czwartek, 5 lutego 2015

Travel Month (2) - California: Los Angeles

Los Angeles 12 – 15 stycznia 2015

12 stycznia 2015
Wsiadając do autobusu w stronę LA byłyśmy pełne nadziei i entuzjazmu na czekające nas tam przygody. Jednak, zupełnie nie zdawałyśmy sobie sprawy jakie to wydarzenia przygotowało na nas Miasto Aniołów. 
W drodze do Los Angeles dostałyśmy wiadomość od naszego hosta z CS, że niestety musiał wyjechać i innymi słowy nie mamy zakwaterowania na kolejne 3 noce. Muszę przyznać, że taka sytuacja zdarzyła mi się po raz pierwszy (a byłam hostowana przynajmniej 25 razy) i za bardzo nie wiedziałam, co mamy zrobić. Nasz host zamieścił post, że jest to ‘emergency request’ i w przeciągu 2h udało nam się znaleźć nocleg na najbliższą noc. Uff, przynajmniej chwilowo problem rozwiązany.
Wylądowałyśmy na stacji Greyhound’a w okolicach 18-19 i nie było mowy o wzięciu lokalnego autobusu, bo okolica była tak nieciekawa, że nie było to zbyt mądre by w ogóle opuszczać teren dworca. Patrzymy w prawo: jakiś narkoman ze strzykawką w przedramieniu. Patrzymy w prawo: kilka prostytutek, bezdomnych oraz ludzi tak dziwnie wyglądających, że trudno zaklasyfikować mi ich do określonej grupy. Wtedy też zdecydowałyśmy, że damy szansę aplikacji Uber. Polega to na tym, że ściągamy sobie za darmo aplikację na telefon, która to wyszukuje najbliższe naszej lokacji pojazdy, które mogą nas przetransportować z punktu A do B, oszacowuje koszt podróży i kontaktuje się z kierowcą najbliższego samochodu. Jako, że korzystałyśmy z tego po raz pierwszy, to nic nie zapłaciłyśmy za przejazd, gdyż zamknął się on w $ 20.

Dotarłyśmy na miejsce (okolice Calvary City). Drzwi otwiera nam stereotypowy mieszkaniec LA w średnim wieku (czyt. 40-45latek w vansach, czapce naciągniętej na łysinie i rozciągniętej skejtowskiej koszulce), który wydawał się w porządku, ale było w nim coś strasznie dziwnego i wolałyśmy się z Anną trzymać od niego z daleka. Zwłaszcza, gdy powiedział, że w kuchni ma dużo wódki oraz tequili, a my wyglądamy na takie, co lubią shot. EEE, no chyba nie. Zamknęłyśmy się w naszym pokoju i aż do rana stamtąd nie wychodziłyśmy.

13 stycznia 2015
Pobudka po 6. Chciałyśmy jak najszybciej wyrwać się stamtąd! Zabrałyśmy swoje rzeczy, pożegnałyśmy się z hostem, któremu bardzo grzecznie podziękowałyśmy za uratowanie nam skóry dnia poprzedniego i wyruszyłyśmy przed siebie. Pierwszym przystankiem był Yum Yum Donuts (haha), gdzie zgarnęłyśmy po bajglu i ruszyłyśmy w stronę autobusu, który po prawie godzinnej i bardzo monotonnej jeździe (3 min jazdy, skrzyżowanie i czerwone; 2 min jazdy, skrzyżowanie i czerwone … i tak w kółko) dowiózł nas do Koreatown, gdzie zabukowałyśmy sobie airbnb na dwie kolejne noce ($55 za noc!). Jako, że chciałyśmy pozbyć się naszych toreb jeszcze przed check-in’em, dotarłyśmy pod podany nam adres i przekazałyśmy właścicielowi mieszkania nasze bagaże (okazał się bardzo sympatycznym Ruskiem – znowu Rusek wyratował nas z sytuacji kryzysowej!), które zostały dostarczone do naszego mieszkanka, a my zostałyśmy podwiezione pod samą stację metra, skąd pojechałyśmy w stronę Hollywood.

Udałyśmy się na Walk of Fame, znajdujący się na Hollywood Blvd. Nie ukrywam, że ilość nagabywaczy na wycieczki turystyczne, ćpunów, osób umysłowo chorych, czy po prostu na haju, całkowicie rozłożyła mnie na łopatki. Była godzina 10 rano, więc oprócz powyżej opisanej grupy ludzi, nie spotkałyśmy zbyt wiele turystów. Zrobiłyśmy kilka zdjęć pod Chinese Theatre (w TV wydawał się znacznie większy!) i postanowiłyśmy, że znajdziemy przystanek, z którego autobus DASH miał nas zabrać pod Hollywood sign.

Warto tutaj wspomnieć, że transport publiczny w LA to totalny bałagan, który wynika z tego, że system oparty jest na działalności wielu firm, niekoniecznie ze sobą współpracujących. Nie istnieje coś takiego jak rozkład jazdy, czy jednolity system biletów. Przystanki to jeden wielki chaos.
Nam po prawie 25min błądzenia w kółku, udało się znalaleźć odpowiedni przystanek i po kilku minutach byłyśmy na pokładzie DASH’a jadącego w kierunku Beachwood Canyon. No dobrze, cały czas nie wiedziałyśmy, gdzie dokładnie wysiąść … Ale tutaj z pomocą przyszedł ogromny zbieg okoliczności. Otóż, okazało się, że w autobusie jest zorganizowana grupka turystów z usahostels, do której się podłączyłyśmy i tym samym, nie tylko udało nam się dotrzeć pod Hollywood sign, ale również nawiązać kilka ciekawych znajomości.

Po powrocie do Hollywood, miałyśmy w planach przejechać się do Universal Studios, ale w związku z blokadą policyjną część Hollywood Blvd i tym samym stacje metra, zostały zupełnie wyłączone z ruchu. Tym samym postanowiłyśmy wrócić do Koreatown, gdzie czekało na nas nasze mieszkanko. Wydawało nam się, że złapałyśmy byka za rogi i że teraz już się wszystko ułoży. A tu psikus! Mieszkanko całkiem w porządku, ale nastawiłyśmy się, że w kuchni będzie piecyk i podstawowe wyposażenie. Nic bardziej mylnego. Lodówka, mikrofala, dwa noże i deska do krojenia. A w siatkach, które przytaszczyłyśmy ze sobą był makaron, sos pomidorowy i jajka. Na początku miałyśmy ogromną ochotę po prostu walnąć to wszystko w kąt i się rozpłakać. ALE. Ale nie byłyśmy same z Anną. Miałyśmy siebie nawzajem i postanowiłyśmy, że to wszystko obrócimy w żart. Co więcej, nauczyłyśmy się nawet jak zrobić jajecznicę w mikrofali! Jajecznica ta (z szynką i serem :D stanowiła podstawę naszej kolacji, którą skonsumowałyśmy raz-dwa i od razu poszłyśmy spać.

Taki to uroczy widok przywitał nas po wyjściu z metra na Hollywood Blvd.

Walk of Fame

TAKA DUMNA!


dochodzimy do Chinese Theatre

I'll be BACK!!! <i ten austriacki akcent :)>

Hollywood & Highland Mall (zaraz koło Chinese Theatre, super widok na Hollywood Sign)


a to już z Anną pod Hollywood Sign


huhu, może kiedyś!

Hollywood Blvd zablokowany. Metro wyłączone. Helikoptery nad nami.
Co się dzieje?!

nasza wyczesana w kosmos kuchnia ... 

i jajecznica z mikrofali - pozdro! :D

14 stycznia 2015
Venice Beach. Santa Monica.
Poranna przebieżka po plaży. Spacer po promenadzie. Pyszna cafe de lait oraz cała masa szalonych ludzi.
Bardzo udany dzień.

Godzina 9. Wychodzimy z naszego mieszkanka na naszą wypasioną palmami ulicę

Przystanek I: Venice Beach

Czas na małą przebieżkę po plaży - do zobaczenia!



A gdzie Pamela Anderson?!


Tak bardzo Cali ...






w drodze do Santa Monica

Santa Monica




15 stycznia 2015
Wyspane. Spakowane. Zadowolone. Opuściłyśmy mieszkanie przed 9 i udałyśmy się na przystanek, gdzie miałyśmy złapać bezpośredni autobus do Beverly Hills. Taaaak. Czy już wspominałam jak makabryczny jest transport publiczny w LA? Skończyło się na tym, że byłyśmy zmuszone wziąć 3 różne autobusy (trzech zupełnie odrębnych firm), co wydłużyło podróż, ale też pozwoliło nam zdać sobie sprawę, że mimo tego, iż nie posiadałyśmy wystarczających środków na karcie tap (działającej w autobusach METRO), to kierowcy mówili tylko ‘too low’, ale tym samym pozwalali nam zostać w autobusie… Innymi słowy, udało nam się przejechać za darmo na jakiś 5-6 trasach.
Beverly Hills. Nareszcie! Wypożyczyłyśmy rowery ($ 17 za 2h) i wyruszyłyśmy przed siebie. Sunset Blvd, Rodeo Drive, Beverly Hills sign.
Potem była długa (za dłuuuga) przeprawa autobusami, które się psuły, zmieniały trasę i jechały żółwim tempem, aż na stację Greyhound’a, gdzie z ulgą pożegnałyśmy LA i ruszyłyśmy do San Diego.

Reklama na jednym z autobosow <3

Beverly Hills!







Rodeo Drive

Rodeo Drive

Opuszczamy LA ...


W ramach podsumowań, LA ma kilka ciekawych miejsc do zobaczenia, ale wszystko jest niesamowicie od siebie oddalone. Spędziłyśmy w autobusach średnio 2-3h dziennie by cokolwiek zobaczyć, a i tak miałyśmy kupę szczęścia, że nie zajęło to dłużej. Autem na pewno byłoby prościej, ale kwestia ogromnych korków i problemów z parkingiem, to już inny temat. LA w pewien sposób mnie rozczarowało (Hollywood miało być większe, bardziej okazałe, a ludzie mniej pokręceni), ale z drugiej strony bardzo dobrze wspominam chwile nad oceanem, hike pod Hollywood sign oraz wycieczkę rowerową przez Beverly Hills. Na pewno warto odwiedzić LA, ale nie jest to TO, czego się spodziewałam. W końcu po to podróżujemy, tak? By skonfrontować naszą wiedzę/oczekiwania z rzeczywistością ;)

5 komentarzy:

  1. Być w takim miejscu to naprawdę musi być wspaniałe przeżycie :) Jeśli ktoś marzy o podróży do USA to powinien wpisać te miejsca na listę "do odwiedzenia" :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak się zastanawiam... Na pewno nie jesteśfanką wycieczek zorganizowanych czy typowo objazdowych, sama na takiej ostatni raz byłam w gimnazjum ale czy nie uważasz teraz, że byłoby korzystniej zobaczyć te miejsca korzystając z jakiejś jednodniowej opcji? Domyślam się się, że byłoby to bardziej ekonomiczne czasowo. Przede mną jeszcze wyjazd do Stanów ale zbieram informację, żeby jak najlepiej wykorzystać rok a Kalifornia jest oczywiście na mojej liście. Twoje posty nie tylko czyta się świetnie, są przy tym też bardzo przydatne. Nie komentuję Twojego bloga ale przeczytałam całego, pomogłaś mi nawet a raczej uspokoiłaś nerwy przed moim wyjazdem na summer au pair :D (mejlowałyśmy), mam to w pamięci i jestem Ci wdzięczna. Pozdrawiam!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz co... kto co lubi. Ja nie lubię wycieczek zorganizowanych, bo one są no ... zbyt powierzchowne. Może i nie uda się zobaczyc wszystkiego na własną rękę, ale to co się uda, to pamięta się na całe życie. Bo się doświadcza tego miejsca. Ma się miliard problemów, które też się pamięta i z których potem się człowiek śmieje (jeśli przeżyje... :>).

      Pewnie, ze pamiętam!!!! :-) Powodzenia Sylwia!

      Usuń
    2. Sama niedługo bede w LA, wiec Twój post jest dla mnie bardzo przydany! Bede tam na kilka dni ale kompletnie nie wiem do chce robic, nie ciagnie mnie az tak bardzo do miasta, ale wypadałoby odwiedzic jak juz tam bede :) gdybys Ty miała tylko 1 dzien w LA to z perspektywy czasu jakie atrakcje zdecydowałabys sie zobaczyc?

      Usuń
    3. Wiesz co ... a masz już coś zabukowane? Gdzie będziesz mieszkać?
      Wydaje mi się, że będzie OK jeśli zaczniesz od Chinese Theatre, Walk of Fame i Hollywood Sign. Stamtąd w miarę w porządku można dostać się do Beverly Hills :-)

      Usuń