wtorek, 28 stycznia 2014

Cold water poured on me

Właśnie odwiozłam młodego na dodatkowe zajęcia i tym samym mam całą godzinę dla siebie w Starbucksie, więc postanowiłam, ze to jakoś pożytycznie wykorzystam, więc piszę! :D

Uwaga, zaczniemy dość poważnym wprowadzeniem :)

Żeby nie było zbyt kolorowo i różowo, życie wymyśliło ('samo się') coś tak jakiego jak problemy.
Problemy bywają różne, jedne mniejsze - drugi większe. Dlatego też zatytułowałam ten post w taki, a nie inny sposób - miejmy tylko nadzieję, że ten kubeł zimnej wody nie przybierze formy ciała stałego i spotkanie z tą wodą/lodem nie będzie zbyt bolesne :>

Bez względu na to jak próbujemy zdefiniować problem, pewne jest, że dzięki nim czujemy, że wciąż jesteśmy żywi. Wydaje się, że każdego dnia borykamy się z różnymi sprawami, mając cichą nadzieję, że 'potem będzie spokój', a tu psińco! Czasami dajemy złapać się w pułapkę, że jesteśmy rozczarowani (sobą, życiem?), bo cały czas życie stawia nam kłody pod nogi.
Nic bardziej mylnego.
Jeżeli skupimy się na tym jak bardzo jesteśmy pokrzywdzeni przez los ('victim syndrome'), to nic, ale to nic nie skorzystamy z tychże problemów.

Do czego dążę? Już tłumaczę.

Program au pair ma wiele zalet, o których możemy przeczytać w kolorowych broszurkach, zachęcających nas do wyjazdu ... Możliwość pobytu za granicą, podróże, bardzo konkretna wypłata i warunki bytowe ... Gdzie jest więc haczyk?
Ah tak, au pair to praca na pełen etat! Nie chodzi tylko o to, że każdego dnia trzeba wstać, zrobić to i siamto, co uważane jest za 'obowiązek'.
Chodzi również o to, że au pair mimo swojego doświadczenia, musi zmierzyć się z sytuacjami, które mogą naprawdę przerosnąć człowieka.

Na samym początku operkowe problemy sprowadzają się do dziwnego uczucia, gdy korzysta się z nieswojej lodówki przy rodzince, czy paniki, gdy w domu wysiądzie jakieś urządzenie z jej/jego winy. Są to małe problemiki, ale jakby nie patrzeć są one naturalną częścią procesu, gdy stajemy się częścią host rodzinki. To są problemiki techniczne.
Są również tak zwane 'problemy dzieciakowe'.

Niektórzy nazywają to słabym dniem ... niektórzy po prostu poniedziałkiem, bo zakładają, że każdy tydzień musi się źle zacząć, by było lepiej. OK, nie uważam, że każdy poniedziałek jest zły (wręcz przeciwnie), ale jestem przekonana, że wczorajsza ilość problemów, które skumulowały się w dniu wczorajszym - spokojnie wystarczy na cały tydzień.
Zaczęło się od tego, że jadąc z dzieciakami ze szkoły próbowałam wyjechać na główną drogę i widząc, że kierowca wielkiego chrysler'a włączył kierunkowskaz, założyłam, że skręci właśnie w przecznicę, z której wyjeżdżałam. No to ruszyłam ... i co? Facet przejechał tę przecznicę, zatrzymał się gwałtownie i zaczął trąbić jak szalony.
Jednak, to nie było moim największym zmartwieniem.
Byłam w tak ciężkim szoku, że koleś w ogóle nie zastosował się do zasad, że wyrwało mi się magiczne słowo na 'F' i byłam tym bardziej przejęta niż tym, że właśnie udało mi się uniknać stłuczki.

Potem było już tylko ciekawiej :P
Po powrocie do domu nie było żadnego z rodziców i wraz z dziewczynką robiłyśmy pracę domową i poprosiłyśmy chłopca o pomoc. Wszystko było super, ale w pewnym momencie sytuacja się odwróciła i zaczęli się tak żreć, że przez kolejne 2h był płacz, zgrzytanie zębów i próba pokazania, kto jest tutaj szefem. Z dziewczynką nie mam problemów jeśli chodzi o to kto jest 'in charge', ale za to ile jadki było z chłopcem.
Głowa mnie tak rozbolała, bo to o co się kłócili i jakie rzeczy robili wobec siebie było według mnie totalnie nielogicznie i powiem szczerze - poradzenie sobie z tą sytuacją było jednym z największych dotychczasowych wyzwań.
Musiałam się wyciszyć po tym wszystkim i po powrocie HM do domu, zapakowałam się do auta i pojechałam na spotkanie 'podróżnicze' przy decaf latte i ufff, bardzo dobrze mi to zrobiło :-)

Bottom line is, pojawiły się pierwsze poważniejsze problemy. Czy jestem z tego powodu niezadowolona?
Nie, wręcz przeciwnie.
Przyznam szczerze, że miałam wczoraj naprawdę dość, ale z drugiej strony (o ironio) - ucieszyłam się z tego problemu, bo dzieci zaczęły ujawniać swoje cechy i schematy zachowań, co pozwoli mi w niedalekiej przyszłości opracować dość efektywną strategię jak okiełznać te ich 'fights'.

HD wrócił dzisiaj do domu z trasy i usiedliśmy w kuchni, gdy zaczął przyrządzać danie z 'Polish kiełbasa' i podczas tej pasjonującej czynności, przyznał, że jedna z au pairek już po 3 tygodniach chciała odpuścić, bo miała tak dość tych ich kłótni. W konsekwencji poradzili sobie z sytuacją i została na cały rok.

Czy jestem przerażona perspektywą czekających na mnie kolejnych problemów?
Poniekąd tak, ale cieszę się, że te problemy są, bo naprawdę nie pozwala mi się to nudzić. Takaż to ambiwalencja odczuć.
Czuję, że żyję i że bardzo dużo się dzięki tym dzieciakom nauczę. Nie tylko o nich, o podejściu do dzieci, ale również o tym na ile mnie stać.

Innymi słowy, piszę tego posta by w pewien sposób się wyżalić (ojezu jakaż to ja biedna :D), bo jednak gdzieś tam robi się człowiekowi przykro, gdy pojawiają się takie sytuacje, ale z drugiej strony publikuję to również po to, by uzmysłowić przyszłe au pairki, że nawet jeżeli 3-4 dzieci w potencjalnej host rodzince super prezentuje się na skypie - proszę przemyślcie tę sprawę dwa razy.
Nie podważam tego, że rodzinka może być świetna - zastanówcie się po prostu, czy zdołacie udźwignąć odpowiedzialność i obowiązki, które wiążą się z tak liczną gromadką dzieciaczków :-)
Znam przypadki, gdzie dziewczyny mają po jednym smyku i nie dają rady, a w rodzince z 4 dzieci - radzą sobie super. Jednak, moja bliska sąsiadka (au pair z Włoch) ma 4 dzieci i jest tak wykończona, że wolne dni przesypia i w rezultacie widziałyśmy się może 2 razy w przeciągu tych kilku tygodni.

Trzymajcie więc za mnie kciuki, bo zaczyna być troszkę pod górkę.
Ale z tego, co mi wiadomo, to do sukcesu nie ma żadnej windy - tylko schody, na które trzeba się uczciwie wspiąć kroczek po kroczku.

Na rozluźnienie atmosfery kilka zdjęć :>

z Paris - moim trzeciem dzieciątkiem

haha, a to mój wczorajszy zakup :D
Za całe $15 udało mi się kupić przyrząd do ćwiczeń z DVD,
przykładowym menu i masą kuponów na produkty fit
oraz z kalendarzem ćwiczeń.
Pełen czad :D

No i dzisiaj musiałam odreagować wczorajszą sytuację ...
3.5 mili - i mózg znów pracuje.


niedziela, 26 stycznia 2014

New York trip

Zaczynając pisać tego posta, siedzę samotnie w kuchni, a dokładniej na podwyższonym krześle przy środkowym blacie z białego marmuru, gdy na zewnątrz zawierucha śnieżna, a ja całą sobą celebruję swój 'lazy day' bez host rodzinki :-) Tak, wreszcie - od prawie 3 tygodni nie zaznałam ani chwili świętego spokoju, bo raz - szkolenie na Long Island, dwa - przybycie do nowego domu i związane z tym przygody. Dlatego też, nadrabiam wszelkie blogowe zaległości i po prostu piszę, a jedynym dźwiękiem dochodzącym do moich uszu jest odgłos stukanych klawiszy oraz wiatr za oknem.

No dobrze, przejdźmy do sedna.

Gdy powoli zbliżał się weekend w pierwszym tygodniu mojego pobytu w Chatham, okazało się, że jest to długi weekend dla Amerykanów ze względu na święto M.L.King'a, które dzieci miały spędzić w górach. Co to oznaczało? Pełne dwa dni wolnego oraz połowę poniedziałku. Nie zastanawiałam się więc długo, napisałam do Domi 'jedziemy do NYC' i zaczęłam szukać nam hosta na CS. 
Najpierw napisałam do koleżanki, którą poznałam podczas wyprawy do Irlandii, a która jest sobie aktorką-dziennikarką w Nowym Jorku. Niestety, okazało się, że jest chora i tym samym spotkamy się kiedy indziej. 
OK, nic nie dzieje się bez przyczyny, więc zaczęłam wysyłać requesty na CS. Wysłałam może z 3, a tu jedna z moich 'faworytek' odpisała, że nie ma sprawy i że zaprasza na Brooklyn.
Uuuu, Brooklyn. Wtedy jeszcze wyobrażałam sobie Brooklyn jako ciemną krainę (mam nadzieję, że moja poprawność polityczna nie została zachwiana przez tę metaforę) poza Manhattanem, gdzie zamieszkiwał Dan Humphrey i tyle. O matko jedyna, ale się myliłam.

Moja przygoda rozpoczęła się już w piątek w okolicach 15, gdy spakowałam manatki do plecaka, przywdziałam zimową kurtkę, ciepłe buty i ... w drogę! Doszłam na dworzec w jakieś 10 minut i o 15.13 jechałam już w stronę NYC. Na początku zafundowałam sobie trochę stresu, bo na bilecie było napisane 'insert here' i nie mogłam znaleźć żadnego kasownika. Okazało się, że konduktor sprawdzając bilet, zabiera go i w zamian na siedzenie wkłada jakiś kwitek i tyle. 
Podróż zajęła może z niecałą godzinę i ... witamy w Nowym Jorku :-) Przywitało mnie słońce i o wiele chłodniejsze powietrze niż te, z którym pożegnałam się w Chatham. Umówiłam się z Laurą (hostką z CS), że sama dojadę na Brooklyn (jak szaleć, to szaleć) w okolicach 18, więc miałam sporo czasu na samotną tułaczkę po mieście.
Z Penn Station ruszyłam w stronę Empire State Bd, gdzie nie było żadnej kolejki, ale mi w zupełności wystarczyło rzucić okiem na hol w stylu art déco, zrobienie dwóch zdjęć i obiecanie sobie, że wrócę tam dopiero wtedy, gdy będę mogła z czystym sumieniem spojrzeć na Nowy Jork z satysfakcją, że patrzę na 'swoje', a nie obce mi miasto :-)
Po wyjściu z jednego z najwyższych, a zarazem najbardziej stabilnych budynków świata (maksymalnie odchyla się o 0.5cm przy najsilniejszym wietrze) wyszłam na 5th Ave, która doprowadziła mnie do Madison Square, gdzie 'podziwiałam' bardzo oryginalną twórczość, gdyż kilka drzew zostało specjalnie powyginanych, a na gałęzie położona ogromne białe głazy. Stamtąd już krok dzielił mnie od znanego wszystkim 'trójkątnego' budynku, którego oficjalna nazwa to Flatiron Building, będącego 22-kondygnacyjnym wieżowcem w stylu włoskiego renesansu. 
W konsekwencji doszłam do Union Square, gdzie spotykały się chyba kultury z każdej strony świata i skąd miałam metro linii L na Brooklyn. Sam zakup biletu zajął mi prawie 15 min, bo raz: nie przyjmowało mi niektórych banknotów albo moment, dwa: przy swoich 3 podejściach do automatu, musiałam za każdym razem cofać się na koniec kolejki, która magicznym sposobem się wydłużała.
OK, szczerze powiedziawszy, to mimo 26 linii metra (haha, pozdro Warszawa!) bardzo trudno jest się zgubić. Bardzo dobrze mi szło i byłam już o krok od sukcesu, ale ... 
O cholera, jadę w drugą stronę - pomyślałam, gdy mijałam Nassau Ave, gdy powinnam widzieć napis Broadway. Na usprawiedliwienie się dodam, że w momencie przesiadki nie wiedziałam, czy mam jechać w stronę Queens, czy Church Ave i spytałam się jakieś kobiety o drogę i tak to się skończyło :P
Wysiadłam na Greenpoint i myślałam, że oszalałam albo nabawiłam się jakiś dolegliwości o podłożu psychicznym z tego stresu, bo moim oczom ukazały się polskie banery, sklepy, a mijający mnie ludzie mówili praktycznie wyłącznie po polsku. Dopiero po chwili zebrałam szczękę z podłogi i zdałam sobie sprawę, że najcenniejsze rzeczy znajdujemy wtedy, gdy porządnie zgubimy :-)

Kończąc wątek - w końcu dotarłam na Brooklyn z malutkim 30 min spóźnieniem. 
Moja hostka okazała się mega sympatyczną dziewczyną, która doskonale była przygotowana na odwiedziny couchsurferów. Gdy wspomniałam o widoku na Manhattan z ESB i że nie wiem czy istnieje w miarę tania alternatywa, to Laura założyła kurtkę i powiedziała, żebym z nią poszła. OK, to idę. 
Wyszłyśmy na dachu naszej kamienicy.
Jezu. To mi się nie śni. 
Moim oczom ukazała się panorama Nowego Jorku z pięknie oświetlonym budynkiem Chryslera oraz ESB, gdy na niebie przelatywało tyle samolotów, że można byłoby pozwolić sobie na stwierdzenie, że ilością dorównywało małej konstelacji gwiazd na wieczornym niebie. 
Coś pięknego.
Koniec dnia 1.

Magiczny kwitek w pociągu.

hello NYC

Empire State Bd

TAXI!

specjalnie dla mojej S, powodzenia z pracą lic! :D

mimo zimna było bardzo dużo spacerowiczów i biegaczy

sztuka?

Flatiron Building

Każdy może kupić sobie używany bus szkolny,
a potem sprzedawać ... organiczne warzywa i owoce na Union Square :D

no to w drogę!

jedna z najlepszych hostek jakie kiedykolwiek dane było mi poznać!

a to był mój widoczek, gdy kładłam się spać,
a przed oczami miałam Brooklyn i NYC

jakość średnia, bo było już strasznie ciemno i musiałam
rozświetlić zdj :)
Eh, chill out!

Dzień 2.
Z samego rana wyruszyłyśmy metrem na Brooklyn Bridge, gdzie dopadła nas prawdziwa burza śnieżno-deszczowa, więc po przejściu się 'promenadą' byłyśmy z Laurą całkowicie przemarznięte i mokre, więc skierowałyśmy się do ... Starbucksa :D Oczywiście, był masakrycznie przepełniony. Mądra aplikacja google podpowiedziała nam by skręcić w prawo-lewo-prawo i już byłyśmy w kolejnym Starbucksie, który był zupełnie pusty. 
Wygrzałyśmy się trochę, pogadałyśmy i gdy pogoda się polepszyła, to ruszyłyśmy na Wall Street, a potem na darmowy ferry na Staten Island. Polecam gorąco, bo widoczki są przepiękne i mimo średniej pogody, wrażenia były niezapomniane :-). 
W związku z tym, że umówiłam się z Domi na Grand Central w okolicach 13-14, miałyśmy sporo czasu z Laurą by coś zjeść i zdecydowałyśmy się na ... włoską pizzę :-) Może nie była tak dobra jak ta w Bolonii, ale też da się przeżyć. 
Po przyjeździe Domi zdecydowałyśmy się na spacer do Central Parku, gdyż pogoda dopisywała, a my byłyśmy 'spragnione' Nowego Jorku. Totalnym przypadkiem trafiłyśmy pod The New York Palace, który znany jest nam wszystkim (spora dawka ironii :D) z super dojrzałego serialu Gossip Girl :D 
To śmieszne uczucie, gdy przechadzasz się po ulicach Nowego Jorku i myślisz sobie O znam to miejsce. O to też! I to również! Tylko skąd ja to znam? A no tak. Seriale, filmy i inne telewizyjne bzdurki ...
Zahaczyłyśmy również o ogromny sklep z zabawkami oraz sklep Apple'a, a po przejściu się CP dotarłyśmy do MMOA, którego schody znane są znacznej części czytelniczek z GG :D
Po zrobieniu kilku pamiątkowych zdjęć, doszłyśmy do wniosku, że jesteśmy zmęczone i czas trochę odpocząć. Pojechałyśmy z powrotem na Brooklyn, gdzie poszłyśmy do Junior's, który idealnie wpasowywał się w obrazek 'American diner'. Zamówiłyśmy po kawałku (!) ciasta, a gdy kelner przyniósł zamówienie, to najpierw zaniemówiłam, a potem wybuchnęłam niekontrolowanym śmiechem. 
Zamówiłam sernik przekładaniec, a na talerzu dostałam przynajmniej dwie porcje tegoż ciasta. Ale największym szokiem było ciasta Domi, która dostała je w misce (!), bo było tak ogromne, że by się przewróciło na talerzyku :D Biedaczka nie zjadła nawet 1/3, bo naprawdę - w życiu nie widziałam tak monstrualnego kawałka ciasta, którym najadłaby się cała polska rodzina po niedzielnym obiedzie haha.

Wieczorem zapakowałyśmy się do samochodu i Laura pokazała nam Brooklyn z troszeczkę innej perspektywy. Mieszkałyśmy w bardzo bezpiecznej dzielnicy, ale wystarczyło przejechać 5 min by zobaczyć dzielnicę pełną Żydów wraz z ich śmiesznymi czapeczkami, szpitalami i szkoła, opatrzonymi napisami w ich własnym języku. Po kolejnych 3 minutach trafiamy do dzielnicy pełnej młodzieży, barów i super modnych sklepów. Kolejne 5 min, znowu Żydzi. Po 10 minutach - wszędzie czarno, znowu Żydzi i tak w kółko.
Bardzo ciekawe doświadczenie i powiem szczerze, że bardzo mnie to zdziwiło. 
Nic nie uczy tak jak samo życie :-)

deszczowy NYC

opustoszała promenada...

fenomenalny widok

Starbucks musi być!

Wolves from Wall Street :D

widok z promu

drugie zdjęcie specjalnie dla S!
Hahaha, nie było ani Sereny w środku :P

... i żaden Dan nie czekał :(

udało mi się to zdj, huh? :D

odwołując się na masową TV,
toż to hotel z Kevina!

piesełę z Central Parku

MMOA;
z Laurą.

Junior's :)

pozdrówka!
Mój organizm doznał szoku cukrowego.

A to hit wieczoru :D

Dzień 3.
Szybciutko już, bo bardzo dużo tekstu wyprodukowałam i pokłony jeśli przez wszystko przebrnęliście :)
Wraz z Domi pożegnałyśmy się z naszą hostką i Brooklyn'em, a przywitałyśmy Museum of Natural History, do którego wstęp zapłaciłam całe $ 2, a gdzie spotkałyśmy się z prawdziwym Nowojorczykiem (dzięki Bogu za CS :P), który oprowadził nas po muzeum. 
Potem był bieg na pociąg, a późnym popołudniem dotarłam do domu, padłam na łóżku i już z niego nie wychodziłam aż do dnia następnego. 

dziam dziam!

Twarzowo ze szkieletem w tle.

no i mamy dwie blondi :P

fantastyczne, prawda?

chcę takiego!

i takiego też!

główne wejście do muzeum.

Koniec :-)
Podsumowując, było fantastycznie i jedyne, co mogę powiedzieć - Nowy Jork jest uzależniający. Już planuję powrót, bo mam ogromny niedosyt i już nie mogę się doczekać kolejnej wyprawy.

Keep tight,
M

piątek, 24 stycznia 2014

First two weeks in Chatham

Dzieci wysłane do szkoły, Paris siedzi w swojej szkoleniowej klatce (long story, przejdziemy do tego), a ja leżę u siebie na łóżku i w końcu zabrałam się za pisanie i nadrabianie zaległości korespondecyjnych.
Tak, dzisiaj mija równe 14 dni odkąd przybyłam do małego miasteczka w stanie New Jersey, które całkowicie mnie zauroczyło i to nie tylko przez to, że praktycznie wszędzie można dojść na piechotę dzięki wszechobecnym chodnikom, ale również w związku z tym, iż w bardzo podobny sposób wyobrażałam sobie 'typowe' amerykańskie miasteczko.

Steady, ready - go! Zaczynajmy więc opowieść :-)

W poniedziałek, 13 stycznia obudziłam się przed 6, ubrałam się i grzecznie udałam się do kuchni, gdzie czekała na mnie HM, pijąc spokojnie kawę, gdy ja ze stresu nie wiedziałam dokładnie, co dzieje się wokół mnie. Byłam totalnie przytłoczona rozpiską dnia codziennego i mimo asysty mojej HM przez cały tydzień narobiłam tyle błędów, że czasami miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Oczywiście, od samego początku chciałoby się by wszystko szło 'od tak', a tu się okazuje, że najzwyklejsze spakowanie lunchu staje się filozofią.
Nie będę opisywać rutyny dnia codziennego, bo bym za dużo namieszała jak na jeden post, ale dodam tylko, że moje główne obowiązki polegają na wybudzeniu dzieci i spakowaniu ich do szkoły (6.20 - 8.30), co czasami przebiega bardzo spokojnie, ale zdarza się, że dzieciaki zaczynają się kłócić, są marudne i za Chiny ludowe nie chcą współpracować. Następnie, o 14.45 zaczynam swój pick-up dzieciaków ze szkoły. Do 18.30-19 robimy pracę domową i inne głupotki aż do momentu powrotu HM do domu.
Jak wspomniałam wcześniej - moja HM asystowała mi cały tydzień, bo była w trakcie zmiany pracy i dzięki temu udało mi się mieć przedłużony czas na trening.

Pierwszy tydzień był czystą nauką na błędach, a gdy chwytałam się za głowę, że po raz enty popełniam ten sam błąd - moja HM mówiła, że to najlepszy czas na naukę i że absolutnie nie mam być tym sfrustrowana, a w kolejnym tygodniu nie będę już potrzebować żadnych rozpisek, co jak i o której. Nie chciałam jej za bardzo wierzyć, bo wydawało mi się, że mam TYLE rzeczy do ogarnięcia. Jest piątek, dzień 14 - skubana miała rację, jest o wiele łatwiej i nie potrzebuję już swoich magicznych rozpisek :)
Przez cały tydzień wkręcałam się w ich przyzwyczajenia i zasady panujące w domu. Bardzo charakterystyczne dla tej rodzinki jest to, że są bardzo schludni i lubią czystość. Mi to bardzo odpowiada, bo daje mi to też takie poczucie kontroli (zwłaszcza w nowym miejscu), ale czasami mi się po prostu nie chcę włożyć rzeczy do zlewu i najchętniej zostawiłabym je tam do następnego dnia, ale cóż - nie mój dom, więc trzeba się dostosować.
Spotkałam się z wieloma opiniami na temat obowiązków operek, ale krew mnie zalewa jak słyszę, że ktoś traktowany jest jak 'służący', bo musi wypakować naczynia ze zmywarki lub wziąć pocztę ze skrzynki w drodze do domu. Halo, mieszkamy w nieswoim domu, mamy praktycznie wszystko, co potrzeba, a takie podstawowe czynności ... come on, nie wszystko musi być zapisane w kontrakcie, a czasami jak my pójdziemy na rękę rodzince - jak my będziemy potrzebowali ich wsparcia w danej sprawie, prawdopodobnie to uzyskamy. Proszę nie mylić tego z faktycznym pomieszaniem funkcji operki ze sprzątaczką, co też się zdarza - wtedy jak rozmowa z rodzinką nie pomoże i nie będą potrafili zrozumieć w czym problem - od razu LCC!

W kwestii jazdy samochodem - w czwartek po raz pierwszy sama pojechałam po dzieciaki i ... było super. Uważam, że automatyczna skrzynia biegów, to najłatwiejsze urządzenie świata i mimo dość dużego samochodu - nie ma problemu z manewrami. Momentem przełomowym był bodajże piątek, gdy sama wsiadłam do mojej hondy pilot i po prostu ruszyłam przed siebie. Wydrukowałam sobie mapki i chyba 10 razy zrobiłam wszystkie możliwe trasy. Od tego momentu czuję się pewniej na drodze, jak i w aucie :D

Jeżeli chodzi o prywatność w domu - host rodzinka miała już 7 operek i wie jak ważne jest wyciszenie się i własny kąt. Gdy zamykam drzwi do pokoju, to nikt nie ma prawa wejść. A jak HM ma mi coś do zakomunikowania, to wysyła mi smsa :D Chociaż, staram się mieć mimo wszystko te drzwi otwarte, bo chcę na razie pokazać, że jestem otwarta i dzieciaki mogą wejść kiedy chcą, abym mogła im pokazać trochę swojego świata.
Jedzenie - totalna dowolność. Rodzinka przygotowuje kolacje (w okolicach 18), która jest sto razy lżejsza od tej, którą jadłam we Włoszech i przez którą nie mogłam przez miesiąc spać ze względu na przepełniony żołądek :P O ironio, tutaj bardzo pilnuję się co jem i z każdego produktu krzyczy liczba kalorii (doznałam szoku, gdy zobaczyłam jak zaniżoną liczbę kalorii ma choćby szklanka mleka, czy soku ... Praktycznie dwa razy mniej od tego, co widziałam w PL), a w sklepie można spokojnie wybrać sobie coś o obniżonej zawartości cukru etc.
Dodam jeszcze, że moja HM zaczęła pracę w jednej z korporacji, która produkuje znane wszystkim czekolady i rzeczy tego typu, więc wyobraźcie sobie ile słodyczy dostała w koszyku powitalnym... Tia, jest ciężko :D

Pisząc o moich przyzwyczajeniach i tym, co robię w czasie wolnym ... Myślałam nad tym w jaki sposób kreatywnie zająć sobie czas i troszeczkę się odstresować, więc poprosiłam HM o pomoc w ułożeniu mi treningu pod ... półmaraton :-) Tak proszę Państwa, 4/13 biegnę w półmaratonie. Jest to dla mnie ogromną mobilizacją i bieganie wraz z treningami są dla mnie lekiem na stres. Jeśli zafunduję sobie 3 milowy bieg, to wiem, że bez problemu zasnę, a drugi dzień przywitam z uśmiechem.
So far so good!

W pierwszy tydzień spotkałam się również z dwoma operkami z okolicy. Jedna z nich (Anna) jest Włoszką i razem byłyśmy w szkole na Long Island, a drugą poznałam przez fejsie i jest z tej samej miejscowości, ale przyjechała zupełnie z inną agencją. Jak mi powiedziała, że miała training school w centrum NYC, to ahhh :-)

OK, kontynuując.
Drugi tydzień rozpoczął się w poniedziałek wieczorem ze względu na święto M.L.King'a i dzieciaki dopiero wtedy wróciły z nart. We wtorek przejęłam już pałeczkę i po raz pierwszy sama zajęłam się dziećmi. Podsumowując cały tydzień - z rutyną i zasadami panującymi w domu jest coraz lepiej, a z dziećmi - czują się coraz pewniej w mojej obecności i próbują sprawdzić moje granice w każdej możliwej formie. Czasami są słodcy jak aniołki, rozmowni i uśmiechnięci, a czasami mam wrażenie, że to małe diabełki, które odwołują się na byłą au pair, która 'im pozwolała'. Jest to oczywiście nieprawdą, bo mam z nią kontakt, a gdy pada pytanie w stronę dzieci 'should I ask her if she used to let you do that...?' zapada cisza i jest już spokój.
Tak, to ten czas, gdy dzieciaki próbują wymusić pewne rzeczy i sprawdzić na jak wiele jestem im w stanie pozwolić. Uwierzcie, że czasami mogę się uśmiechać mimo najgorszych przeciwności losu, ale mam też swoją zaciętą minę i wiem, że czasami lepiej nią się posłużyć, bo o ironio - może to pozytywnie zaowocować na przyszłość.
Ten tydzień był dość hm - nietypowy. Raz, zaczął się we wtorek. Dwa - ze względu na opady śniegu, w środę wszystko było sparaliżowane i dzieci miały 'snow day'.
Gdy spadł śnieg we wtorek i temperatura osiągnęła -10, wpadałam na super pomysł i ... poszłam na spacer. Rodzinka strwożona patrzyła się na to, co robię i chyba wzięli mnie za debila, że porzucam ciepło domku i wyruszam przed siebie, ale ja wolałam na siebie patrzeć jako na prawdziwego piechura, wychowanego w syberyjskiej tajdze.
Warto jeszcze wspomnieć o jednym 'dzieciątku' - Paris, która jest 6-miesięcznym szczeniakiem rasy York. Jezu, jaki to jest koszmar :P W sensie, lubię bardzo pieseły i świadomość, że w domu jest pies bardzo dobrze na mnie działa, ale come on... Ten piesełę nie jest nawet prawdziwym piesełę. Paris przypomina bardziej maskotkę z tymi wszystkimi ubrankami i wszyscy się tak na nią rozpływają, a ja sobie myślę, że jakby mój pies to zobaczył, to by się poskładał ze śmiechu :D No, ale bottom line is, że mimo wolnego czasu w ciągu dnia, to co jakieś 1.5-2h muszę ją wypuszczać na dwór, a jako, że jeszcze zdarza jej się obsikać dywan - cały czas trzeba ją mieć na oku. Stąd też ogromna klatka treningowa (training crate), który traktuje jako swój domek i sobie tam siedzi/śpi, bo jak się ją puści samą po domu bez nadzoru, to narobi sobie krzywdy lub obsika każdy dywan.
Tak więc, jest wesoło :D

Jeżeli chodzi o formalności, to w pierwszym tygodniu udało się otworzyć konto bankowe, ale za to niepowodzenia w zdobyciu social security number ze względu na ogromną kolejkę w urzędzie. W poniedziałek zaplanowałam już ponowną próbę.
Konto jest darmowe aż do momentu, gdy skończę 23 lata. Co ciekawe, w placówce banku byłam dwa razy i za każdym razem byłam obsłużona na najwyższym poziomie i facet nawet pamiętał moje imię, gdy ponownie zawitałam do banku :O
W kwestii fail compliation - nie udało mi się zapisać na żadnej kurs (w sensie popołudniowy, czy coś), bo każda uczelnia próbowała mnie zbyć, gdy przychodziło o audit i jak już zaaplikowałam, to nie odpowiedzieli przed końcem rekrutacji i pozdro :> Więc prawdopodobnie wybiorę się na 3dniowy kurs (LIU) w kwietniu.

Wczoraj odbyło się również spotkanie z innymi operkami, organizowane przez naszą LCC. Spotkanie były zorganizowane na kręgielni i powiem szczerze, że samo pójście tam było dla mnie nie lada atrakcją, a tym spotkaniem to tak średnio się przejęłam (głównie przez to, że byłam zmęczona).
Poznałam kilka bardzo fajnych dziewczyn (haha, ja to mam szczęście do Włoszek i Meksykanek :D), ale i tak 90% grupy była z Niemiec i jako, że była to dość spora ilość osób, to praktycznie cały czas było słychać niemiecki, bo one za cholerę nie chciały się integrować. Siedziały w swoich grupkach, broń boże nie podchodź, a jak spróbujesz, to zniechęcą do siebie swoją ojczystą mową :P więc tak średniawo.

Przez te dwa tygodnie przetestowałam również wiele patentów, które miałyby pomóc mi w ogarnięciu się w tym nowym miejscu. Na początku trudno było mi zasnąć, bo miałam wrażenie, że łeb mi eksploduję od ilości informacji. HM drukuje mi codziennie rozpiskę, ale ja i tak muszę sama wszystko sobie jeszcze raz poprzepisywać, popisać i popodkreślać (dużo tego 'po'). Na razie jestem na etapie karteczek samoprzylepnych, małego kalendarzyka oraz drukowanych kartek od HM. Daję radę :D

Mój magiczny kącik

Przedstawiam Paris
Żeby nie było, że Hameryka to śmieciowe żarcie :>
Takie poranki naprawdę dają pozytywnego kopa.

OK, myślałam, że to tylko wymysł filmowy.
A tu mamy pralkę i suszarkę :D lol


no dobrze, trochę pobiegałam .. teraz czas coś zjeść i zniweczyć wysiłek :D

ładnie będzie się prezentować w portfelu :P

moje słonko :-)
W następnym poście opiszę swoją spontaniczną wyprawę do NYC, którego panoramę podziwiałam z dachu jednego z brooklyńskich kamienic.
A teraz biorę kawę i siadam do czytania Waszych notek!

PS. Specjalnie dla MB - zagadka dotycząca nazwiska rozwiana ... [ʌlrɪtʃ] lol

Buziaki,
M

wtorek, 21 stycznia 2014

Let is snow ...

Kochani,
Zbieram sie do napisania notki od dobrego tygodnia, ale fizycznie nie jestem w stanie na dluzej usiasc przed komputerem.
Melduje, ze u mnie wszystko w porzadku i mimo tego, ze bylam mentalnie przygotowana na lawine obowiazkow, nowych emocji i wrazen - przez mysl mi nie przeszlo, ze liczba dziennych wyzwan wzrosnie tak bardzo, ze zmeczenie sprawi, iz poloze sie spac po 21 prawie kazdego dnia.
Innymi slowy, (jak juz wczesniej pisalam wielokrotnie) - operkowanie to praca na caly etat i mowi sie, ze pierwszy miesiac jest najtrudniejszy...

To byl bardzo intensywny tydzien - dzisiaj mamy wtorek, tydzien drugi i wlasnie spadl snieg.
O 5 rano dzwonili ze szkoly, ze dzieci sa wczesniej zwolnione (mimo tego, ze jeszcze zadnego sniegu nie bylo) i tym samym skrocil mi sie troszke czas wolny. Mialam zamiar napisac dzisiaj obszerna notke i zgrac zdjecia, ale z tego nici niestety.

Jednakze (fanfary), mam calutki weekend dla samej siebie, bo rodzinka wyjezdza w piatek w gory i zabiera ze soba tez psa (Paris to jeszcze szczeniak, wiec spokojnie mozemy traktowac ja jako dziecko number 3 :P), wiec obiecuje, ze ponadrabiam zaleglosci blogowe, mejlowe i fejsowe. Dziekuje wszystkim za wiadomosci i za kilka dni na wszystko odpisze!
Juz nie moge sie doczekac jak pierwszy raz od 3 tygodni spedze caly dzien w pizamie, z komputerem i masa dobrego jedzenia :-)

W ostatnim czasie wydarzylo sie bardzo duzo - zaczynajac od codziennych klotni moich dzieci, przez meksykanskie burrito na Brooklynie, a konczac na Dziam-Dziamie w Muzeum Historii Naturalnej, wiec jest o czym pisac :-)

Kochani, przepraszam Was za obsuwe czasowa, ale autentycznie - w tych pierwszych tygodniach wyrabiam sobie dopiero nowe nawyki 'mieszkaniowe', gdy te stare powoli odchodza w zapomnienie, a tym samym jestem po prostu niesamowicie zmeczona pod koniec dnia.

Buziaki w ten niby syberyjski poranek (haha, powinni zobaczyc prawdziwa polska zime),
Marta

PS. Bardzo sie ciesze, ze niektore z blogowych znajomosci przeniosly sie na level wyzej i juz nie moge doczekac sie, kiedy sie spotkamy :-) 

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Host Family - first days

Tym razem będzie trochę więcej tekstu, ale mam nadzieję, że jakoś przez to przebrniecie :)

Tak jak pisałam w poprzedniej notce - do rodzinek wyruszyliśmy w piątek rano. Kurczę, po 3 dniach pięknej pogody - zaczęło padać i było dość ponuro. Jednakże, gdy dotarliśmy na miejsce i zobaczyłam mojego host dad, który czekał na mnie wraz z innymi rodzicami - jezu, jak tutaj się przywitać?!
Taka dygresja - na zajęciach z komunikacji mieliśmy cały cykl pod tytułem 'jak się przywitać by nie wyjść na ignoranta' :D

Najpierw podałam rękę, ale HD przytulił mnie na powitanie, wziął bagaż i wsiedliśmy do jego wielkiego auta :O Generalnie, każdy samochód jest tutaj ogromny, a jak jechaliśmy autostradą, to ilość pasów przygwoździła mnie do siedzenia. Naliczyłam 6 (nie sądzę by mi się pomnożyły w oczach).
Niestety, HM i dzieciaczki nie mogły towarzyszyć HD ze względu na pracę i szkołę. 
W czasie jazdy do domu HD powiedział, żebym się nie zdziwiła jak dotrzemy do Chatham (20 min drogi z przystanku), bo leży śnieg :O Poważnie. Wszędzie padał deszcz, a 2-3km przed Chatham temperatura spadła i wszędzie leżał śnieg.O jezu, google maps nawet w połowie nie oddały bajkowości tego małego miasteczka, przykrytego warstwą śniegu i które wydawało się jeszcze spać.
Zajechaliśmy pod dom.
Wchodzimy do środka. Przechodzimy do salonu i kuchni. Witam się z Paris, która chce koniecznie wskoczyć na moją głowę. Dobrze, że w domu jest  tak energiczny piesełę :-) 
HD powiedział, żebym się czuła się jak u siebie w domu i poszedł bawić się z piesełę, a ja zeszłam na dół do siebie i zaczęłam się rozpakować. Cały dół zaprojektowany jest dla operki i dzieciaczków, które w drugiej części mają ogromną salę do zabaw i nauki. 
Mój pokoik ma jakieś 15 m2, dwa łóżka, małą komodę, na której jest TV, dużą komodą z toaletką oraz ogromnym lustrem, wielgaśną szafę, ogromny fotel oraz własną łazienkę. Na pewno wrzucę jeszcze kiedyś zdjecia i zrobię show room  :)

Gdy skończyłam rozmawiać na skajpaju z moją S, wyłączyłam kompa i poszłam się dalej rozpakowywać. Ktoś schodził po schodach i byłam przekonana, że to HD. A to wróciła HM z chłopcem i tak mnie to zaskoczyło, że nawet się nie zestresowałam przywitaniem. Potem przyjechała dziewczynka i mnie wyściskała ahhh :-)
Resztę dnia spędziliśmy rozmawiając o głupotach, a potem robiłyśmy z M. (niech to będzie skrót od mojej dziewczynki) książeczki o świnkach, na punkcie których ma totalne szaleństwo i w ramach buntu nie je żadnego bekonu etc. Pokazała mi swój pokój, przedstawiła każdą osobę ze zdjęcia i aż miło się patrzyło ile pozytywnych emocji pozostawiły po sobie dawne operki, których zdjęcia i pamiątki były w całym pokoju.

Porozmawiałam troszkę z HM, która jest tak równą babką i w żadnym momencie nie stresowała mnie rozmowa. Zadaję jej milion pytań na sekundę, a ona cierpliwie na wszystko odpowiada, a potem wręcza mi mój prezent. Bilety do Nowego Jorku na dobry początek oraz kartę podarunkową do Starbucksa. Yaaaay :-)
:)))))
Potem kolacja i chińskie ciasteczko z wróżbą o spełnianiu marzeń, na co moja dziewczynka powiedziała, że 'but you are in your dream right now' awww :-) Następnie kąpiel, TV (napiszę po raz setny - jakaż to przyjemność oglądać te seriale w oryginale, nie-online)  ... i spać! Jak przyjemnie było w końcu położyć się w wygodnym łóżko i z ogromnym uśmiechem na ustach :-)

Sobota: Wygrzebałam się z łóżka po 9 i poszłam na górę. Kamień z serca, gdy otworzyłam szafkę z jedzeniem, a tam opakowania płatków owsianych i innych pysznych (i zdrowych) rzeczy. Zalałam płatki mlekiem i włożyłam do mikrofali. Chyba nastawiłam na za długo, bo gdy otworzyłam, to calusieńka owsianka eksplodowała po urządzeniu <seeeerio>. Pierwszy poranek i taka wtopa - bałam się, że mnie już deportują, ale na szczęście śmiali się bardziej niż złościli :D
Poznałam też siostrę mojej HM, która również jest mega sympatyczna i powitała mnie w rodzinie.
Właśnie, od samego początku każdy podszedł do mnie jako do członka rodzinki. Otwartość, chęć współpracy i wyrozumiałość. Dobrze się poczułam od samego początku :).
Następne kilka godzin przesiedziałam z dzieciaczkami na dole, gdzie graliśmy w Mario i monopol. No i nadeszła pierwsza próba. Dzieciaczki są fantastyczne, ale jest jeden problem - często się kłócą i na początku nie wiedziałam jak mam zareagować, więc rodzice mi tutaj bardzo pomogli. Dzięki Bogu, że HM ma wolne cały tydzień i będzie mi pokazywać, co i jak.
Po lunchu pod tytułem 'jedz co chcesz, kiedy chcesz i nie przejmuj się, że wszyscy jedzą tak szybko', wraz z HM zapakowaliśmy się do mojego (whaaat) samochodu, gdzie na szczęście byłam pasażerem i ruszyliśmy do sklepu. Króciutkie zwiedzanie okolicy - dworzec, bank, poczta, sklepy.
Ilość towaru w zwykłym markecie rozłożyła mnie na łopatki. Po pierwsze, ogromne opakowania - zaczynając od mleka po płatki śniadaniowe. Druga obserwacja - HM nie miała karty stałego klienta i powiedziała przy kasie, że zapomniała, ale ma, więc kasjerka i tak naliczyła jej rabat. Ba, okazuje się, że w NJ nie ma podatku na jedzenie, więc całkiem dobre info. Co więcej, jeżeli przyjdzie się z własną reklamówką, to naliczany jest kolejny rabat :O whaaat.

Rozmawiałam też z rodzicami, którzy wygląda na to, że całkiem nieźle sobie radzą bez ich maleńkiej córeczki, która znowu wyruszyła na spotkanie przygodzie. Tym razem jednak - nieco większej i bardziej challenging :)

Niedziela: Dzień zaczęłam od mojej ulubionej włoskiej kawy z przywiezionej z Polski mokki :) coś fantastycznego. Gdy cała rodzinka zajadała się goframi, płatkami i tym podobnymi amerykańskimi rzeczami, to ja wpadłam na mega mądry pomysł by zaprezentować im iście europejskie śniadanie z kanapką i baked beans. Oczywiście, włożyłam tę kanapkę do tostera i caaaalusieńka mi się przypaliła, ale udało mi się odratować połowę.
Tak wiem - dramaty i tragedie o poranku.
Jednakże, obsługa tostera (czy grilla, czy jak kto chce to nazywać) była istną bułką z masłem przy jeździe ogromnym amerykańskim wozem, co nastąpiło zaraz po śniadaniu.
Poczułam się jak na swojej pierwszej jeździe w szkole, gdy przygotowywałam się do zdania prawka :D Ale tym razem problemem nie była pewność, czy brak umiejętności, ale pełna automatyzacja wszystkiego, co jest w samochodzie, jego rozmiar i tym samym ... parkowanie. Generalnie, jeździ mi się wspaniale i uważam, że nie ma nic prostszego od automatycznej skrzyni biegów. Ba, w moim aucie nawet nie ma hamulca ręcznego. Za to jest magiczna opcja P (czyli parking) i dodatkowy pedał, który pełni rolę hamulca awaryjnego.
Po powrocie do domu spędziłam większość dnia z dzieciaczkami, dałam się ograć w monopol, a potem mała pomogła mi dekorować pokój, pytając przy tym o to, co jest na tych wszystkich przywiezionych zdjęciach :) Dorwała się też do mojego notatnika, który zaczęła pięknie ozdabiać :)

Z tego miejsca dziękuję każdej osobie, która jest w PL lub poza jej granicami, za trzymanie kciuków, ciepłe słowa i podsycanie mojego entuzjazmu :) Dziękuję za komentarze, wiadomości na fb i przede wszystkim za cudowne podpisy na przywiezionych zdjęciach.

OK, pierwszy weekend za mną :-) Jutro zaczynam pracę i nie wiem, czy jestem bardziej podekscytowana, czy nerwowa. Dobrze, że HM ze mną zostaje i razem przejdziemy przez ten pierwszy tydzień.

Oh, byłabym zapomniała! Wybrałam się dzisiaj na spacer po okolicy, ale był tak krótki i pobieżny, że poczekam jeszcze trochę, porobię więcej zdjęć i dowiem się jeszcze więcej na temat miasta i dopiero wtedy coś opublikuję.

Trzymajcie kciuki i jeszcze raz dzięki,
Marta

niedziela, 12 stycznia 2014

Lot - Training school

Właśnie wygrzewam się pod cieplutką kołdrą w swoim łóżeczku, oparta o cały stos poduszek, z kubkiem gorącej herbaty oraz oglądając No strings attached na usa network, gdy krople deszczu uderzają o szybę,a buzia nieustannie mi się śmieje :-)
Tak, udało się! Wczoraj dotarłam do swojej host rodzinki i  ... ale od początku :-)

Zacznijmy więc od lotu.
Na lotnisko dotarłam wraz z Kasiałkę, która była na tyle uprzejma, że pomogła mi z bagażem i kochana, że wyprzytulała mnie na cały rok! Znaleźliśmy się przed boarding'iem z resztą Polaków (było nas razem 6 osób) i ruszyliśmy do samolotu. Co ciekawe, boarding poszedł bezproblemowo i całkiem wygodnie - zapomniałam, że nie lecimy żadnym low-costem i że tutaj nawet wejście na pokład przebiega komfortowo. Usiadłyśmy wygodnie i ... lecimy!
Lunch time!
Dodam na marginesie, że wszelkie napoje (włączając alko) są za darmo.
Niestety, zanim wylądowaliśmy na Heathrow krążyliśmy nad Londynem przez jakieś 20 minut, co sprawiło, że mieliśmy dość duże opóźnienie. Innymi słowy, została tylko niecała godzinka na dotarcie na Terminal 5 (z 3) i wejście do samolotu. Myślałam, że i tak mamy dużo czasu, ale w praktyce - biegliśmy jak szaleni, byliśmy zmuszeni wziąć jeden autobus na Terminal 5, potem zjechać windą, a na końcu wsiąść w pociąg (!). W życiu nie widziałam tak ogromnego lotniska, a przecież wystarczyło tylko dostać się z jednego terminala na drugi. Zdążyliśmy cudem i gdy tylko dotarliśmy - zamykali gate.
Oczywiście, weszliśmy jako jedni z ostatnich i był dość duży problem z załadowaniem bagażu do luków, bo wszystko było pełne. Prosiłyśmy rodzinę Hindusów o przesunięcie ich kurtek, bo nie miałyśmy gdzie załadować torby, to odezwała się jakaś hinduska księżniczka, że ma tam laptopa i że NIE.
Hm, patrzymy się na siebie z Dominiką i dobra, poklnęłyśmy pod nosem, ale sobie jakoś poradziłyśmy.
Oczywiście, ta księżna cały czas patrzyła na nas zawistnie przez prawie cały lot, ale kij z nią. Jaka jest puenta? Że ta księżna okazała się au pairką z naszej agencji, z którą spędziłyśmy kolejne 4 dni :P

Wypasiony dinner na pokładzie :)

Komputerki wbudowane w każde siedzenie.
Do wyboru wiele filmów, ebooków i oczywiście flight info.
W dodatku dostajemy słuchawki, szczoteczkę do zebów z pastą (!), kocyk.

Każda osoba w samolocie musi wypełnić druczek dot. naszych danych,
tego co wwozimy do Stanów i jaka jest tego wartość.
Następnie dajemy to ostatniemu celnikowi na lotnisku.
OK, jesteśmy w Hameryce - godzina  23.30. Stajemy grzecznie w kolejce, baaaaaardzo długiej kolejce by w końcu stanąć twarzą w twarz z celnikiem. Wszystko przebiega bez problemu, ale trzeba uzbroić się w cierpliwość. Celnik odbiera od nas wizę, pobiera odciski palców i robi nam zdjęcie. Skrzywił się, że musiał zdejmować zszywki, którymi potraktowali wszystkie papiery w ambasadzie by przytwierdzić do paszportu, ale cóż poradzić.
Następnie, odbieramy bagaż i zanim przywita nas napis 'American border' musimy jeszcze oddać druczek wypełniony w samolocie i ... hello USA!
Niestety, pierwsze zderzenie było niezbyt pozytywne, bo nikt z agencji na nas nie czekał. Ba, czekaliśmy ponad godzinę, gdy w końcu zdecydowaliśmy się zadzwonić o pomoc. Najpierw nawrzeszczał na mnie jakiś Hindus, czy coś podobnego, ale potem miła kobietka przejęła słuchawkę i w rezultacie po 20 min przyjechał nasz autobus. Na Long Island byliśmy około 2 w nocy, odstawiliśmy duży bagaż do przechowalni, a o 3 mogliśmy się w końcu położyć spać.
Za dużo nie spałam, bo mój organizm był totalnie rozregulowany i w rezultacie zasnęłam na może godzinkę lub półtora.

Jeżeli chodzi o szkolenie i kampus - zajęcia trwały od rana do wieczora i praktycznie dzień w dzień padałam na twarz ze zmęczenia. Jedzenie bardzo, ale to bardzo średnie, a cały kampus - hmm, bardzo fajne doświadczenie, ale warunki były, że tak powiem dostateczne. Na krótki okres - da się przeżyć i jakoś tam poczuć atmosferę 'kolonii', ale jakbym miała tam zostać jeszcze z 2-3 dni, to chyba bym zwariowała :P

Mieszkałam z Brazylijką i Szwedką - obie były bardzo sympatyczne, ale jeśli chodzi o warunki - jeezu, 3 łóżka, jedno biurko, zepsute ogrzewanie (miałyśmy ponad 30C w nocy) i paskudnie wykrochmalona pościel :D Nie odbierzcie tego jak narzekania rozpieszczonej nastolatki. Ja generalnie potrafię się do wszystkiego dopasować na tak krótki czas, ale szlag mnie trafiał, że nie było nawet, gdzie położyć ubrań, czy innych swoich rzeczy.

I to w sumie tyle.
Po lewej stronie w rogu stało jeszcze moje łóżku.

Mój pierwszy amerykański lunch :D

Zajęcia były OK. Każdy był przydzielony do grupy według rejonu, gdzie się będzie mieszkało. Ja trafiłam do NJ group, którą prowadziła Mrs Lorraine - totalnie fantastyczna starsza babka, która była tak urocza, że nawet jak coś nas nie interesowało, to aż głupio było się osunąć na podłogę ze zmęczenia. Omówiliśmy wszelakie choroby dziecięce, au pair role models i inne bzdurki.

Zajęcia odbywały się w mniejszych salach w St. Joseph Hall bądź w Centennial Hall,
gdzie znajdowała się ogromna hala.

Centennial Hall, zajęcia z komunikacji
Po dwóch dniach skończyły się nasze zajęcia, a na pożegnanie Mrs Lorraine wszystkich nas wycałowała. Po tymże pożegnaniu poszliśmy na zajęcia z komunikacji. Były całkiem do zniesienie, ale jako, że odbywały się w drugim budynku w ogrooomnej sali - troszkę mi się przysnęło, shame on me.
Do 21.30 mieliśmy jeszcze spotkanie z panem policjantem, który był tak świetny, że popłakałam się ze śmiechu. Coś fantastycznego. Brakowało mu już tylko pączka i kapelusza, a wpisałby się przepięknie w obrazek 'amerykańskiego policjanta'.



było trochę zimno, ale do zdjęcia się poświęciłam
i ściągnęłam czapunię :D
W czwartek po kursie pierwszej pomocy (z resztą, bardzo na poważnie poprowadzony) była wycieczka do Nowego Jorku. Generalnie, było bardzo dużo operek w tym tygodniu, bo ponad 340 na całym kampusie. Pojechaliśmy w 7 autobusów i byliśmy naprawdę dużą grupą.
Nowy Jork ... Spełniło się jedno z moich największych marzeń, choć był to tak naprawdę szybki spacer przez Time Square do Empire State Building.
Wysiedliśmy z autobusów pod Rockefellerem o 18.30 i mieliśmy do 21 czas wolny. Większość naszej polskiej grupy (jako, że to była ostatnia szansa na integrację - większość ludzi trzymała się w takich grupkach właśnie) poszła na taras widokowy, to ruszyłam z N&M na alternatywny nowojorski 'szlak', zaczynając od budkowego jedzenia, gorącej czekolady i muffinka, Time Square i Grand Central.

To widok, dla którego warto przebyć prawie 10 tys km :)

większa część polskiej ekipy :)

OMG, naprawdę tu jestem!!!!


Mój pierwszy hot-dog (albo jak mówią Amerykanie 'pig in a blanket')
w NYC!
Smak taki bardziej ikeowy, ale kurde - na amerykańskiej ziemi :D

będę gruba i umrę będąc wielorybem, ale odchudzam się od PONIEDZIAŁKU!

Większość polskiej grupki pojechała na taras widokowy,
a wraz z M i N ruszyłyśmy na Time Square.


z Domi, która teraz siedzi w CT i opiekuje się maleństwem.


i Empire State w tle ...

Grand Central

GC ... gdzie każda komedia romantyczna się zaczyna lub kończy.
Nie dziwię się.
To bezsprzecznie najpiękniejszy dworzec jaki w życiu widziałam.

Piątek był mega nerwowy. Aczkolwiek, bardzo dobrze zorganizowany. Wyruszyliśmy autobusami o 9, a na magicznym przystanku "Clark, NJ'' wylądowaliśmy po 11.30.
Oh no, nadszedł ten moment. Tak, spotkanie z rodzinką ... który opiszę w następnym poście by nie zanudzić Was ilością tekstu jak na pierwszy raz zza oceanu :-)

Podsumowując lot i szkolenie - zapamiętam to bardzo pozytywnie i przyznam, że ostatnie 5 dni były najbardziej intensywnymi w moim życiu. Boże, dotarłam do Nowego Jorku! Mam ogromny niedosyt, ale wygląda na to, że już niedługo znowu się tam pojawię <yaaaay>!
Na Long Island poznałam fantastycznych ludzi, ale zdarzali się też tacy, którzy irytowali mnie do takiego stopnia, że myślałam, że już pozwolę sobie zepsuć dzień negatywnymi odczuciami, ale ... cóż zrobić. Zawsze tak będzie i pogodziłam się z tym, że nie warto na siłę sprawiać by było idealnie.
Śmiać mi się chcę, bo najlepszy kontakt miałam z Włochami - dzięki Bogu za taki naród i ich piękny język! Na szczęście moją najbliższą sąsiadką jest również Włoszką juuu :)

Dziewczyny, bardzo chętnie się gdzieś wyrwę i spotkam, jak tylko trochę wypocznę i się zaklimatyzuję :-) ! Piszcie śmiało jak macie ochotę i czas na kawę/wodę/jogging ... whatever!

Muszę przyznać, że tak naprawdę dotarło do mnie, że właśnie jestem TUTAJ, to <ale nie śmiać się! :D> zapowiedź kontynuacji The Suits w TV (dopiero 6 marca dżizaaas) i pomyślałam sobie 'o cholera, jestem w Stanach i na legalu zobaczę sobie najnowszy odcinek praktycznie każdego serialu i będę wzdychać do Harveya i Mike'a'.
Mammia mia, jestem w STANACH !!!!!!!

Misiaki, marzenia się spełniają - n a p r a w d ę !
Jeszcze rok temu przez myśl by mi nie przyszło, że moje życie się tak ułoży, a ja będę w cieplutkim łożeczku po drugiej stronie oceanu. Ba, jeszcze pół roku temu lamentowałam nad swoim losem jak to mi trudno i trudno było ze mną wytrzymać, a teraz mam niecałą godzinę do NYC i mam poczucie, że to właśnie time of my life.
Przychodzi taki moment w życiu, że jest tak beznadziejnie i letargicznie, że w człowieku budzi się pewien bunt 'koniec, czas zacząć działać'. I otóż to działanie doprowadziło mnie do Chatham, NJ.

Do następnego,
Marta