Tak, dzisiaj mija równe 14 dni odkąd przybyłam do małego miasteczka w stanie New Jersey, które całkowicie mnie zauroczyło i to nie tylko przez to, że praktycznie wszędzie można dojść na piechotę dzięki wszechobecnym chodnikom, ale również w związku z tym, iż w bardzo podobny sposób wyobrażałam sobie 'typowe' amerykańskie miasteczko.
Steady, ready - go! Zaczynajmy więc opowieść :-)
W poniedziałek, 13 stycznia obudziłam się przed 6, ubrałam się i grzecznie udałam się do kuchni, gdzie czekała na mnie HM, pijąc spokojnie kawę, gdy ja ze stresu nie wiedziałam dokładnie, co dzieje się wokół mnie. Byłam totalnie przytłoczona rozpiską dnia codziennego i mimo asysty mojej HM przez cały tydzień narobiłam tyle błędów, że czasami miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Oczywiście, od samego początku chciałoby się by wszystko szło 'od tak', a tu się okazuje, że najzwyklejsze spakowanie lunchu staje się filozofią.
Nie będę opisywać rutyny dnia codziennego, bo bym za dużo namieszała jak na jeden post, ale dodam tylko, że moje główne obowiązki polegają na wybudzeniu dzieci i spakowaniu ich do szkoły (6.20 - 8.30), co czasami przebiega bardzo spokojnie, ale zdarza się, że dzieciaki zaczynają się kłócić, są marudne i za Chiny ludowe nie chcą współpracować. Następnie, o 14.45 zaczynam swój pick-up dzieciaków ze szkoły. Do 18.30-19 robimy pracę domową i inne głupotki aż do momentu powrotu HM do domu.
Jak wspomniałam wcześniej - moja HM asystowała mi cały tydzień, bo była w trakcie zmiany pracy i dzięki temu udało mi się mieć przedłużony czas na trening.
Pierwszy tydzień był czystą nauką na błędach, a gdy chwytałam się za głowę, że po raz enty popełniam ten sam błąd - moja HM mówiła, że to najlepszy czas na naukę i że absolutnie nie mam być tym sfrustrowana, a w kolejnym tygodniu nie będę już potrzebować żadnych rozpisek, co jak i o której. Nie chciałam jej za bardzo wierzyć, bo wydawało mi się, że mam TYLE rzeczy do ogarnięcia. Jest piątek, dzień 14 - skubana miała rację, jest o wiele łatwiej i nie potrzebuję już swoich magicznych rozpisek :)
Przez cały tydzień wkręcałam się w ich przyzwyczajenia i zasady panujące w domu. Bardzo charakterystyczne dla tej rodzinki jest to, że są bardzo schludni i lubią czystość. Mi to bardzo odpowiada, bo daje mi to też takie poczucie kontroli (zwłaszcza w nowym miejscu), ale czasami mi się po prostu nie chcę włożyć rzeczy do zlewu i najchętniej zostawiłabym je tam do następnego dnia, ale cóż - nie mój dom, więc trzeba się dostosować.
Spotkałam się z wieloma opiniami na temat obowiązków operek, ale krew mnie zalewa jak słyszę, że ktoś traktowany jest jak 'służący', bo musi wypakować naczynia ze zmywarki lub wziąć pocztę ze skrzynki w drodze do domu. Halo, mieszkamy w nieswoim domu, mamy praktycznie wszystko, co potrzeba, a takie podstawowe czynności ... come on, nie wszystko musi być zapisane w kontrakcie, a czasami jak my pójdziemy na rękę rodzince - jak my będziemy potrzebowali ich wsparcia w danej sprawie, prawdopodobnie to uzyskamy. Proszę nie mylić tego z faktycznym pomieszaniem funkcji operki ze sprzątaczką, co też się zdarza - wtedy jak rozmowa z rodzinką nie pomoże i nie będą potrafili zrozumieć w czym problem - od razu LCC!
W kwestii jazdy samochodem - w czwartek po raz pierwszy sama pojechałam po dzieciaki i ... było super. Uważam, że automatyczna skrzynia biegów, to najłatwiejsze urządzenie świata i mimo dość dużego samochodu - nie ma problemu z manewrami. Momentem przełomowym był bodajże piątek, gdy sama wsiadłam do mojej hondy pilot i po prostu ruszyłam przed siebie. Wydrukowałam sobie mapki i chyba 10 razy zrobiłam wszystkie możliwe trasy. Od tego momentu czuję się pewniej na drodze, jak i w aucie :D
Jeżeli chodzi o prywatność w domu - host rodzinka miała już 7 operek i wie jak ważne jest wyciszenie się i własny kąt. Gdy zamykam drzwi do pokoju, to nikt nie ma prawa wejść. A jak HM ma mi coś do zakomunikowania, to wysyła mi smsa :D Chociaż, staram się mieć mimo wszystko te drzwi otwarte, bo chcę na razie pokazać, że jestem otwarta i dzieciaki mogą wejść kiedy chcą, abym mogła im pokazać trochę swojego świata.
Jedzenie - totalna dowolność. Rodzinka przygotowuje kolacje (w okolicach 18), która jest sto razy lżejsza od tej, którą jadłam we Włoszech i przez którą nie mogłam przez miesiąc spać ze względu na przepełniony żołądek :P O ironio, tutaj bardzo pilnuję się co jem i z każdego produktu krzyczy liczba kalorii (doznałam szoku, gdy zobaczyłam jak zaniżoną liczbę kalorii ma choćby szklanka mleka, czy soku ... Praktycznie dwa razy mniej od tego, co widziałam w PL), a w sklepie można spokojnie wybrać sobie coś o obniżonej zawartości cukru etc.
Dodam jeszcze, że moja HM zaczęła pracę w jednej z korporacji, która produkuje znane wszystkim czekolady i rzeczy tego typu, więc wyobraźcie sobie ile słodyczy dostała w koszyku powitalnym... Tia, jest ciężko :D
Pisząc o moich przyzwyczajeniach i tym, co robię w czasie wolnym ... Myślałam nad tym w jaki sposób kreatywnie zająć sobie czas i troszeczkę się odstresować, więc poprosiłam HM o pomoc w ułożeniu mi treningu pod ... półmaraton :-) Tak proszę Państwa, 4/13 biegnę w półmaratonie. Jest to dla mnie ogromną mobilizacją i bieganie wraz z treningami są dla mnie lekiem na stres. Jeśli zafunduję sobie 3 milowy bieg, to wiem, że bez problemu zasnę, a drugi dzień przywitam z uśmiechem.
So far so good!
W pierwszy tydzień spotkałam się również z dwoma operkami z okolicy. Jedna z nich (Anna) jest Włoszką i razem byłyśmy w szkole na Long Island, a drugą poznałam przez fejsie i jest z tej samej miejscowości, ale przyjechała zupełnie z inną agencją. Jak mi powiedziała, że miała training school w centrum NYC, to ahhh :-)
OK, kontynuując.
Drugi tydzień rozpoczął się w poniedziałek wieczorem ze względu na święto M.L.King'a i dzieciaki dopiero wtedy wróciły z nart. We wtorek przejęłam już pałeczkę i po raz pierwszy sama zajęłam się dziećmi. Podsumowując cały tydzień - z rutyną i zasadami panującymi w domu jest coraz lepiej, a z dziećmi - czują się coraz pewniej w mojej obecności i próbują sprawdzić moje granice w każdej możliwej formie. Czasami są słodcy jak aniołki, rozmowni i uśmiechnięci, a czasami mam wrażenie, że to małe diabełki, które odwołują się na byłą au pair, która 'im pozwolała'. Jest to oczywiście nieprawdą, bo mam z nią kontakt, a gdy pada pytanie w stronę dzieci 'should I ask her if she used to let you do that...?' zapada cisza i jest już spokój.
Tak, to ten czas, gdy dzieciaki próbują wymusić pewne rzeczy i sprawdzić na jak wiele jestem im w stanie pozwolić. Uwierzcie, że czasami mogę się uśmiechać mimo najgorszych przeciwności losu, ale mam też swoją zaciętą minę i wiem, że czasami lepiej nią się posłużyć, bo o ironio - może to pozytywnie zaowocować na przyszłość.
Ten tydzień był dość hm - nietypowy. Raz, zaczął się we wtorek. Dwa - ze względu na opady śniegu, w środę wszystko było sparaliżowane i dzieci miały 'snow day'.
Gdy spadł śnieg we wtorek i temperatura osiągnęła -10, wpadałam na super pomysł i ... poszłam na spacer. Rodzinka strwożona patrzyła się na to, co robię i chyba wzięli mnie za debila, że porzucam ciepło domku i wyruszam przed siebie, ale ja wolałam na siebie patrzeć jako na prawdziwego piechura, wychowanego w syberyjskiej tajdze.
Warto jeszcze wspomnieć o jednym 'dzieciątku' - Paris, która jest 6-miesięcznym szczeniakiem rasy York. Jezu, jaki to jest koszmar :P W sensie, lubię bardzo pieseły i świadomość, że w domu jest pies bardzo dobrze na mnie działa, ale come on... Ten piesełę nie jest nawet prawdziwym piesełę. Paris przypomina bardziej maskotkę z tymi wszystkimi ubrankami i wszyscy się tak na nią rozpływają, a ja sobie myślę, że jakby mój pies to zobaczył, to by się poskładał ze śmiechu :D No, ale bottom line is, że mimo wolnego czasu w ciągu dnia, to co jakieś 1.5-2h muszę ją wypuszczać na dwór, a jako, że jeszcze zdarza jej się obsikać dywan - cały czas trzeba ją mieć na oku. Stąd też ogromna klatka treningowa (training crate), który traktuje jako swój domek i sobie tam siedzi/śpi, bo jak się ją puści samą po domu bez nadzoru, to narobi sobie krzywdy lub obsika każdy dywan.
Tak więc, jest wesoło :D
Jeżeli chodzi o formalności, to w pierwszym tygodniu udało się otworzyć konto bankowe, ale za to niepowodzenia w zdobyciu social security number ze względu na ogromną kolejkę w urzędzie. W poniedziałek zaplanowałam już ponowną próbę.
Konto jest darmowe aż do momentu, gdy skończę 23 lata. Co ciekawe, w placówce banku byłam dwa razy i za każdym razem byłam obsłużona na najwyższym poziomie i facet nawet pamiętał moje imię, gdy ponownie zawitałam do banku :O
W kwestii fail compliation - nie udało mi się zapisać na żadnej kurs (w sensie popołudniowy, czy coś), bo każda uczelnia próbowała mnie zbyć, gdy przychodziło o audit i jak już zaaplikowałam, to nie odpowiedzieli przed końcem rekrutacji i pozdro :> Więc prawdopodobnie wybiorę się na 3dniowy kurs (LIU) w kwietniu.
Wczoraj odbyło się również spotkanie z innymi operkami, organizowane przez naszą LCC. Spotkanie były zorganizowane na kręgielni i powiem szczerze, że samo pójście tam było dla mnie nie lada atrakcją, a tym spotkaniem to tak średnio się przejęłam (głównie przez to, że byłam zmęczona).
Poznałam kilka bardzo fajnych dziewczyn (haha, ja to mam szczęście do Włoszek i Meksykanek :D), ale i tak 90% grupy była z Niemiec i jako, że była to dość spora ilość osób, to praktycznie cały czas było słychać niemiecki, bo one za cholerę nie chciały się integrować. Siedziały w swoich grupkach, broń boże nie podchodź, a jak spróbujesz, to zniechęcą do siebie swoją ojczystą mową :P więc tak średniawo.
Przez te dwa tygodnie przetestowałam również wiele patentów, które miałyby pomóc mi w ogarnięciu się w tym nowym miejscu. Na początku trudno było mi zasnąć, bo miałam wrażenie, że łeb mi eksploduję od ilości informacji. HM drukuje mi codziennie rozpiskę, ale ja i tak muszę sama wszystko sobie jeszcze raz poprzepisywać, popisać i popodkreślać (dużo tego 'po'). Na razie jestem na etapie karteczek samoprzylepnych, małego kalendarzyka oraz drukowanych kartek od HM. Daję radę :D
| Mój magiczny kącik |
| Przedstawiam Paris |
| Żeby nie było, że Hameryka to śmieciowe żarcie :> Takie poranki naprawdę dają pozytywnego kopa. |
| OK, myślałam, że to tylko wymysł filmowy. A tu mamy pralkę i suszarkę :D lol |
| no dobrze, trochę pobiegałam .. teraz czas coś zjeść i zniweczyć wysiłek :D |
| ładnie będzie się prezentować w portfelu :P |
| moje słonko :-) |
A teraz biorę kawę i siadam do czytania Waszych notek!
PS. Specjalnie dla MB - zagadka dotycząca nazwiska rozwiana ... [ʌlrɪtʃ] lol
Buziaki,
M
jak dobrze miec taka host mom co wszystko rozumie ;) jedno mnie tylko zastanawia czy robiac pranie rozdziela sie na kolorowe, czarne? gdzies czytalam ze wszystko razem sie wrzuca hahaha ;)
OdpowiedzUsuńwiesz
Usuńco ... ja dziele wszystko na kolorowe i czarne, a druga grupa to biale.
w domu normalnie sortuje to w zaleznosci od materialu itp, a tu
wszystko na raz laduja :p
ja robię jeden wielki mess, wrzucam wszystko razem i niech się dzieje co chce (:
UsuńTeż mam Hondę Pilota i konto w Bank of America!
Najgorsze już za Tobą!
Trzymaj się ciepło :)
Hahahaha przy fragmencie o psach myślałam że się posikam :D Też mamy pralkę i suszarkę ! :P A auto masz świetne :) !
OdpowiedzUsuńBardzo mocno się starasz, żeby się zintegrować z host family- i na pewno zaowocuje to w przyszłości.
OdpowiedzUsuńJork o imieniu Paris? Jak dla mnie bomba, poza tym całym sikaniem i wariowaniem ;D
I mapa Stanów nad biurkiem- super <3
haha :) no widzisz, a ja Ci zazdroszczę nowych przygód, nowego otoczenia, nowych ludzi, nowych miejsc, nawet nowych dzieci ;p zgadzam się jak najbardziej na taką wymianę!
OdpowiedzUsuńkurczę, zazdroszczę Ci USA, sama waham się co do wyjazdu, ale na pewno nie teraz, jak już to za dwa lata,
trzymaj się ^^
aaa i jeszcze do tego co pisałaś o au pairkach, które narzekają na np. opróżnianie zmywarki - o losie, jak przeczytałam na jednym forum post takiej dziewczyny, która musiała ładować i opróżniać zmywarkę i Hostka raz się spóźniła o pół godziny (!!) matko kochana, przecież my mieszkamy w tym domu, to wstyd nawet nie pomóc przy sprzątaniu po obiedzie... zadziwiają mnie takie postawy, gdzie dziewczyny zachowują się jakby dom Host Rodziny to był dla nich hotel...
OdpowiedzUsuńRacja... dlaczego nie chcą robić tych podstawowych rzeczy, przecież, w końcu też z nich korzystają... Przesada !
OdpowiedzUsuńCały czas przeżywam z Tobą wyjazd ;D
I czekam na każdą notkę ;p
Fajne warunki :) A auto faktycznie bardzo małe :D
OdpowiedzUsuńZnam ten stan gdy mamy tak dużo informacji, że coraz trudniej je ogarnąć Niemniej jednak życzę by udało się to jakoś okiełznać ;)
Pozdrawiam
mi się zawsze podobały duze samochody i do tego z automatem aaahhh raj na ziemi dla kierowców <3 Starsznie mi się podobaja te amerykańskie pokoje, wydają się duzo abardziej przytulniejsze od europejskich ;D Mają takie fajne dywany ;d
OdpowiedzUsuń