czwartek, 12 lutego 2015

Travel month (3) - California: San Diego & La Jolla

15 – 18 stycznia 2015 San Diego

15 stycznia 2015
Godzina 19.30. Przybywamy do San Diego.
Od samego początku pozytywnie nas zaskoczyło.

Ku mojemu ogromnego zdziwieniu widzę swojego znajomego (nazwijmy go ‘G’), na którego wpadam zaraz po opuszczeniu autobusu i z którym byłyśmy umówione dopiero dnia następnego. Okazało się, że udało mu się skończyć wcześniej pracę i był w stanie po nas przyjechać na stację. Nie ukrywam, że strasznie mnie to ucieszyło, bo mogliśmy spędzić trochę więcej czasu wszyscy razem, a po drugie – G. zna San Diego jak własną kieszeń, co w znaczny sposób ułatwiło nam zwiedzanie. Zaczęliśmy od zostawienia naszych bagaży w mieszkaniu naszego hosta z CS (nazwijmy go ‘CH’), który wielkim zbiegiem okoliczności znał naszego G.! Następnie wyruszyliśmy z G. na miasto. Przeszliśmy się do bardzo fajnej meksykańskiej restauracji Puesto, gdzie z Anną wypróbowałyśmy kilka różnych rodzajów taco (wspomniałam już jak dobre jest meksykańskie jedzenie w Kalifornii? Naprawdę warto spróbować) oraz sałatek. Gdy troszkę odpoczęliśmy, ruszyliśmy na długi spacer po Gaslamp oraz  nabrzeżu, aby zrobić gustowną pętlę i zakończyć pod stacją Santa Fe, gdzie było mieszkanie CH. Pożegnaliśmy się z G. i umówiliśmy się na kolejny dzień.




16 stycznia 2015
Jako, że nasz host jest całym sercem zaangażowany w couchsurfing, oprócz nas w mieszkaniu było 2 innych couchsurferów oraz współlokator CH. Dodam, że mieszkanie było jednym wielkim studiem, co oznaczało, że wszyscy dzieliliśmy tę samą przestrzeń. Nie ukrywam, że początkowo było to naprawdę ciekawe przeżycie, ale po jednym dniu nie ogarniałyśmy za bardzo, kto tam mieszka na stałe, a kto jest tylko gościem/couchsurferem. Niemniej jednak, nasz CH był fenomenalnym hostem, który mimo nawału obowiązków i pracy, jest w stanie ugościć u siebie podróżnych.

Od samego rana zwiedzałyśmy San Diego, które zaskoczyło nas w wielu aspektach. Nie spodziewałyśmy się tak ogromnej liczby ludzi bezdomnych/chorych psychicznie, którzy zbierali się w określonych miejscach (na parkingach, przy parkach) i rozbijali swoje obozowiska. Po drugie, nie sądziłyśmy, że z taką łatwością uda nam się zwiedzić pieszo Downtown San Diego i okolice. Z autobusu skorzystałyśmy tylko w drodze do i z Balboa Park, od którego zaczęłyśmy zwiedzanie miasta. O sorki ,jeszcze przed tym przebukowałyśmy bilet autobusu greyhound’a – miałyśmy wyjechać do LV dnia następnego, ale pewne okoliczności sprawiły, że postanowiłyśmy zostać o 2 dni dłużej. I warto było! 

Wieczorem spotkaliśmy się z G. i z jego znajomym by razem wybrać się do Little Italy, a dokładniej do restauracji Mona Lisa, gdzie zjedliśmy rzekomo włoską pizzę (była ok, już nie będę taka wybredna), a potem wyruszyliśmy do domu G. w La Jolla, gdzie mieliśmy spędzić z Anną kolejną dwa dni.

cieplutko, fajniutko, a wokoło krajobraz pustynny

Balboa Park





haha, Anna wystraszyła mnie na śmierć:D

w Balboa Park znajduje się maleńka wioska, złożona z kamiennych domków,
które symbolizują dane państwo.
Mnie się udało znaleźć House of Poland :-)

... a Anna House of Italy

wracamy na nabrzeże



dzień ma się ku końcowi ...


kolory podczas zachodu słońca nigdzie mnie tak nie urzekły jak w San Diego




17 stycznia 2015
Pobudka skoro świt. Zarzucam na siebie mój ulubiony strój biegowy, zakładam wygodne adidasy i … w drogę! Obiecałam sobie, że wykorzystam każdą możliwą okazję by poznać Kalifornię z perspektywy biegacza. Wybrałam się na godziną przebieżkę po okolicy i dzięki Bogu się zgubiłam, co sprawiło, że znalazłam się w wręcz idyllicznych miejscach, o których istnieniu nie miałabym pojęcia, gdybym nie miała tak 'świetnego' rozeznania w terenie.

Po powrocie do domu G. przygotował nam śniadanie (dzięki G., było pyszne :D), a potem zapakowaliśmy Bożonarodzeniową choinkę na bagażnik jeepa (!) i wyruszyliśmy przed siebie. W 100% zaufaliśmy G. w kwestii gdzie/co/jak i oh, nie zawiodłyśmy się! Tak więc, wykorzystując fakt, że musieliśmy pozbyć się choinki w ‘punkcie utylizacyjnym’, który znajdował się w malowniczym parku, górującym nad San Diego, zdecydowaliśmy się na bardzo krótki spacer, pozwalający nam na zachłyśniecie się widokami.

Drugim punktem był Mount Soledad, gdzie pozwoliliśmy sobie na chwilę zadumy oraz zupełnej utraty kontaktu z rzeczywistością, co spowodowane było zabójczymi widokami na La Jolla oraz San Diego. OK, widoczki piękne, ale wypadałoby zrobić coś w kierunku realizacji naszego wielkiego marzenia – surfowania. W tym celu udaliśmy się do Mission Beach, gdzie po krótkiej lekcji instruktażowej wskoczyłyśmy na deski surfingowe i próbowałyśmy naszych sił w tym osławionym sporcie. Czy udało nam się faktycznie wskoczyć na deskę i okiełznać falę? Hm, zostawię to subiektywnej interpretacji :)

Po prawie dwóch godzinach świetnej zabawy, incydencie z płaszczką oraz zupełnym zatraceniu się w surfowaniu, trzeba było znaleźć jakieś miejsce na lunch. Dołączył do nas D. – przyjaciel G. – i z nim wybraliśmy się na indiańskie jedzenie, które nie należy do moich ulubionych, ale w rezultacie nie było takie złe ... hej, to zawsze to nowe doświadczenie, prawda?

Stamtąd zapakowaliśmy się w jeep’a i pojechaliśmy do Hotel del Coronado – miejsce kultowe i dobrze znane, zwłaszcza miłośnikom filmów z Marilyn Monroe. Tam też obejrzeliśmy zachód słońca, po którym udaliśmy się z powrotem do La Jolla.


Wyruszamy przed siebie - La Jolla

Widok z Mt. Soledad






a to typowy kalifornijski chill :-)
A kto by się przejmował tym, gdzie dziewczyny siedzą ... albo, że ktoś rozmawia
przez telefon w czasie jazdy.
A tam! Witamy w Kalifornii

a to już Coronado Beach




piękne uśmiechy przy pięknym zachodzie słońca,
w tle Coronado Hotel



18 stycznia 2015

Po świetnie spędzonym dniu, trudno było nam sobie wyobrazić by mogło być jeszcze lepiej. Otóż G. okazał się fantastycznym hostem i jeszcze lepszym przewodnikiem.

Najpierw była wycieczka na Black’s Beach, do której trzeba było się dostać, skacząc jak wesoła kózka, po wysokich klifach. Drugim miejscem był Ellen Browning Scripps Park, gdzie udało nam się zobaczyć urocze foki, które wygrzewały się na słońcu oraz La Jolla Cove. Zanim skierowaliśmy się ku stacji Greyhound’a, zahaczyliśmy jeszcze o Old Town w San Diego oraz Point Loma, gdzie byliśmy świadkami migracji wielorybów, Stamtąd też wróciliśmy na chwilkę do domu, spakowałyśmy się i trochę odpoczęłyśmy by o 20 móc usiąść w bardzo niekomfortowych warunkach między szybą, a grubym Meksykaninem, w drodze do Las Vegas z przesiadką w LA.







Black's Beacb

La Jolla Park









San Diego Old Town

San Diego Old Town

San Diego Old Town


Point Loma

Imponujące San Diego




CDN.

5 komentarzy:

  1. Ale piękne widoki ! I te kolory o zachodzie słońca ! :) A uchatki kalifornijskie mnie urzekły ! To chyba mój ulubiony gatunek ! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ojej jak pięknie! Mam match 45minut od San Diego, 2 mile od oceanu więc lokalizacja marzenie ale czekam na skajpa, do podziału między matką jest 4 dzieci w wieku 7 5 3 i 1 :o. Z tego co czytam wszyscy którzy odwiedzili San Diego są zachwyceni.
    Mam też match z Hamptons i nawet z nimi rozmawiałam raz. Masz jakąś opinię o tej lokalizacji?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. San Diego jest moim ulubionym miejscem w Kalifornii. Jeśli odpowiada Ci taki układ z rodzinką, to lokalizacja będzie wisienką na torcie :-)
      A jeśli chodzi o The Hamptons, to będzie jakieś 100 mil od Nowego Jorku. Z tego, co mi wiadomo, The Hamptons to raj dla bogaczy - cudowne posiadłości, widoczki i w ogóle cud miód. Ale jest o niebo drożej niż w San Diego. Osobiście brałabym tę z San Diego, ale to tylko moja subiektywna opinia :-)

      Usuń
  3. Zdjęcia jak zwykle świetne, ale najfajniejsze są te pierwsze nocne :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Zdjęcia jak najbardziej na plus, podoba mi się każde, a co do Californii to ja nie mam pytań, cudo <3

    OdpowiedzUsuń