Uwaga, zaczniemy dość poważnym wprowadzeniem :)
Żeby nie było zbyt kolorowo i różowo, życie wymyśliło ('samo się') coś tak jakiego jak problemy.
Problemy bywają różne, jedne mniejsze - drugi większe. Dlatego też zatytułowałam ten post w taki, a nie inny sposób - miejmy tylko nadzieję, że ten kubeł zimnej wody nie przybierze formy ciała stałego i spotkanie z tą wodą/lodem nie będzie zbyt bolesne :>
Bez względu na to jak próbujemy zdefiniować problem, pewne jest, że dzięki nim czujemy, że wciąż jesteśmy żywi. Wydaje się, że każdego dnia borykamy się z różnymi sprawami, mając cichą nadzieję, że 'potem będzie spokój', a tu psińco! Czasami dajemy złapać się w pułapkę, że jesteśmy rozczarowani (sobą, życiem?), bo cały czas życie stawia nam kłody pod nogi.
Nic bardziej mylnego.
Jeżeli skupimy się na tym jak bardzo jesteśmy pokrzywdzeni przez los ('victim syndrome'), to nic, ale to nic nie skorzystamy z tychże problemów.
Do czego dążę? Już tłumaczę.
Program au pair ma wiele zalet, o których możemy przeczytać w kolorowych broszurkach, zachęcających nas do wyjazdu ... Możliwość pobytu za granicą, podróże, bardzo konkretna wypłata i warunki bytowe ... Gdzie jest więc haczyk?
Ah tak, au pair to praca na pełen etat! Nie chodzi tylko o to, że każdego dnia trzeba wstać, zrobić to i siamto, co uważane jest za 'obowiązek'.
Chodzi również o to, że au pair mimo swojego doświadczenia, musi zmierzyć się z sytuacjami, które mogą naprawdę przerosnąć człowieka.
Na samym początku operkowe problemy sprowadzają się do dziwnego uczucia, gdy korzysta się z nieswojej lodówki przy rodzince, czy paniki, gdy w domu wysiądzie jakieś urządzenie z jej/jego winy. Są to małe problemiki, ale jakby nie patrzeć są one naturalną częścią procesu, gdy stajemy się częścią host rodzinki. To są problemiki techniczne.
Są również tak zwane 'problemy dzieciakowe'.
Niektórzy nazywają to słabym dniem ... niektórzy po prostu poniedziałkiem, bo zakładają, że każdy tydzień musi się źle zacząć, by było lepiej. OK, nie uważam, że każdy poniedziałek jest zły (wręcz przeciwnie), ale jestem przekonana, że wczorajsza ilość problemów, które skumulowały się w dniu wczorajszym - spokojnie wystarczy na cały tydzień.
Zaczęło się od tego, że jadąc z dzieciakami ze szkoły próbowałam wyjechać na główną drogę i widząc, że kierowca wielkiego chrysler'a włączył kierunkowskaz, założyłam, że skręci właśnie w przecznicę, z której wyjeżdżałam. No to ruszyłam ... i co? Facet przejechał tę przecznicę, zatrzymał się gwałtownie i zaczął trąbić jak szalony.
Jednak, to nie było moim największym zmartwieniem.
Byłam w tak ciężkim szoku, że koleś w ogóle nie zastosował się do zasad, że wyrwało mi się magiczne słowo na 'F' i byłam tym bardziej przejęta niż tym, że właśnie udało mi się uniknać stłuczki.
Potem było już tylko ciekawiej :P
Po powrocie do domu nie było żadnego z rodziców i wraz z dziewczynką robiłyśmy pracę domową i poprosiłyśmy chłopca o pomoc. Wszystko było super, ale w pewnym momencie sytuacja się odwróciła i zaczęli się tak żreć, że przez kolejne 2h był płacz, zgrzytanie zębów i próba pokazania, kto jest tutaj szefem. Z dziewczynką nie mam problemów jeśli chodzi o to kto jest 'in charge', ale za to ile jadki było z chłopcem.
Głowa mnie tak rozbolała, bo to o co się kłócili i jakie rzeczy robili wobec siebie było według mnie totalnie nielogicznie i powiem szczerze - poradzenie sobie z tą sytuacją było jednym z największych dotychczasowych wyzwań.
Musiałam się wyciszyć po tym wszystkim i po powrocie HM do domu, zapakowałam się do auta i pojechałam na spotkanie 'podróżnicze' przy decaf latte i ufff, bardzo dobrze mi to zrobiło :-)
Bottom line is, pojawiły się pierwsze poważniejsze problemy. Czy jestem z tego powodu niezadowolona?
Nie, wręcz przeciwnie.
Przyznam szczerze, że miałam wczoraj naprawdę dość, ale z drugiej strony (o ironio) - ucieszyłam się z tego problemu, bo dzieci zaczęły ujawniać swoje cechy i schematy zachowań, co pozwoli mi w niedalekiej przyszłości opracować dość efektywną strategię jak okiełznać te ich 'fights'.
HD wrócił dzisiaj do domu z trasy i usiedliśmy w kuchni, gdy zaczął przyrządzać danie z 'Polish kiełbasa' i podczas tej pasjonującej czynności, przyznał, że jedna z au pairek już po 3 tygodniach chciała odpuścić, bo miała tak dość tych ich kłótni. W konsekwencji poradzili sobie z sytuacją i została na cały rok.
Czy jestem przerażona perspektywą czekających na mnie kolejnych problemów?
Poniekąd tak, ale cieszę się, że te problemy są, bo naprawdę nie pozwala mi się to nudzić. Takaż to ambiwalencja odczuć.
Czuję, że żyję i że bardzo dużo się dzięki tym dzieciakom nauczę. Nie tylko o nich, o podejściu do dzieci, ale również o tym na ile mnie stać.
Innymi słowy, piszę tego posta by w pewien sposób się wyżalić (ojezu jakaż to ja biedna :D), bo jednak gdzieś tam robi się człowiekowi przykro, gdy pojawiają się takie sytuacje, ale z drugiej strony publikuję to również po to, by uzmysłowić przyszłe au pairki, że nawet jeżeli 3-4 dzieci w potencjalnej host rodzince super prezentuje się na skypie - proszę przemyślcie tę sprawę dwa razy.
Nie podważam tego, że rodzinka może być świetna - zastanówcie się po prostu, czy zdołacie udźwignąć odpowiedzialność i obowiązki, które wiążą się z tak liczną gromadką dzieciaczków :-)
Znam przypadki, gdzie dziewczyny mają po jednym smyku i nie dają rady, a w rodzince z 4 dzieci - radzą sobie super. Jednak, moja bliska sąsiadka (au pair z Włoch) ma 4 dzieci i jest tak wykończona, że wolne dni przesypia i w rezultacie widziałyśmy się może 2 razy w przeciągu tych kilku tygodni.
Trzymajcie więc za mnie kciuki, bo zaczyna być troszkę pod górkę.
Ale z tego, co mi wiadomo, to do sukcesu nie ma żadnej windy - tylko schody, na które trzeba się uczciwie wspiąć kroczek po kroczku.
Na rozluźnienie atmosfery kilka zdjęć :>
| z Paris - moim trzeciem dzieciątkiem |
| haha, a to mój wczorajszy zakup :D Za całe $15 udało mi się kupić przyrząd do ćwiczeń z DVD, przykładowym menu i masą kuponów na produkty fit oraz z kalendarzem ćwiczeń. Pełen czad :D |
| No i dzisiaj musiałam odreagować wczorajszą sytuację ... 3.5 mili - i mózg znów pracuje. |
Też się zgadzam z Tobą niby dwójka słodkich dzieci na skypie a jak już jesteśmy tam to małe diabelki się budzą :) pozdrawiam.
OdpowiedzUsuńJa mam słodką trójeczkę, ale dwoje chłopców dało mi popalić w zeszły czwartek. O matko, ile czasu tu jestem to jeszcze nigdy nie były tak niegrzeczne jak wtedy tego jednego dnia. Na szczęście mam juz pewne tricki i udało mi sie zażegnać kryzysową sytuację. Wyciągnęłam najcięższe dziala: "Nie usmażę w piątek naleśników!" i przestałam się do nich odzywać. Po godzinie przyszli i zaczęli prosić "Pati, mów coś do nas, nie rób tak, będziemy już grzeczni, mów coś, proszę" :D Na 4-6 latki cisza działa najlepiej :D Bo wtedy nikt im nie mowi "ej, spokój, ej przestańcie się kłócić" i nie mają już celu w przedrzeźnianiu mnie robiąc to nadal bo ja rzekomo nie reaguję :D Trzymaj się tam ! :*
OdpowiedzUsuńPati, super sobie poradziłaś z sytuacją :D Powiedz mi, czy mówisz po norwesku, czy głównie opierasz się na ang?
UsuńBo gdzieś mi ta info uciekła ...
Każdy ma cięższy dzień, hm? :)
Bardzo bliska mi osoba kazała mi kiedyś patrzeć na każdą trudność jako sytuację do rozwiązania właśnie :) Wtedy nie ma zbyt dużego natłoku negatywnych myśli, bo jesteś zbyt zajęta znalezieniem sposobu, żeby sobie z tym poradzić. Widzę, że Ty też to stosujesz :) Ja wciąż się uczę, ale jest coraz lepiej!
OdpowiedzUsuńMasz bieżnię w domu host rodzinki? super!
Zgadza się :) Jeśli skupimy się na znalezieniu odpowiedzi dlaczego to się stało i ruszymy dalej - super. Ale gorzej, gdy skupiamy się tylko na tym, dlaczego jesteśmy tak wielce pokrzywdzeni. Przeca to nieprawda!
UsuńTak :) Udała mi się rodzinka maratończyków :)
Marta! Będzie dobrze - wszystkie przez to przechodzimy, więc znajdź w tym jakiś pozytyw - ja zawsze, gdy moje dzieci się kłócą, poprawiam swój angielski, robiąc wielki dramat na cały dom, pakując walizki, krzycząc, bijąc się (oczywiście nie dosłownie :)) z nimi i po minucie wszyscy leżymy uśmiechnięci na sofie. A ja? Pogadałam po angielsku, miałam niezły work out i ujarzmiłam dwójkę chłopców. Walcz, walcz, bo warto się te dwa pierwsze miesiące pomęczyć, by potem było już z górki :)
OdpowiedzUsuńPowodzenia!
Ja jedyne czego się obawiam, to to, że gdy podczas jednej z kłótni, by puściły mi nerwy i mogłabym nieładnie nakrzyczeć na dziecko i później ono poskarżyło by się rodzicom :)
OdpowiedzUsuńTo co napisałaś dało mi dużo do myślenia! :)
OdpowiedzUsuń