Arizona
21 -23 styczeń 2015
21 styczeń 2015
Przybywamy w godzinach porannych na dworzec autobusowy w Phoenix. Słońce jeszcze nie odważyło się zakończyć snu i wciąż było uśpione, gdy jechałyśmy wgłąb miasta w aucie C., z którym udało nam się skontaktować przez CS i który był na tyle uprzejmy, że podrzucił nas do Tempe, a następnie pojechał do pracy by w ostateczności spotkać się z nami w okolicach południa, aby wyruszyć w stronę Sedony.
Jako, że miałyśmy prawie 6h przed jego przyjazdem, najpierw złapałyśmy trochę snu w Starbucksie, gdzie absolutnie nikt nie zwrócił nam uwagi, że zamówiwszy cup of coffee, rozwaliłyśmy się wygodnie w kącie i po prostu zasnęłyśmy.
Zebrałyśmy trochę sił i po jakieś godzince wyruszyłyśmy w stronę Downtown Phoenix. Warto było. Pogoda przepiękna - cieplutko i przyjemnie. Za to Phoenix okazało się dla nas zupełnym zaskoczeniem, bo wszystko było tak daleko usytuowane od siebie. Jednak, te główne punkty wyprawy udało się zrealizować, dzięki light train, który dowiózł nas do/z Downtown.
Około 12-13 dotarłyśmy z powrotem do Tempe, skąd odebrał nas C. i pojechaliśmy. Podróż minęła bardzo przyjemna, a my przynajmniej miałyśmy okazję by znowu trochę się przespać.
Do Sedony dotarliśmy w okolicach 15-16. Udało się zebrać resztki sił na małą penetrację tego parku narodowego, gdzie mówi się, że istnieją magiczne siły (namely Vortex) i to im przypisałyśmy fakt, że jeszcze miałyśmy jakiekolwiek zasoby energii by wyczołgać się z samochodu po tak ciężkiej nocy w autobusie (podkreślę, że to był nasz drugi nocny bus na przestrzeni 4 dni). Na noc zjechaliśmy do Flagstaff, gdzie zabukowaliśmy dwa pokoje w motelu: jeden dla C. i jeden dla mnie i Anny. Przed położeniem się spać, wybraliśmy się do osławionej browarni w Flagstaff, gdzie miałam ogromną przyjemność by spróbować niesamowitego (!) hamburgera (chyba najlepszego jakiego w życiu jadłam) w towarzystwie niebiańskiego lager'a. Polecam!
Potem był już błogi sen i ładowanie akumulatorów.
| spacerki po Phoenix |
| Heritage Square |
| w drodze do Sedony |
| ahhh Sedona, here we come! |
| bo jestem healthy nut i zamiast frytek zamawiam warzywa na parze haha |
22 styczeń 2015
Pobudka po 5. Continental breakfast zgarnięty do samochodu (czyli pączki, suchy tost, dżem i kawa)
Niesamowity niesamowity niesamowity Grand Canyon.
Temperatura -15C, ale nie poddajemy się. Towarzyszą nam sarny, łosie i inne miłe stworzonka.
C. wyrusza na jakiś skomplikowany szlak, a my decydujemy się na opracowanie planu w punkcie informacyjnym i zastanowienie się, co tak naprawdę chcemy zobaczyć.
Zaczynamy od Mather Point, idziemy do Yavapai Point oraz Geology Museum. Mała przerwa w El Tovar Hotel, a stamtąd mamy idealny widok na Bright Angel Trailhead, który w wieku XX był jeszcze własnością prywatną, gdzie trzeba było uiścić opłatę w celu skorzystania ze szlaku. Następnie Trailview Overlook ( widok na zygzakowaty Bright Angel Trailhead. Bierzemy autobus do Maswik Lodge, jemy
lunch (lettuce wrap) i wracamy do Visitor’s Center, gdzie miedzy 14-14.30
bylysmy umówione z C.
Wracamy do Phoenix. Cała podróż zajmuje około 4h. Docieramy do miasta i C. podrzuca nas do naszej cudownej hostki z CS, która przyjęła nas bardzo serdecznie i zapewniła nam wszystko, czego byśmy wtedy potrzebowały.
23 styczeń 2015
Cudem udało się
zdarzyć na autobus do centrum Phoenix, gdyż nasza hostka nie założyła, że autobus może przyjechać PRZED czasem i tym samym nasza jazda sportowym mustangiem na przystanek zamieniła się w prawdziwą przygodę. Ale zdążyłyśmy. Zgubiłyśmy buta, potem go znalazłyśmy, ale ostatecznie zdążyłyśmy!
Przesiadłyśmy się następnie na light train, który zabrał Annę pod samo lotnisko i musiałyśmy się pożegnać, gdyż wylatywała do Chicago z samego rana. Ja miałam za to ponad 12h do zagospodarowania jako, że miałam opuścić Arizonę na pokładzie samolotu linii JetBlue dopiero o 22.
Los mi dopomógł i zesłał mi przekochaną M. - Polkę urodzoną na Alasce, która skontaktowała się ze mną kilka miesięcy przed moim tripem do Arizony i zaproponowała spotkanie. M. odebrała mnie z Tempe i zafundowała mi najbardziej intensywny i jeden z najpiękniejszych dni jakie spędziłam podczas swojego travel month.
Pierwszą atrakcją był jej pomarańczowy wielki wóz (o prześmiewczych tablicach rejestracyjnych 'Tr4kt0R'), którym zabrała mnie na ranczo, skąd wybrałyśmy się na kilkugodzinną przejażdżkę konną po pustyni. Dowiedziałyśmy się co nieco o kaktusach, pogodzie w Arizonie i klanie rodzinnym właścicieli rancha. Troszkę zgłodniałyśmy po całej wycieczce i M. zabrała mnie do meksykańskiej restauracji, gdzie raczyłyśmy się prawdziwymi specjałami tejże kuchni. Potem było Old Town w Scottsdale (tak, tam gdzie był zorganizowany Superbowl :P), Camelback Mountains, a wisieńką na torcie było poznanie polskiej rodziny M. oraz kolacja z jej bratem, skąd wyruszyliśmy prosto na lotnisko, gdzie niestety musiałyśmy się pożegnać.
Nie wiem jak to opisać, ale mam wrażenie, że znamy się z M. od lat stu. Po prostu między nami zakliknęło i sposób w jaki zobaczyłam Arizonę dzięki niej zawsze pozostanie w moim sercu. Mam nadzieję, że choć trochę jej się odwdzięczę, gdy przyleci do Polski i pokażę nasz pikny Ślonsk <yes yes yes M. przylatuje!>
| horse-riding ! |
| a mówiąc o lunch'u ... |
| Scottsdale |
| marzy mi się mieć tyle nalepek na własnym samochodzie. Dla niewtajemniczonych: 26.2 to dystans na maraton :-) |
| Camelback Mountains |
Potem było malutkie lotnisko w Phoenix. I wylot do Bostonu, który przywitał mnie zawieją, śniegiem i ... wykładem na Harvardzkim prawie :-)
Wooooowwww!! Chce wiecej ! Usciski :*:*
OdpowiedzUsuńMam wrażenie, że w USA nawet drogi na pustyni i w tym podobnych miejscach są naprawdę w dobrym stanie :)
OdpowiedzUsuń