygląda zupełnie inaczej, gdy jesteśmy skazani na samych siebie (jesteśmy w ciągłym stanie gotowości), a wtedy, gdy jedziemy w kilka osób. Jeśli dobierzemy te osoby pod kątem wspólnych zainteresowań i OCZEKIWAŃ wobec podróży, to jest ogromna szansa, że spędzimy niesamowite chwile. Naturalnie podzielimy się obowiązkami i w sposób nieunikniony ktoś zostanie liderem, ktoś będzie odpowiedzialny za kreatywne pomysły, a jeszcze ktoś będzie umiał wybrać najciekawsze miejsce na jedzenie, czy wypoczynek.

Trzecie pytanie - jakie jesteśmy w stanie ponieść koszty.
Nie tylko w kwestii pieniędzy, ale również czasu. Zdawajmy sobie sprawę, że obniżenie kosztów wyprawy (np. zakup biletów autobusowych zamiast lotniczych) związane jest z poświęceniem większego czasu nie tylko na samo planowanie, ale również na to jak długo przedostaniemy się z punktu A do B.

Czwarte pytanie - czego chcę się nauczyć podczas mojej podróży?
Ktoś może chce napisać artykuł na temat środowiska homoseksualistów w SF. A może zwiedzić jak największą liczbę stanów? A może w drugą stronę - nie nauczyć się nic, a zresetować mózg.

Piąte pytanie - czego się boję?
Czy są to może gangi w Los Angeles? A może obrzydliwa wątróbka po której zawsze spędzam pół dnia w łazience? A jeśli jest to po prostu strach przed nieznanym? Przed nowościami?
Ja osobiście boję się marnować czas. Od samego początku planowania travel month byłam przerażona tym, że nie zobaczę tego wszystkiego, co bym chciała. Odpowiedziałam sobie na pytanie w czym leży problem i uwaga, zdałam sobie sprawę, że boję się słusznie. Bo NIGDY nie ogarnę wszystkiego, co jest 'najlepsze'. Wtedy też zrozumiałam, że JAKOŚĆ jest o wiele ważniejsza niż ilość zwiedzanych miejsc. Dlatego absolutnie nie podjęłabym się żadnego au pair tours, bo w żadnym wypadku nie pozwoliłoby mi to poznać kulturę i lokalsów z miejsc, w których byłam.

Innymi słowy, im więcej pytań sobie zadamy PRZED wyprawą, tym lepiej. Pozwoli nam to się skonfrontować z tym CO chcemy i następnym krokiem będzie zastanowienie się JAK to osiągnąć.

Jak obniżyć koszty wyprawy?

Dostaję wiele wiadomości ILE powinno się odłożyć na travel month. A ja odpowiadam - nie mam pojęcia.
Każdy inaczej planuje wakacje i ma inne priorytety. Nie jestem w stanie podać określonej sumy pieniędzy, bo w żadnym wypadku nie byłaby adekwatna do tego, co dana osoba zamierza.

Jest jednak kilka sposobów jak obniżyć koszty wyprawy.
1) Planuj wszystko z wyprzedzeniem
Nasze snucie planów o travel month zaczęło się na dobre 8-9 miesięcy przed faktycznym wyjazdem. Jednak, pierwsze rezerwacje (samolot, autobus, hotel) zaczęły się 3 miesiące przed. Pozwoliło to na zaoszczędzenie gigantycznych pieniędzy.

2) Korzystaj z wyszukiwarek (tanie loty, hotele)
Polecam serdecznie kayak.com (loty,samochody, a nawet hotele), hostels.com, bookings.com - z wyprzedzeniem naprawdę znajdziemy super oferty.

3) Alternatywne zakwaterowanie
Mam na myśli couchsurfing.org, airbnb.com, co nie tylko pozwoli na obniżenie kosztów, ale jest to też niesamowita szansa na poznanie świetnych ludzi.

4) Samolot naprawdę taki konieczny?
Oczywiście, jeśli podróżujemy z jednego końca kraju na drugi. Jednak, jeśli potrzebujemy przedostać się z punktu A do B do około 800km, to autobus jest idealnym rozwiązaniem. Co więcej, autobusy nocne nie tylko zabierają nas bezpiecznie do określonego miejsca, ale również sprawiają, że nie musimy martwić się o zakwaterowanie na daną noc.
Polecam: megabus.com, greyhound.com, boltbus.com
Z wyprzedeniem dorwiemy bilety nawet po dolara.

5) Jedzenie - we własnym zakresie
Podczas naszych 3tyg podróży organizowałyśmy się w ten sposób, że każda z nas płaciła po 50% kosztów za jedzenie. Spędzałyśmy średnio 8-10 dolarów na zakupy spożywcze na około 2-3 posiłki. Oczywiście, nie odmawiałyśmy sobie nic na mieście, ale kierowałyśmy się zdrowym rozsądkiem. Biorąc lunch (który był notabene OGROMNY), miałyśmy dodatkową kolację w pudełeczku.
Co więcej, będąc w hotelu i wykupując opcję bufetu na śniadanie możemy sobie spokojnie pozwolić o spakowanie kanapki na lunch. I znowu koszty się obniżają.

6) Transport publiczny
Nogi bolą, a wszędzie daleko. Jest środek dnia. Po co brać taksówkę?
Metro, autobusy, kolejki miejskie ... jest sto rozwiązań, które pozwolą zaoszczędzić koszty.

7) UBER
Uber jest aplikacją na telefon, która pozwala nam na znalezienie osoby skłonnej do przewiezienia nas do punktu docelowego. Cała płatność pobierana jest z naszej karty kredytowej i tym samym nie musimy martwić się o gotówkę.
Wystarczy założyć konto, wprowadzić dane karty i do przodu.
Pierwszy przejazd do $20 jest darmowy.
Sprawdzone i polecam. Relatywnie tanie, wygodne i naprawdę super doświadczenie.

8) Bagaż 
Im mniej bagażu, tym lepiej. Nie tylko nie musimy tego nosić, ale też pozbywamy się pewnego balastu psychicznego - ilość rzeczy przytłacza, a podczas podróży chodzi o poczucie wolności, huh? :-)

Koszty w praktyce - małe zestawienie

Podczas naszych podróży, codziennie robiłyśmy zestawienie tego na co wydałyśmy pieniądze, co w znaczny sposób pozwoliło na utrzymanie kontroli wydatków oraz odłożenie pieniążków na jakieś małe treat'y-cheat'y :-)


Tickets
Plane:
        New York – San Francisco 168.10
Phoenix – Boston 144
Bus:
San Francisco – Los Angeles 26
Los Angeles – San Diego 11
San Diego – Las Vegas 32.50 (+$20)
Las Vegas – Phoenix 23.50
Boston – New York 2.50
=  $ 427.60

Daily expenses

San Francisco & San Mateo = $ 150 (about $ 32/day)

Los Angeles = $ 145 (app. $ 36/day)
W tym $55 za dwie nocy na airbnb

San Diego =  $ 105 (app. $ 35/day)

Las Vegas: $ 100 (app. $ 50/day)
W tym $36 za noc w hotelu.

Phoenix = $ 146 (app. $ 48/day)
W tym paliwo/motel do Grand Canyon - $50

Boston & NYC = $ 133 (app. $ 44 / day)

Tickets: $ 428
Daily expenses:  $ 780
Co łącznie wychodzi około +/- $ 1200 

Uważam, że poniesione koszty to NIC w porównaniu do tego, co udało mi się zobaczyć i przeżyć. Nigdy nie byłam materialistką i nie potrzebuję miliarda par butów, czy innych rzeczy by czuć się szczęśliwą - może też dzięki temu nie wydałam fortuny podróżując. Co więcej, jestem przekonana, że pieniądze to nie tylko środek płatniczy, ale przede wszystkim - środek wymiany ENERGII. Jestem sto razy bardziej skłonna wydać $100 na najdziwniejszy podróżniczy pomysł niż na jakąś pierdołę z markową metką. Oczywiście, jeśli to drugie jest dla kogoś wartością - nie ma sprawy. Jak pisałam, to jest bardzo osobiste i dzielę się z Wami moją opinią.

TYLE.
W końcu napisałam tego posta i mam nadzieję, że Wam to coś pomoże.

Trzymajcie się, a ja lecę biegać.

M.


czwartek, 5 marca 2015

Travel month (6) - Boston & Salem

24 - 26 styczeń 2015
Boston - Salem

Dzień 17: 24 styczęń 2015
Przybywam do Bostonu przed godziną 5 rano. 
Nieświadoma tego, co miało się wydarzyć przez kolejne 24h, biorę swój tobołek, kocyk i ze słuchawkami na uszach kładę się w hali przylotów by móc złapać choć trochę snu. Budzę się po jakiś 20-30 min i spoglądam na pas startowy, który ... jest całkowicie przykryty ogromną warstwą śniegu.
CO?!
Czy to możliwe, że byłam tak wykończona, że zupełnie nie zauważyłam śnieżnego puchu po wylądowaniu? Bzdura! Jak to się w ogóle stało?! Przecież niecałe 15h temu jeździłam sobie konno na pustyni w Arizonie, a teraz przyjdzie mi się zmierzyć z zimową kurtką - witamy w Massachusetts! Jak na podróżnika przystało, przebrałam się w łazience (na lot miałam założone dresy i w żadnym razie nie byłam przygotowana na sprostanie zimowej aurze), wzięłam autobus SL1 silver line na South Station. Stamtąd przeszłam magicznym korytarzem na stację autobusową, gdzie wykorzystując godzinę, którą musiałam poświęcić na czekanie zanim otworzyli przechowalnie bagażu, zjadłam owsiankę z McDonalda (!) i pogadałam z rodzicami na skype, którzy byli chyba bardziej podekscytowani ludźmi, którzy mnie mijali na tym dworcu niż tym, gdzie faktycznie się znajdowałam.
OK. Pozbyłam się bagażu i wyruszyłam w stronę Harvardu, gdzie byłam umówiona z Z. - archeologiem pracującym dla uniwersytetu, który zaoferował się, że pokaże mi kampus i oprowadzi po muzeach. Jako, że był zatrudniony na Harvardzie, wstęp do każdego budynku był bezproblemowy, a za muzea również nic nie zapłaciłam. 
Było fantastycznie. Wszystko pokażę na zdjęciach.

W okolicach 16 wróciłam na centrum, odebrałam swój bagaż i ruszyłam na commuter rail, który miał mnie zabrać do Salem, gdzie znajdowała się moja hostka, z którą mieszkałam przez kolejne kilka dni. Hostka (nazwijmy ją S.) okazała się przesympatyczną dziewczyną, która wraz ze swoim chłopakiem ugościli mnie w swoim domu w Salem - mieście czarownic. Co ciekawe, przy wieczornym winie oraz kosztowaniu najdroższego piwa w Stanach i pogaduchach wyszło na jaw, że ... czarownictwo jest osobną religią w Stanach i S. się nadal z nią utożsamia! Ależ to było ciekawe :-) 

Harvard Square

No i mała przerwa w Starbucksie - bo gdzie indziej, huh?
A poza tym, jak się nie ma telefonu podczas podróży, to jednak dostęp
do internetu jest kluczowy by wyprawa ta okazał się sukcesem

Harvard

z Z. oraz przyjacielem bałwankiem przed pomnikiem Johna Harvarda


Fogg Museum of Art

mój zią!

Sala buddyjska


 a tak wyglądał pierwszy kalkulator

HARVARD LAW SCHOOL !!!
Od razu poczułam się tam taka mądra :D



Marta daje wykład na temat ślunskiego jedzenia na Harvardzie :D


Museum of Natural History



Peabody Museum - autorska wystawa mojego przewodnika


a to już Salem i rarytasowe piwo :-)

S. z chłopakiem i przyjaciółką

a to nasza twórczość po tym jakże dobrym winie i piwie.
Dzień 18: 25 styczeń 2015

Obudziłam się przed południem. Pierwszy raz od roku spałam tak długo. Muszę przyznać, że byłam wykończona - 18 dni w podróży, gdy sen był istnym cudem. A w Salem zostałam tak ciepło przyjęta, nakarmiona, napojona i położona na super wygodnym dmuchanym materacu, gdzie przespałam ponad 13h. 
Po śniadaniu wybraliśmy się z S. do Salem. Odwiedziliśmy witch shops, które stanowiły dla mnie niesamowite przeżycie. Nigdy wcześniej nie widziałam czegoś takiego - tak na serio, tak 'nie-made-in-china'. Na lunch zatrzymałyśmy się w Tavern, gdzie dołączyła do nas przyjaciółka S. Pochodziłyśmy trochę po mieście, a potem wróciłyśmy do domu, gdzie czekał na mnie mail, że ... mój bus trip do NYC został odwołany. Zewsząd dochodziły sygnały o wielkiej zamieci spodziewanej na wschodnim wybrzeżu. No i co robią Amerykanie?
Panikują (oni to interpretują jako 'podjęcie niezbędnych środków bezpieczeństwa') - okazało się, że bus trip Anny również został odwołany. Jednak, mnie udało się przebukować mój, a Anna została na lodzie w Chicago. Udało jej się kupić bilet lotniczy na jeden dzień PRZED planowanym powrotem do Włoch. Nie wspomnę ile musiała za niego zapłacić ... ale nie było wyjścia.
Wróćmy jednak do mnie - udało mi się przebukować bilet na wcześniej, ale tym samym nie miałam zupełnie czasu by pozwiedzać Boston. No trudno - lepiej dotrzeć w jednym kawałku na czas niż potem narobić sobie problemów.

Wieczorem S. zaprosiła znajomych i wszyscy rozmawialiśmy nad zapowiadanymi opadami śniegu. Wtedy też poznałam N., który gdy dowiedział się, że mój bus trip został odwołany (ja oczywiście PANIKA), to powiedział, że jeśli znowu coś stanie na mojej drodze, to my Salem friends postarają się o to bym dotarła do NJ na czas. Milion serduszek ahh. 

Stres. Stres. Stres. 
Czy uda mi się dotrzeć do NJ przed nadejściem śniegu? 




Ołtarzyk w jednym z witch shops


Friendship

Mówi się, że to jest najstarszy dom w Salem i w którym mieszka do tego demon

sklep z różdżkami <mega love>






Dzień 20: 26 styczeń 2015

Pożegnałam się z S. oraz jej chłopakiem, którzy musieli bardzo wcześnie rano wyjść do pracy. Byłam niesamowicie wdzięczna za te kilka dni, które spędziliśmy razem. Jednak, trzeba było wyruszać do domu. Z domku S. odebrał mnie N., z którym wybrałam się najpierw na śniadanie do najbardziej znanej diner w Salem, skrywającej wiele tajemniczych historii ... 
Potem odwiózł mnie na dworzec, a ja udałam się do Bostonu, gdzie na dworcu poznałam Niemkę, wracającą z Kanady i również kierującą się do Nowego Jorku. Wielkim zbiegiem okoliczności wylądowałyśmy w tym samym autobusie. 
Gdy autobus ruszył, mój poziom stresu opadł o połowę. Jednak, wraz z pojawiającymi się płatkami śniegu, poziom ten stopniowo rósł aż do momentu przekroczenia granicy The Bronx - Manhattan. Uwaga, władze miasta zamknęły Manhattan dla samochodów osobowych oraz pojazdów wykorzystywanych w celach prywatnych. Wszystkie sklepiki, kawiarnie były zamknięte. Manhattan był OPUSTOSZAŁY.  Nigdy nie zapomnę tego widoku.
Udało mi się (również cudem) dotrzeć na Penn Station, gdzie zapakowałam się w ostatni (!!!!) pociąg do NJ. O 20 wszystkie pociągi stanęły, a o 22 zamknęli autostrady w stanie NJ i NY. 
Ale ja już byłam bezpieczna. O 19.30 stanęłam na dworcu w Chatham, z którego odebrała mnie moja kochana Magda, która zabrała mnie do swojego domu, gdzie spędziłyśmy kolejne 4 dni. 

Tym wpisem kończę moją relację o travel month. 
Następnym razem obiecuję małe podsumowanie i zestawienie kosztów. Oraz to, co się wydarzyło po moim powrocie do NJ.

Trzymajcie się cieplutko,
M