czwartek, 5 marca 2015

Travel month (6) - Boston & Salem

24 - 26 styczeń 2015
Boston - Salem

Dzień 17: 24 styczęń 2015
Przybywam do Bostonu przed godziną 5 rano. 
Nieświadoma tego, co miało się wydarzyć przez kolejne 24h, biorę swój tobołek, kocyk i ze słuchawkami na uszach kładę się w hali przylotów by móc złapać choć trochę snu. Budzę się po jakiś 20-30 min i spoglądam na pas startowy, który ... jest całkowicie przykryty ogromną warstwą śniegu.
CO?!
Czy to możliwe, że byłam tak wykończona, że zupełnie nie zauważyłam śnieżnego puchu po wylądowaniu? Bzdura! Jak to się w ogóle stało?! Przecież niecałe 15h temu jeździłam sobie konno na pustyni w Arizonie, a teraz przyjdzie mi się zmierzyć z zimową kurtką - witamy w Massachusetts! Jak na podróżnika przystało, przebrałam się w łazience (na lot miałam założone dresy i w żadnym razie nie byłam przygotowana na sprostanie zimowej aurze), wzięłam autobus SL1 silver line na South Station. Stamtąd przeszłam magicznym korytarzem na stację autobusową, gdzie wykorzystując godzinę, którą musiałam poświęcić na czekanie zanim otworzyli przechowalnie bagażu, zjadłam owsiankę z McDonalda (!) i pogadałam z rodzicami na skype, którzy byli chyba bardziej podekscytowani ludźmi, którzy mnie mijali na tym dworcu niż tym, gdzie faktycznie się znajdowałam.
OK. Pozbyłam się bagażu i wyruszyłam w stronę Harvardu, gdzie byłam umówiona z Z. - archeologiem pracującym dla uniwersytetu, który zaoferował się, że pokaże mi kampus i oprowadzi po muzeach. Jako, że był zatrudniony na Harvardzie, wstęp do każdego budynku był bezproblemowy, a za muzea również nic nie zapłaciłam. 
Było fantastycznie. Wszystko pokażę na zdjęciach.

W okolicach 16 wróciłam na centrum, odebrałam swój bagaż i ruszyłam na commuter rail, który miał mnie zabrać do Salem, gdzie znajdowała się moja hostka, z którą mieszkałam przez kolejne kilka dni. Hostka (nazwijmy ją S.) okazała się przesympatyczną dziewczyną, która wraz ze swoim chłopakiem ugościli mnie w swoim domu w Salem - mieście czarownic. Co ciekawe, przy wieczornym winie oraz kosztowaniu najdroższego piwa w Stanach i pogaduchach wyszło na jaw, że ... czarownictwo jest osobną religią w Stanach i S. się nadal z nią utożsamia! Ależ to było ciekawe :-) 

Harvard Square

No i mała przerwa w Starbucksie - bo gdzie indziej, huh?
A poza tym, jak się nie ma telefonu podczas podróży, to jednak dostęp
do internetu jest kluczowy by wyprawa ta okazał się sukcesem

Harvard

z Z. oraz przyjacielem bałwankiem przed pomnikiem Johna Harvarda


Fogg Museum of Art

mój zią!

Sala buddyjska


 a tak wyglądał pierwszy kalkulator

HARVARD LAW SCHOOL !!!
Od razu poczułam się tam taka mądra :D



Marta daje wykład na temat ślunskiego jedzenia na Harvardzie :D


Museum of Natural History



Peabody Museum - autorska wystawa mojego przewodnika


a to już Salem i rarytasowe piwo :-)

S. z chłopakiem i przyjaciółką

a to nasza twórczość po tym jakże dobrym winie i piwie.
Dzień 18: 25 styczeń 2015

Obudziłam się przed południem. Pierwszy raz od roku spałam tak długo. Muszę przyznać, że byłam wykończona - 18 dni w podróży, gdy sen był istnym cudem. A w Salem zostałam tak ciepło przyjęta, nakarmiona, napojona i położona na super wygodnym dmuchanym materacu, gdzie przespałam ponad 13h. 
Po śniadaniu wybraliśmy się z S. do Salem. Odwiedziliśmy witch shops, które stanowiły dla mnie niesamowite przeżycie. Nigdy wcześniej nie widziałam czegoś takiego - tak na serio, tak 'nie-made-in-china'. Na lunch zatrzymałyśmy się w Tavern, gdzie dołączyła do nas przyjaciółka S. Pochodziłyśmy trochę po mieście, a potem wróciłyśmy do domu, gdzie czekał na mnie mail, że ... mój bus trip do NYC został odwołany. Zewsząd dochodziły sygnały o wielkiej zamieci spodziewanej na wschodnim wybrzeżu. No i co robią Amerykanie?
Panikują (oni to interpretują jako 'podjęcie niezbędnych środków bezpieczeństwa') - okazało się, że bus trip Anny również został odwołany. Jednak, mnie udało się przebukować mój, a Anna została na lodzie w Chicago. Udało jej się kupić bilet lotniczy na jeden dzień PRZED planowanym powrotem do Włoch. Nie wspomnę ile musiała za niego zapłacić ... ale nie było wyjścia.
Wróćmy jednak do mnie - udało mi się przebukować bilet na wcześniej, ale tym samym nie miałam zupełnie czasu by pozwiedzać Boston. No trudno - lepiej dotrzeć w jednym kawałku na czas niż potem narobić sobie problemów.

Wieczorem S. zaprosiła znajomych i wszyscy rozmawialiśmy nad zapowiadanymi opadami śniegu. Wtedy też poznałam N., który gdy dowiedział się, że mój bus trip został odwołany (ja oczywiście PANIKA), to powiedział, że jeśli znowu coś stanie na mojej drodze, to my Salem friends postarają się o to bym dotarła do NJ na czas. Milion serduszek ahh. 

Stres. Stres. Stres. 
Czy uda mi się dotrzeć do NJ przed nadejściem śniegu? 




Ołtarzyk w jednym z witch shops


Friendship

Mówi się, że to jest najstarszy dom w Salem i w którym mieszka do tego demon

sklep z różdżkami <mega love>






Dzień 20: 26 styczeń 2015

Pożegnałam się z S. oraz jej chłopakiem, którzy musieli bardzo wcześnie rano wyjść do pracy. Byłam niesamowicie wdzięczna za te kilka dni, które spędziliśmy razem. Jednak, trzeba było wyruszać do domu. Z domku S. odebrał mnie N., z którym wybrałam się najpierw na śniadanie do najbardziej znanej diner w Salem, skrywającej wiele tajemniczych historii ... 
Potem odwiózł mnie na dworzec, a ja udałam się do Bostonu, gdzie na dworcu poznałam Niemkę, wracającą z Kanady i również kierującą się do Nowego Jorku. Wielkim zbiegiem okoliczności wylądowałyśmy w tym samym autobusie. 
Gdy autobus ruszył, mój poziom stresu opadł o połowę. Jednak, wraz z pojawiającymi się płatkami śniegu, poziom ten stopniowo rósł aż do momentu przekroczenia granicy The Bronx - Manhattan. Uwaga, władze miasta zamknęły Manhattan dla samochodów osobowych oraz pojazdów wykorzystywanych w celach prywatnych. Wszystkie sklepiki, kawiarnie były zamknięte. Manhattan był OPUSTOSZAŁY.  Nigdy nie zapomnę tego widoku.
Udało mi się (również cudem) dotrzeć na Penn Station, gdzie zapakowałam się w ostatni (!!!!) pociąg do NJ. O 20 wszystkie pociągi stanęły, a o 22 zamknęli autostrady w stanie NJ i NY. 
Ale ja już byłam bezpieczna. O 19.30 stanęłam na dworcu w Chatham, z którego odebrała mnie moja kochana Magda, która zabrała mnie do swojego domu, gdzie spędziłyśmy kolejne 4 dni. 

Tym wpisem kończę moją relację o travel month. 
Następnym razem obiecuję małe podsumowanie i zestawienie kosztów. Oraz to, co się wydarzyło po moim powrocie do NJ.

Trzymajcie się cieplutko,
M

2 komentarze:

  1. I na koncu podpis "Mariush Max Kolonko - Boston Masaczjusets" :D czemu to koniec ? Myslalam, ze tylko tak oszukujesz i czesci wyprawy beda jeszcze jak nie setki to miliony :( buziak Martusia! :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teraz jest już "Mariusz Max Kolonko. Mówię jak jest. Nowy Jork" <--- youtube :D

      Usuń