niedziela, 12 stycznia 2014

Lot - Training school

Właśnie wygrzewam się pod cieplutką kołdrą w swoim łóżeczku, oparta o cały stos poduszek, z kubkiem gorącej herbaty oraz oglądając No strings attached na usa network, gdy krople deszczu uderzają o szybę,a buzia nieustannie mi się śmieje :-)
Tak, udało się! Wczoraj dotarłam do swojej host rodzinki i  ... ale od początku :-)

Zacznijmy więc od lotu.
Na lotnisko dotarłam wraz z Kasiałkę, która była na tyle uprzejma, że pomogła mi z bagażem i kochana, że wyprzytulała mnie na cały rok! Znaleźliśmy się przed boarding'iem z resztą Polaków (było nas razem 6 osób) i ruszyliśmy do samolotu. Co ciekawe, boarding poszedł bezproblemowo i całkiem wygodnie - zapomniałam, że nie lecimy żadnym low-costem i że tutaj nawet wejście na pokład przebiega komfortowo. Usiadłyśmy wygodnie i ... lecimy!
Lunch time!
Dodam na marginesie, że wszelkie napoje (włączając alko) są za darmo.
Niestety, zanim wylądowaliśmy na Heathrow krążyliśmy nad Londynem przez jakieś 20 minut, co sprawiło, że mieliśmy dość duże opóźnienie. Innymi słowy, została tylko niecała godzinka na dotarcie na Terminal 5 (z 3) i wejście do samolotu. Myślałam, że i tak mamy dużo czasu, ale w praktyce - biegliśmy jak szaleni, byliśmy zmuszeni wziąć jeden autobus na Terminal 5, potem zjechać windą, a na końcu wsiąść w pociąg (!). W życiu nie widziałam tak ogromnego lotniska, a przecież wystarczyło tylko dostać się z jednego terminala na drugi. Zdążyliśmy cudem i gdy tylko dotarliśmy - zamykali gate.
Oczywiście, weszliśmy jako jedni z ostatnich i był dość duży problem z załadowaniem bagażu do luków, bo wszystko było pełne. Prosiłyśmy rodzinę Hindusów o przesunięcie ich kurtek, bo nie miałyśmy gdzie załadować torby, to odezwała się jakaś hinduska księżniczka, że ma tam laptopa i że NIE.
Hm, patrzymy się na siebie z Dominiką i dobra, poklnęłyśmy pod nosem, ale sobie jakoś poradziłyśmy.
Oczywiście, ta księżna cały czas patrzyła na nas zawistnie przez prawie cały lot, ale kij z nią. Jaka jest puenta? Że ta księżna okazała się au pairką z naszej agencji, z którą spędziłyśmy kolejne 4 dni :P

Wypasiony dinner na pokładzie :)

Komputerki wbudowane w każde siedzenie.
Do wyboru wiele filmów, ebooków i oczywiście flight info.
W dodatku dostajemy słuchawki, szczoteczkę do zebów z pastą (!), kocyk.

Każda osoba w samolocie musi wypełnić druczek dot. naszych danych,
tego co wwozimy do Stanów i jaka jest tego wartość.
Następnie dajemy to ostatniemu celnikowi na lotnisku.
OK, jesteśmy w Hameryce - godzina  23.30. Stajemy grzecznie w kolejce, baaaaaardzo długiej kolejce by w końcu stanąć twarzą w twarz z celnikiem. Wszystko przebiega bez problemu, ale trzeba uzbroić się w cierpliwość. Celnik odbiera od nas wizę, pobiera odciski palców i robi nam zdjęcie. Skrzywił się, że musiał zdejmować zszywki, którymi potraktowali wszystkie papiery w ambasadzie by przytwierdzić do paszportu, ale cóż poradzić.
Następnie, odbieramy bagaż i zanim przywita nas napis 'American border' musimy jeszcze oddać druczek wypełniony w samolocie i ... hello USA!
Niestety, pierwsze zderzenie było niezbyt pozytywne, bo nikt z agencji na nas nie czekał. Ba, czekaliśmy ponad godzinę, gdy w końcu zdecydowaliśmy się zadzwonić o pomoc. Najpierw nawrzeszczał na mnie jakiś Hindus, czy coś podobnego, ale potem miła kobietka przejęła słuchawkę i w rezultacie po 20 min przyjechał nasz autobus. Na Long Island byliśmy około 2 w nocy, odstawiliśmy duży bagaż do przechowalni, a o 3 mogliśmy się w końcu położyć spać.
Za dużo nie spałam, bo mój organizm był totalnie rozregulowany i w rezultacie zasnęłam na może godzinkę lub półtora.

Jeżeli chodzi o szkolenie i kampus - zajęcia trwały od rana do wieczora i praktycznie dzień w dzień padałam na twarz ze zmęczenia. Jedzenie bardzo, ale to bardzo średnie, a cały kampus - hmm, bardzo fajne doświadczenie, ale warunki były, że tak powiem dostateczne. Na krótki okres - da się przeżyć i jakoś tam poczuć atmosferę 'kolonii', ale jakbym miała tam zostać jeszcze z 2-3 dni, to chyba bym zwariowała :P

Mieszkałam z Brazylijką i Szwedką - obie były bardzo sympatyczne, ale jeśli chodzi o warunki - jeezu, 3 łóżka, jedno biurko, zepsute ogrzewanie (miałyśmy ponad 30C w nocy) i paskudnie wykrochmalona pościel :D Nie odbierzcie tego jak narzekania rozpieszczonej nastolatki. Ja generalnie potrafię się do wszystkiego dopasować na tak krótki czas, ale szlag mnie trafiał, że nie było nawet, gdzie położyć ubrań, czy innych swoich rzeczy.

I to w sumie tyle.
Po lewej stronie w rogu stało jeszcze moje łóżku.

Mój pierwszy amerykański lunch :D

Zajęcia były OK. Każdy był przydzielony do grupy według rejonu, gdzie się będzie mieszkało. Ja trafiłam do NJ group, którą prowadziła Mrs Lorraine - totalnie fantastyczna starsza babka, która była tak urocza, że nawet jak coś nas nie interesowało, to aż głupio było się osunąć na podłogę ze zmęczenia. Omówiliśmy wszelakie choroby dziecięce, au pair role models i inne bzdurki.

Zajęcia odbywały się w mniejszych salach w St. Joseph Hall bądź w Centennial Hall,
gdzie znajdowała się ogromna hala.

Centennial Hall, zajęcia z komunikacji
Po dwóch dniach skończyły się nasze zajęcia, a na pożegnanie Mrs Lorraine wszystkich nas wycałowała. Po tymże pożegnaniu poszliśmy na zajęcia z komunikacji. Były całkiem do zniesienie, ale jako, że odbywały się w drugim budynku w ogrooomnej sali - troszkę mi się przysnęło, shame on me.
Do 21.30 mieliśmy jeszcze spotkanie z panem policjantem, który był tak świetny, że popłakałam się ze śmiechu. Coś fantastycznego. Brakowało mu już tylko pączka i kapelusza, a wpisałby się przepięknie w obrazek 'amerykańskiego policjanta'.



było trochę zimno, ale do zdjęcia się poświęciłam
i ściągnęłam czapunię :D
W czwartek po kursie pierwszej pomocy (z resztą, bardzo na poważnie poprowadzony) była wycieczka do Nowego Jorku. Generalnie, było bardzo dużo operek w tym tygodniu, bo ponad 340 na całym kampusie. Pojechaliśmy w 7 autobusów i byliśmy naprawdę dużą grupą.
Nowy Jork ... Spełniło się jedno z moich największych marzeń, choć był to tak naprawdę szybki spacer przez Time Square do Empire State Building.
Wysiedliśmy z autobusów pod Rockefellerem o 18.30 i mieliśmy do 21 czas wolny. Większość naszej polskiej grupy (jako, że to była ostatnia szansa na integrację - większość ludzi trzymała się w takich grupkach właśnie) poszła na taras widokowy, to ruszyłam z N&M na alternatywny nowojorski 'szlak', zaczynając od budkowego jedzenia, gorącej czekolady i muffinka, Time Square i Grand Central.

To widok, dla którego warto przebyć prawie 10 tys km :)

większa część polskiej ekipy :)

OMG, naprawdę tu jestem!!!!


Mój pierwszy hot-dog (albo jak mówią Amerykanie 'pig in a blanket')
w NYC!
Smak taki bardziej ikeowy, ale kurde - na amerykańskiej ziemi :D

będę gruba i umrę będąc wielorybem, ale odchudzam się od PONIEDZIAŁKU!

Większość polskiej grupki pojechała na taras widokowy,
a wraz z M i N ruszyłyśmy na Time Square.


z Domi, która teraz siedzi w CT i opiekuje się maleństwem.


i Empire State w tle ...

Grand Central

GC ... gdzie każda komedia romantyczna się zaczyna lub kończy.
Nie dziwię się.
To bezsprzecznie najpiękniejszy dworzec jaki w życiu widziałam.

Piątek był mega nerwowy. Aczkolwiek, bardzo dobrze zorganizowany. Wyruszyliśmy autobusami o 9, a na magicznym przystanku "Clark, NJ'' wylądowaliśmy po 11.30.
Oh no, nadszedł ten moment. Tak, spotkanie z rodzinką ... który opiszę w następnym poście by nie zanudzić Was ilością tekstu jak na pierwszy raz zza oceanu :-)

Podsumowując lot i szkolenie - zapamiętam to bardzo pozytywnie i przyznam, że ostatnie 5 dni były najbardziej intensywnymi w moim życiu. Boże, dotarłam do Nowego Jorku! Mam ogromny niedosyt, ale wygląda na to, że już niedługo znowu się tam pojawię <yaaaay>!
Na Long Island poznałam fantastycznych ludzi, ale zdarzali się też tacy, którzy irytowali mnie do takiego stopnia, że myślałam, że już pozwolę sobie zepsuć dzień negatywnymi odczuciami, ale ... cóż zrobić. Zawsze tak będzie i pogodziłam się z tym, że nie warto na siłę sprawiać by było idealnie.
Śmiać mi się chcę, bo najlepszy kontakt miałam z Włochami - dzięki Bogu za taki naród i ich piękny język! Na szczęście moją najbliższą sąsiadką jest również Włoszką juuu :)

Dziewczyny, bardzo chętnie się gdzieś wyrwę i spotkam, jak tylko trochę wypocznę i się zaklimatyzuję :-) ! Piszcie śmiało jak macie ochotę i czas na kawę/wodę/jogging ... whatever!

Muszę przyznać, że tak naprawdę dotarło do mnie, że właśnie jestem TUTAJ, to <ale nie śmiać się! :D> zapowiedź kontynuacji The Suits w TV (dopiero 6 marca dżizaaas) i pomyślałam sobie 'o cholera, jestem w Stanach i na legalu zobaczę sobie najnowszy odcinek praktycznie każdego serialu i będę wzdychać do Harveya i Mike'a'.
Mammia mia, jestem w STANACH !!!!!!!

Misiaki, marzenia się spełniają - n a p r a w d ę !
Jeszcze rok temu przez myśl by mi nie przyszło, że moje życie się tak ułoży, a ja będę w cieplutkim łożeczku po drugiej stronie oceanu. Ba, jeszcze pół roku temu lamentowałam nad swoim losem jak to mi trudno i trudno było ze mną wytrzymać, a teraz mam niecałą godzinę do NYC i mam poczucie, że to właśnie time of my life.
Przychodzi taki moment w życiu, że jest tak beznadziejnie i letargicznie, że w człowieku budzi się pewien bunt 'koniec, czas zacząć działać'. I otóż to działanie doprowadziło mnie do Chatham, NJ.

Do następnego,
Marta

20 komentarzy:

  1. AAAA! czekam z niecierpliwością na kolejny wpis dotyczący pierwszego spotkania z rodziną ;D a inne Polski które przyjechały z Tobą prowadzą blogi? Powodzenia tam mała! ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dzięki :)
      wiesz co ... z tego, co rozmawiałam z dziewczynami, to większość czyta blogi, ale raczej żadna nie prowadzi :<

      Usuń
  2. Cieszę się, że doleciałaś cała i zdrowa! :) I kurcze... ZAZDROSZCZĘ NY! *.* :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Tyle pozytywnej energii w jednym poście <3
    Gratuluję dotarcia tam, udało Ci się!!! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dzięki dzięki dzięki!
      Obiecałam sobie, że rozwinę się w wielu kierunkiem z naciskiem na to, co pozytywne :)

      Usuń
  4. z jakiej agencji leciałaś? Warunki sypialne - aż się zaśmiałam jak zobaczyłam piętrowe łóżka :D

    OdpowiedzUsuń
  5. jestem w CC Au Pair :)

    Tak, piętrowe łóżka jeszcze podkreślały ten 'kolonijny' nastrój.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. właśnie zaskoczył mnie wygląd pokoi - my miałyśmy pokoje z podwójnymi łóżkami i jedzenie mega!
      sytuacja z Au Pair z samolotu - mega!
      Cieszę się, że dojechałaś szczęśliwie (:

      Usuń
  6. Martusiaaaa, witamy !! Nareszcie :)
    Mega pozytywna energia płynie z tego wpisu, co mnie cieszy ogromnie, bo mega zasługujesz na taką lawinę radości tutaj !
    Będę trzymać kciuki każdego dnia i z niecierpliwością wyczekiwać kolejnych postów.
    Miałam okazję czytając Cię dziś 'przeżyć to jeszcze raz' :)

    TAK ! Jesteś tutaj i zaczyna się właśnie jeden z najlepszych, jak nie najlepszy, okres Twojego życia!
    Jestem z Tobą i pewnie kwestia czasu, a namierzymy się w NYC :)

    A, i jeszcze jedno!
    Odchudzać zaczniesz się dopiero po 3 miesiącach ;p

    Musimy się wymienić kontaktami !

    Buziaki z Rockville Centre do Chatham ! :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję Pati! :-)
      Jak najbardziej jestem za wymianą kontaktów :D i yaaay, już nie mogę się doczekać spotkania w NYC :-)
      Ogarnę się trochę, zaaklimatyzuję i mam nadzieję, że szybko się zobaczymy!

      Usuń
  7. facebook.com/patrycja.zak ! tam chyba najłatwiej będzie !
    :*

    OdpowiedzUsuń
  8. powodzenia wszystkiego dobrego zycze! ;) a ten zachod slonca nieziemski ;) pozdrawiam i mam nadzieje ze do zobaczenia ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. o matkooooo jak ja tez juz chcialabym tam byccc!! ciesze sie ze dotarlas i ze wszystko jest ok !! zycze powodzenia i mam nadzieje, ze ten rok bedzie dla Ciebie na prawde udany :-)

    OdpowiedzUsuń
  10. Yaay! Udało się :D Życzę powodzenia i wytrwałości w diecie "od poniedziałku" :D Haha, ale tak poważnie, życzę Ci najwspanialszego roku w Twoim życiu, przeżyj go tak, że gdy będziesz go wspominać to nie zmieniłabyś nic :)
    Pozdrowienia z wietrznego Śląska <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. buziaki od prawdziwej hanyski z Hameryki :D

      dzięęękuję!

      Usuń
  11. No to pięknie! Już tam jesteś! Życze udanego roku i sukcesów :*

    OdpowiedzUsuń
  12. Aż się zdziwiłam, że CC oferuje takie warunki na szkoleniu ... ;D
    JEZU jak ja czekałam na ten post!!! i czekam na kolejny, powodzenia!!!

    OdpowiedzUsuń
  13. Superr!! Czekam na post o rodzince :)) Też się odchudzam od poniedziałku :P
    Pozdrawiam :))

    OdpowiedzUsuń
  14. Kurcze, aż mam ciarki czytając taki post! Jesteś tam! RANY <3 Troszkę się wzruszyłam (jezu, to brzmi kiepsko haha), ale tak się cieszę!! Trzymam kciuki, żebyś spędziła najwspanialszy rok, bo o spełnianie marzeń przecież chodzi :) Czekam na post o rodzinie, jestem mega ciekawa jak było przy tym pierwszym spotkaniu :)))

    OdpowiedzUsuń