15 – 18 stycznia
2015 San Diego
15 stycznia 2015
Godzina 19.30.
Przybywamy do San Diego.
Od samego początku pozytywnie nas zaskoczyło.
Ku mojemu
ogromnego zdziwieniu widzę swojego znajomego (nazwijmy go ‘G’), na którego
wpadam zaraz po opuszczeniu autobusu i z którym byłyśmy umówione dopiero dnia
następnego. Okazało się, że udało mu się skończyć wcześniej pracę i był w
stanie po nas przyjechać na stację. Nie ukrywam, że strasznie mnie to
ucieszyło, bo mogliśmy spędzić trochę więcej czasu wszyscy razem, a po drugie –
G. zna San Diego jak własną kieszeń, co w znaczny sposób ułatwiło nam
zwiedzanie. Zaczęliśmy od zostawienia naszych bagaży w mieszkaniu naszego hosta z CS (nazwijmy go ‘CH’), który
wielkim zbiegiem okoliczności znał naszego G.! Następnie wyruszyliśmy z G. na miasto. Przeszliśmy się do bardzo fajnej meksykańskiej restauracji Puesto, gdzie z Anną
wypróbowałyśmy kilka różnych rodzajów taco (wspomniałam już jak dobre jest
meksykańskie jedzenie w Kalifornii? Naprawdę warto spróbować) oraz sałatek. Gdy
troszkę odpoczęliśmy, ruszyliśmy na długi spacer po Gaslamp oraz nabrzeżu, aby
zrobić gustowną pętlę i zakończyć pod stacją Santa Fe, gdzie było mieszkanie
CH. Pożegnaliśmy się z G. i umówiliśmy się na kolejny dzień.



16 stycznia 2015
Jako, że nasz
host jest całym sercem zaangażowany w couchsurfing, oprócz nas w mieszkaniu
było 2 innych couchsurferów oraz współlokator CH. Dodam, że mieszkanie było
jednym wielkim studiem, co oznaczało, że wszyscy dzieliliśmy tę samą
przestrzeń. Nie ukrywam, że początkowo było to naprawdę ciekawe przeżycie, ale
po jednym dniu nie ogarniałyśmy za bardzo, kto tam mieszka na stałe, a kto jest
tylko gościem/couchsurferem. Niemniej jednak, nasz CH był fenomenalnym hostem,
który mimo nawału obowiązków i pracy, jest w stanie ugościć u siebie
podróżnych.
Od samego rana
zwiedzałyśmy San Diego, które zaskoczyło nas w wielu aspektach. Nie
spodziewałyśmy się tak ogromnej liczby ludzi bezdomnych/chorych psychicznie,
którzy zbierali się w określonych miejscach (na parkingach, przy parkach) i
rozbijali swoje obozowiska. Po drugie, nie sądziłyśmy, że z taką łatwością uda
nam się zwiedzić pieszo Downtown San Diego i okolice. Z autobusu
skorzystałyśmy tylko w drodze do i z Balboa Park, od którego zaczęłyśmy
zwiedzanie miasta. O sorki ,jeszcze przed tym przebukowałyśmy bilet autobusu
greyhound’a – miałyśmy wyjechać do LV dnia następnego, ale pewne okoliczności
sprawiły, że postanowiłyśmy zostać o 2 dni dłużej. I warto było!
Wieczorem
spotkaliśmy się z G. i z jego znajomym by razem wybrać się do Little Italy, a
dokładniej do restauracji Mona Lisa, gdzie zjedliśmy rzekomo włoską pizzę (była
ok, już nie będę taka wybredna), a potem wyruszyliśmy do domu G. w La Jolla,
gdzie mieliśmy spędzić z Anną kolejną dwa dni.
 |
| cieplutko, fajniutko, a wokoło krajobraz pustynny |
 |
| Balboa Park |
 |
| haha, Anna wystraszyła mnie na śmierć:D |
 |
w Balboa Park znajduje się maleńka wioska, złożona z kamiennych domków,
które symbolizują dane państwo.
Mnie się udało znaleźć House of Poland :-) |
 |
| ... a Anna House of Italy |
 |
| wracamy na nabrzeże |
 |
| dzień ma się ku końcowi ... |
 |
| kolory podczas zachodu słońca nigdzie mnie tak nie urzekły jak w San Diego |
17 stycznia 2015
Pobudka skoro
świt. Zarzucam na siebie mój ulubiony strój biegowy, zakładam wygodne adidasy i
… w drogę! Obiecałam sobie, że wykorzystam każdą możliwą okazję by poznać
Kalifornię z perspektywy biegacza. Wybrałam się na godziną przebieżkę po
okolicy i dzięki Bogu się zgubiłam, co sprawiło, że znalazłam się w wręcz
idyllicznych miejscach, o których istnieniu nie miałabym pojęcia, gdybym nie
miała tak 'świetnego' rozeznania w terenie.
Po powrocie do
domu G. przygotował nam śniadanie (dzięki G., było pyszne :D), a potem zapakowaliśmy Bożonarodzeniową
choinkę na bagażnik jeepa (!) i wyruszyliśmy przed siebie. W 100% zaufaliśmy G.
w kwestii gdzie/co/jak i oh, nie zawiodłyśmy się! Tak więc, wykorzystując fakt,
że musieliśmy pozbyć się choinki w ‘punkcie utylizacyjnym’, który znajdował się
w malowniczym parku, górującym nad San Diego, zdecydowaliśmy się na bardzo
krótki spacer, pozwalający nam na zachłyśniecie się widokami.
Drugim punktem
był Mount Soledad, gdzie pozwoliliśmy sobie na chwilę zadumy oraz zupełnej
utraty kontaktu z rzeczywistością, co spowodowane było zabójczymi widokami na
La Jolla oraz San Diego. OK, widoczki piękne, ale wypadałoby zrobić coś w
kierunku realizacji naszego wielkiego marzenia – surfowania. W tym celu
udaliśmy się do Mission Beach, gdzie po krótkiej lekcji
instruktażowej wskoczyłyśmy na deski surfingowe i próbowałyśmy naszych sił w
tym osławionym sporcie. Czy udało nam się faktycznie wskoczyć na deskę i
okiełznać falę? Hm, zostawię to subiektywnej interpretacji :)
Po prawie dwóch
godzinach świetnej zabawy, incydencie z płaszczką oraz zupełnym zatraceniu się
w surfowaniu, trzeba było znaleźć jakieś miejsce na lunch. Dołączył do nas D. –
przyjaciel G. – i z nim wybraliśmy się na indiańskie jedzenie, które nie należy
do moich ulubionych, ale w rezultacie nie było takie złe ... hej, to zawsze to nowe
doświadczenie, prawda?
Stamtąd
zapakowaliśmy się w jeep’a i pojechaliśmy do Hotel del Coronado – miejsce
kultowe i dobrze znane, zwłaszcza miłośnikom filmów z Marilyn Monroe. Tam też
obejrzeliśmy zachód słońca, po którym udaliśmy się z powrotem do La Jolla.
 |
| Wyruszamy przed siebie - La Jolla |
 |
| Widok z Mt. Soledad |
 |
a to typowy kalifornijski chill :-)
A kto by się przejmował tym, gdzie dziewczyny siedzą ... albo, że ktoś rozmawia
przez telefon w czasie jazdy.
A tam! Witamy w Kalifornii |
 |
| a to już Coronado Beach |
 |
piękne uśmiechy przy pięknym zachodzie słońca,
w tle Coronado Hotel |
18 stycznia 2015
Po świetnie
spędzonym dniu, trudno było nam sobie wyobrazić by mogło być jeszcze
lepiej. Otóż G. okazał się fantastycznym hostem i jeszcze lepszym
przewodnikiem.
Najpierw była wycieczka na Black’s Beach, do której trzeba było się dostać,
skacząc jak wesoła kózka, po wysokich klifach. Drugim miejscem był Ellen
Browning Scripps Park, gdzie udało nam się zobaczyć urocze foki, które
wygrzewały się na słońcu oraz La Jolla Cove. Zanim skierowaliśmy się ku stacji
Greyhound’a, zahaczyliśmy jeszcze o Old Town w San Diego oraz Point Loma, gdzie
byliśmy świadkami migracji wielorybów, Stamtąd też wróciliśmy na chwilkę do
domu, spakowałyśmy się i trochę odpoczęłyśmy by o 20 móc usiąść w bardzo
niekomfortowych warunkach między szybą, a grubym Meksykaninem, w drodze do Las
Vegas z przesiadką w LA.
 |
| Black's Beacb |
 |
| La Jolla Park |
 |
| San Diego Old Town |
 |
| Point Loma |
 |
| Imponujące San Diego |
CDN.
Ale piękne widoki ! I te kolory o zachodzie słońca ! :) A uchatki kalifornijskie mnie urzekły ! To chyba mój ulubiony gatunek ! :)
OdpowiedzUsuńOjej jak pięknie! Mam match 45minut od San Diego, 2 mile od oceanu więc lokalizacja marzenie ale czekam na skajpa, do podziału między matką jest 4 dzieci w wieku 7 5 3 i 1 :o. Z tego co czytam wszyscy którzy odwiedzili San Diego są zachwyceni.
OdpowiedzUsuńMam też match z Hamptons i nawet z nimi rozmawiałam raz. Masz jakąś opinię o tej lokalizacji?
San Diego jest moim ulubionym miejscem w Kalifornii. Jeśli odpowiada Ci taki układ z rodzinką, to lokalizacja będzie wisienką na torcie :-)
UsuńA jeśli chodzi o The Hamptons, to będzie jakieś 100 mil od Nowego Jorku. Z tego, co mi wiadomo, The Hamptons to raj dla bogaczy - cudowne posiadłości, widoczki i w ogóle cud miód. Ale jest o niebo drożej niż w San Diego. Osobiście brałabym tę z San Diego, ale to tylko moja subiektywna opinia :-)
Zdjęcia jak zwykle świetne, ale najfajniejsze są te pierwsze nocne :)
OdpowiedzUsuńZdjęcia jak najbardziej na plus, podoba mi się każde, a co do Californii to ja nie mam pytań, cudo <3
OdpowiedzUsuń