Los Angeles 12 –
15 stycznia 2015
12 stycznia 2015
Wsiadając do
autobusu w stronę LA byłyśmy pełne nadziei i entuzjazmu na czekające nas tam
przygody. Jednak, zupełnie nie zdawałyśmy sobie sprawy jakie to wydarzenia
przygotowało na nas Miasto Aniołów.
W drodze do Los Angeles dostałyśmy
wiadomość od naszego hosta z CS, że niestety musiał wyjechać i innymi słowy nie mamy
zakwaterowania na kolejne 3 noce. Muszę przyznać, że taka sytuacja zdarzyła mi
się po raz pierwszy (a byłam hostowana przynajmniej 25 razy) i za bardzo nie
wiedziałam, co mamy zrobić. Nasz host zamieścił post, że jest to ‘emergency
request’ i w przeciągu 2h udało nam się znaleźć nocleg na najbliższą noc. Uff,
przynajmniej chwilowo problem rozwiązany.
Wylądowałyśmy na
stacji Greyhound’a w okolicach 18-19 i nie było mowy o wzięciu lokalnego
autobusu, bo okolica była tak nieciekawa, że nie było to zbyt mądre by w ogóle
opuszczać teren dworca. Patrzymy w prawo: jakiś narkoman ze strzykawką w przedramieniu. Patrzymy w prawo: kilka prostytutek, bezdomnych oraz ludzi tak dziwnie wyglądających, że trudno zaklasyfikować mi ich do określonej grupy. Wtedy też zdecydowałyśmy, że damy szansę aplikacji
Uber. Polega to na tym, że ściągamy sobie za darmo aplikację na telefon, która
to wyszukuje najbliższe naszej lokacji pojazdy, które mogą nas przetransportować z punktu A do B, oszacowuje
koszt podróży i kontaktuje się z kierowcą najbliższego samochodu. Jako, że korzystałyśmy
z tego po raz pierwszy, to nic nie zapłaciłyśmy za przejazd, gdyż zamknął się
on w $ 20.
Dotarłyśmy na
miejsce (okolice Calvary City). Drzwi otwiera nam stereotypowy mieszkaniec LA w
średnim wieku (czyt. 40-45latek w vansach, czapce naciągniętej na łysinie i rozciągniętej
skejtowskiej koszulce), który wydawał się w porządku, ale było w nim coś
strasznie dziwnego i wolałyśmy się z Anną trzymać od niego z daleka. Zwłaszcza, gdy powiedział, że w kuchni ma dużo wódki oraz tequili, a my wyglądamy na takie, co lubią shot. EEE, no chyba nie. Zamknęłyśmy się w naszym pokoju i aż do rana stamtąd nie wychodziłyśmy.
13 stycznia 2015
Pobudka po 6. Chciałyśmy jak najszybciej wyrwać się stamtąd! Zabrałyśmy swoje rzeczy, pożegnałyśmy się z hostem, któremu bardzo grzecznie
podziękowałyśmy za uratowanie nam skóry dnia poprzedniego i wyruszyłyśmy przed
siebie. Pierwszym przystankiem był Yum Yum Donuts (haha), gdzie zgarnęłyśmy po
bajglu i ruszyłyśmy w stronę autobusu, który po prawie godzinnej i bardzo
monotonnej jeździe (3 min jazdy, skrzyżowanie i czerwone; 2 min jazdy,
skrzyżowanie i czerwone … i tak w kółko) dowiózł nas do Koreatown, gdzie
zabukowałyśmy sobie airbnb na dwie kolejne noce ($55 za noc!). Jako, że chciałyśmy pozbyć się
naszych toreb jeszcze przed check-in’em, dotarłyśmy pod podany nam adres i
przekazałyśmy właścicielowi mieszkania nasze bagaże (okazał się bardzo
sympatycznym Ruskiem – znowu Rusek wyratował nas z sytuacji kryzysowej!), które
zostały dostarczone do naszego mieszkanka, a my zostałyśmy podwiezione pod samą
stację metra, skąd pojechałyśmy w stronę Hollywood.
Udałyśmy się na
Walk of Fame, znajdujący się na Hollywood Blvd. Nie ukrywam, że ilość nagabywaczy na
wycieczki turystyczne, ćpunów, osób umysłowo chorych, czy po prostu na haju,
całkowicie rozłożyła mnie na łopatki. Była godzina 10 rano, więc oprócz powyżej
opisanej grupy ludzi, nie spotkałyśmy zbyt wiele turystów. Zrobiłyśmy kilka
zdjęć pod Chinese Theatre (w TV wydawał się znacznie większy!) i
postanowiłyśmy, że znajdziemy przystanek, z którego autobus DASH miał nas
zabrać pod Hollywood sign.
Warto tutaj
wspomnieć, że transport publiczny w LA to totalny bałagan, który wynika z tego,
że system oparty jest na działalności wielu firm, niekoniecznie ze sobą
współpracujących. Nie istnieje coś takiego jak rozkład jazdy, czy jednolity
system biletów. Przystanki to jeden wielki chaos.
Nam po prawie
25min błądzenia w kółku, udało się znalaleźć odpowiedni przystanek i po kilku
minutach byłyśmy na pokładzie DASH’a jadącego w kierunku Beachwood Canyon. No
dobrze, cały czas nie wiedziałyśmy, gdzie dokładnie wysiąść … Ale tutaj z
pomocą przyszedł ogromny zbieg okoliczności. Otóż, okazało się, że w autobusie
jest zorganizowana grupka turystów z usahostels, do której się podłączyłyśmy i
tym samym, nie tylko udało nam się dotrzeć pod Hollywood sign, ale również nawiązać
kilka ciekawych znajomości.
Po powrocie do
Hollywood, miałyśmy w planach przejechać się do Universal Studios, ale w
związku z blokadą policyjną część Hollywood Blvd i tym samym stacje metra,
zostały zupełnie wyłączone z ruchu. Tym samym postanowiłyśmy wrócić do
Koreatown, gdzie czekało na nas nasze mieszkanko. Wydawało nam się, że
złapałyśmy byka za rogi i że teraz już się wszystko ułoży. A tu psikus!
Mieszkanko całkiem w porządku, ale nastawiłyśmy się, że w kuchni będzie piecyk
i podstawowe wyposażenie. Nic bardziej mylnego. Lodówka, mikrofala, dwa noże i
deska do krojenia. A w siatkach, które przytaszczyłyśmy ze sobą był makaron,
sos pomidorowy i jajka. Na początku miałyśmy ogromną ochotę po prostu walnąć to
wszystko w kąt i się rozpłakać. ALE. Ale nie byłyśmy same z Anną. Miałyśmy
siebie nawzajem i postanowiłyśmy, że to wszystko obrócimy w żart. Co więcej,
nauczyłyśmy się nawet jak zrobić jajecznicę w mikrofali! Jajecznica ta (z
szynką i serem :D stanowiła podstawę naszej kolacji, którą skonsumowałyśmy
raz-dwa i od razu poszłyśmy spać.
 |
| Taki to uroczy widok przywitał nas po wyjściu z metra na Hollywood Blvd. |
 |
| Walk of Fame |
 |
| TAKA DUMNA! |
 |
| dochodzimy do Chinese Theatre |
 |
| I'll be BACK!!! <i ten austriacki akcent :)> |
 |
| Hollywood & Highland Mall (zaraz koło Chinese Theatre, super widok na Hollywood Sign) |
 |
| a to już z Anną pod Hollywood Sign |
 |
| huhu, może kiedyś! |
 |
Hollywood Blvd zablokowany. Metro wyłączone. Helikoptery nad nami. Co się dzieje?! |
 |
| nasza wyczesana w kosmos kuchnia ... |
 |
| i jajecznica z mikrofali - pozdro! :D |
14 stycznia 2015
Venice Beach.
Santa Monica.
Poranna
przebieżka po plaży. Spacer po promenadzie. Pyszna cafe de lait oraz cała masa
szalonych ludzi.
Bardzo udany
dzień.
 |
| Godzina 9. Wychodzimy z naszego mieszkanka na naszą wypasioną palmami ulicę |
 |
| Przystanek I: Venice Beach |
 |
| Czas na małą przebieżkę po plaży - do zobaczenia! |
 |
| A gdzie Pamela Anderson?! |
 |
| Tak bardzo Cali ... |
 |
| w drodze do Santa Monica |
 |
| Santa Monica |
15 stycznia 2015
Wyspane.
Spakowane. Zadowolone. Opuściłyśmy mieszkanie przed 9 i udałyśmy się na
przystanek, gdzie miałyśmy złapać bezpośredni autobus do Beverly Hills. Taaaak.
Czy już wspominałam jak makabryczny jest transport publiczny w LA? Skończyło
się na tym, że byłyśmy zmuszone wziąć 3 różne autobusy (trzech zupełnie
odrębnych firm), co wydłużyło podróż, ale też pozwoliło nam zdać sobie sprawę,
że mimo tego, iż nie posiadałyśmy wystarczających środków na karcie tap
(działającej w autobusach METRO), to kierowcy mówili tylko ‘too low’, ale tym
samym pozwalali nam zostać w autobusie… Innymi słowy, udało nam się przejechać
za darmo na jakiś 5-6 trasach.
Beverly Hills.
Nareszcie! Wypożyczyłyśmy rowery ($ 17 za 2h) i wyruszyłyśmy przed siebie.
Sunset Blvd, Rodeo Drive, Beverly Hills sign.
Potem była długa
(za dłuuuga) przeprawa autobusami, które się psuły, zmieniały trasę i jechały
żółwim tempem, aż na stację Greyhound’a, gdzie z ulgą pożegnałyśmy LA i
ruszyłyśmy do San Diego.
 |
| Reklama na jednym z autobosow <3 |
 |
| Beverly Hills! |
 |
| Rodeo Drive |
 |
| Rodeo Drive |
 |
| Opuszczamy LA ... |
W ramach podsumowań, LA ma kilka ciekawych miejsc do zobaczenia, ale
wszystko jest niesamowicie od siebie oddalone. Spędziłyśmy w autobusach średnio
2-3h dziennie by cokolwiek zobaczyć, a i tak miałyśmy kupę szczęścia, że nie
zajęło to dłużej. Autem na pewno byłoby prościej, ale kwestia ogromnych korków
i problemów z parkingiem, to już inny temat. LA w pewien sposób mnie
rozczarowało (Hollywood miało być większe, bardziej okazałe, a ludzie mniej
pokręceni), ale z drugiej strony bardzo dobrze wspominam chwile nad oceanem,
hike pod Hollywood sign oraz wycieczkę rowerową przez Beverly Hills. Na pewno
warto odwiedzić LA, ale nie jest to TO, czego się spodziewałam. W końcu po to
podróżujemy, tak? By skonfrontować naszą wiedzę/oczekiwania z rzeczywistością ;)
Być w takim miejscu to naprawdę musi być wspaniałe przeżycie :) Jeśli ktoś marzy o podróży do USA to powinien wpisać te miejsca na listę "do odwiedzenia" :)
OdpowiedzUsuńTak się zastanawiam... Na pewno nie jesteśfanką wycieczek zorganizowanych czy typowo objazdowych, sama na takiej ostatni raz byłam w gimnazjum ale czy nie uważasz teraz, że byłoby korzystniej zobaczyć te miejsca korzystając z jakiejś jednodniowej opcji? Domyślam się się, że byłoby to bardziej ekonomiczne czasowo. Przede mną jeszcze wyjazd do Stanów ale zbieram informację, żeby jak najlepiej wykorzystać rok a Kalifornia jest oczywiście na mojej liście. Twoje posty nie tylko czyta się świetnie, są przy tym też bardzo przydatne. Nie komentuję Twojego bloga ale przeczytałam całego, pomogłaś mi nawet a raczej uspokoiłaś nerwy przed moim wyjazdem na summer au pair :D (mejlowałyśmy), mam to w pamięci i jestem Ci wdzięczna. Pozdrawiam!!!
OdpowiedzUsuńWiesz co... kto co lubi. Ja nie lubię wycieczek zorganizowanych, bo one są no ... zbyt powierzchowne. Może i nie uda się zobaczyc wszystkiego na własną rękę, ale to co się uda, to pamięta się na całe życie. Bo się doświadcza tego miejsca. Ma się miliard problemów, które też się pamięta i z których potem się człowiek śmieje (jeśli przeżyje... :>).
UsuńPewnie, ze pamiętam!!!! :-) Powodzenia Sylwia!
Sama niedługo bede w LA, wiec Twój post jest dla mnie bardzo przydany! Bede tam na kilka dni ale kompletnie nie wiem do chce robic, nie ciagnie mnie az tak bardzo do miasta, ale wypadałoby odwiedzic jak juz tam bede :) gdybys Ty miała tylko 1 dzien w LA to z perspektywy czasu jakie atrakcje zdecydowałabys sie zobaczyc?
UsuńWiesz co ... a masz już coś zabukowane? Gdzie będziesz mieszkać?
UsuńWydaje mi się, że będzie OK jeśli zaczniesz od Chinese Theatre, Walk of Fame i Hollywood Sign. Stamtąd w miarę w porządku można dostać się do Beverly Hills :-)