niedziela, 26 stycznia 2014

New York trip

Zaczynając pisać tego posta, siedzę samotnie w kuchni, a dokładniej na podwyższonym krześle przy środkowym blacie z białego marmuru, gdy na zewnątrz zawierucha śnieżna, a ja całą sobą celebruję swój 'lazy day' bez host rodzinki :-) Tak, wreszcie - od prawie 3 tygodni nie zaznałam ani chwili świętego spokoju, bo raz - szkolenie na Long Island, dwa - przybycie do nowego domu i związane z tym przygody. Dlatego też, nadrabiam wszelkie blogowe zaległości i po prostu piszę, a jedynym dźwiękiem dochodzącym do moich uszu jest odgłos stukanych klawiszy oraz wiatr za oknem.

No dobrze, przejdźmy do sedna.

Gdy powoli zbliżał się weekend w pierwszym tygodniu mojego pobytu w Chatham, okazało się, że jest to długi weekend dla Amerykanów ze względu na święto M.L.King'a, które dzieci miały spędzić w górach. Co to oznaczało? Pełne dwa dni wolnego oraz połowę poniedziałku. Nie zastanawiałam się więc długo, napisałam do Domi 'jedziemy do NYC' i zaczęłam szukać nam hosta na CS. 
Najpierw napisałam do koleżanki, którą poznałam podczas wyprawy do Irlandii, a która jest sobie aktorką-dziennikarką w Nowym Jorku. Niestety, okazało się, że jest chora i tym samym spotkamy się kiedy indziej. 
OK, nic nie dzieje się bez przyczyny, więc zaczęłam wysyłać requesty na CS. Wysłałam może z 3, a tu jedna z moich 'faworytek' odpisała, że nie ma sprawy i że zaprasza na Brooklyn.
Uuuu, Brooklyn. Wtedy jeszcze wyobrażałam sobie Brooklyn jako ciemną krainę (mam nadzieję, że moja poprawność polityczna nie została zachwiana przez tę metaforę) poza Manhattanem, gdzie zamieszkiwał Dan Humphrey i tyle. O matko jedyna, ale się myliłam.

Moja przygoda rozpoczęła się już w piątek w okolicach 15, gdy spakowałam manatki do plecaka, przywdziałam zimową kurtkę, ciepłe buty i ... w drogę! Doszłam na dworzec w jakieś 10 minut i o 15.13 jechałam już w stronę NYC. Na początku zafundowałam sobie trochę stresu, bo na bilecie było napisane 'insert here' i nie mogłam znaleźć żadnego kasownika. Okazało się, że konduktor sprawdzając bilet, zabiera go i w zamian na siedzenie wkłada jakiś kwitek i tyle. 
Podróż zajęła może z niecałą godzinę i ... witamy w Nowym Jorku :-) Przywitało mnie słońce i o wiele chłodniejsze powietrze niż te, z którym pożegnałam się w Chatham. Umówiłam się z Laurą (hostką z CS), że sama dojadę na Brooklyn (jak szaleć, to szaleć) w okolicach 18, więc miałam sporo czasu na samotną tułaczkę po mieście.
Z Penn Station ruszyłam w stronę Empire State Bd, gdzie nie było żadnej kolejki, ale mi w zupełności wystarczyło rzucić okiem na hol w stylu art déco, zrobienie dwóch zdjęć i obiecanie sobie, że wrócę tam dopiero wtedy, gdy będę mogła z czystym sumieniem spojrzeć na Nowy Jork z satysfakcją, że patrzę na 'swoje', a nie obce mi miasto :-)
Po wyjściu z jednego z najwyższych, a zarazem najbardziej stabilnych budynków świata (maksymalnie odchyla się o 0.5cm przy najsilniejszym wietrze) wyszłam na 5th Ave, która doprowadziła mnie do Madison Square, gdzie 'podziwiałam' bardzo oryginalną twórczość, gdyż kilka drzew zostało specjalnie powyginanych, a na gałęzie położona ogromne białe głazy. Stamtąd już krok dzielił mnie od znanego wszystkim 'trójkątnego' budynku, którego oficjalna nazwa to Flatiron Building, będącego 22-kondygnacyjnym wieżowcem w stylu włoskiego renesansu. 
W konsekwencji doszłam do Union Square, gdzie spotykały się chyba kultury z każdej strony świata i skąd miałam metro linii L na Brooklyn. Sam zakup biletu zajął mi prawie 15 min, bo raz: nie przyjmowało mi niektórych banknotów albo moment, dwa: przy swoich 3 podejściach do automatu, musiałam za każdym razem cofać się na koniec kolejki, która magicznym sposobem się wydłużała.
OK, szczerze powiedziawszy, to mimo 26 linii metra (haha, pozdro Warszawa!) bardzo trudno jest się zgubić. Bardzo dobrze mi szło i byłam już o krok od sukcesu, ale ... 
O cholera, jadę w drugą stronę - pomyślałam, gdy mijałam Nassau Ave, gdy powinnam widzieć napis Broadway. Na usprawiedliwienie się dodam, że w momencie przesiadki nie wiedziałam, czy mam jechać w stronę Queens, czy Church Ave i spytałam się jakieś kobiety o drogę i tak to się skończyło :P
Wysiadłam na Greenpoint i myślałam, że oszalałam albo nabawiłam się jakiś dolegliwości o podłożu psychicznym z tego stresu, bo moim oczom ukazały się polskie banery, sklepy, a mijający mnie ludzie mówili praktycznie wyłącznie po polsku. Dopiero po chwili zebrałam szczękę z podłogi i zdałam sobie sprawę, że najcenniejsze rzeczy znajdujemy wtedy, gdy porządnie zgubimy :-)

Kończąc wątek - w końcu dotarłam na Brooklyn z malutkim 30 min spóźnieniem. 
Moja hostka okazała się mega sympatyczną dziewczyną, która doskonale była przygotowana na odwiedziny couchsurferów. Gdy wspomniałam o widoku na Manhattan z ESB i że nie wiem czy istnieje w miarę tania alternatywa, to Laura założyła kurtkę i powiedziała, żebym z nią poszła. OK, to idę. 
Wyszłyśmy na dachu naszej kamienicy.
Jezu. To mi się nie śni. 
Moim oczom ukazała się panorama Nowego Jorku z pięknie oświetlonym budynkiem Chryslera oraz ESB, gdy na niebie przelatywało tyle samolotów, że można byłoby pozwolić sobie na stwierdzenie, że ilością dorównywało małej konstelacji gwiazd na wieczornym niebie. 
Coś pięknego.
Koniec dnia 1.

Magiczny kwitek w pociągu.

hello NYC

Empire State Bd

TAXI!

specjalnie dla mojej S, powodzenia z pracą lic! :D

mimo zimna było bardzo dużo spacerowiczów i biegaczy

sztuka?

Flatiron Building

Każdy może kupić sobie używany bus szkolny,
a potem sprzedawać ... organiczne warzywa i owoce na Union Square :D

no to w drogę!

jedna z najlepszych hostek jakie kiedykolwiek dane było mi poznać!

a to był mój widoczek, gdy kładłam się spać,
a przed oczami miałam Brooklyn i NYC

jakość średnia, bo było już strasznie ciemno i musiałam
rozświetlić zdj :)
Eh, chill out!

Dzień 2.
Z samego rana wyruszyłyśmy metrem na Brooklyn Bridge, gdzie dopadła nas prawdziwa burza śnieżno-deszczowa, więc po przejściu się 'promenadą' byłyśmy z Laurą całkowicie przemarznięte i mokre, więc skierowałyśmy się do ... Starbucksa :D Oczywiście, był masakrycznie przepełniony. Mądra aplikacja google podpowiedziała nam by skręcić w prawo-lewo-prawo i już byłyśmy w kolejnym Starbucksie, który był zupełnie pusty. 
Wygrzałyśmy się trochę, pogadałyśmy i gdy pogoda się polepszyła, to ruszyłyśmy na Wall Street, a potem na darmowy ferry na Staten Island. Polecam gorąco, bo widoczki są przepiękne i mimo średniej pogody, wrażenia były niezapomniane :-). 
W związku z tym, że umówiłam się z Domi na Grand Central w okolicach 13-14, miałyśmy sporo czasu z Laurą by coś zjeść i zdecydowałyśmy się na ... włoską pizzę :-) Może nie była tak dobra jak ta w Bolonii, ale też da się przeżyć. 
Po przyjeździe Domi zdecydowałyśmy się na spacer do Central Parku, gdyż pogoda dopisywała, a my byłyśmy 'spragnione' Nowego Jorku. Totalnym przypadkiem trafiłyśmy pod The New York Palace, który znany jest nam wszystkim (spora dawka ironii :D) z super dojrzałego serialu Gossip Girl :D 
To śmieszne uczucie, gdy przechadzasz się po ulicach Nowego Jorku i myślisz sobie O znam to miejsce. O to też! I to również! Tylko skąd ja to znam? A no tak. Seriale, filmy i inne telewizyjne bzdurki ...
Zahaczyłyśmy również o ogromny sklep z zabawkami oraz sklep Apple'a, a po przejściu się CP dotarłyśmy do MMOA, którego schody znane są znacznej części czytelniczek z GG :D
Po zrobieniu kilku pamiątkowych zdjęć, doszłyśmy do wniosku, że jesteśmy zmęczone i czas trochę odpocząć. Pojechałyśmy z powrotem na Brooklyn, gdzie poszłyśmy do Junior's, który idealnie wpasowywał się w obrazek 'American diner'. Zamówiłyśmy po kawałku (!) ciasta, a gdy kelner przyniósł zamówienie, to najpierw zaniemówiłam, a potem wybuchnęłam niekontrolowanym śmiechem. 
Zamówiłam sernik przekładaniec, a na talerzu dostałam przynajmniej dwie porcje tegoż ciasta. Ale największym szokiem było ciasta Domi, która dostała je w misce (!), bo było tak ogromne, że by się przewróciło na talerzyku :D Biedaczka nie zjadła nawet 1/3, bo naprawdę - w życiu nie widziałam tak monstrualnego kawałka ciasta, którym najadłaby się cała polska rodzina po niedzielnym obiedzie haha.

Wieczorem zapakowałyśmy się do samochodu i Laura pokazała nam Brooklyn z troszeczkę innej perspektywy. Mieszkałyśmy w bardzo bezpiecznej dzielnicy, ale wystarczyło przejechać 5 min by zobaczyć dzielnicę pełną Żydów wraz z ich śmiesznymi czapeczkami, szpitalami i szkoła, opatrzonymi napisami w ich własnym języku. Po kolejnych 3 minutach trafiamy do dzielnicy pełnej młodzieży, barów i super modnych sklepów. Kolejne 5 min, znowu Żydzi. Po 10 minutach - wszędzie czarno, znowu Żydzi i tak w kółko.
Bardzo ciekawe doświadczenie i powiem szczerze, że bardzo mnie to zdziwiło. 
Nic nie uczy tak jak samo życie :-)

deszczowy NYC

opustoszała promenada...

fenomenalny widok

Starbucks musi być!

Wolves from Wall Street :D

widok z promu

drugie zdjęcie specjalnie dla S!
Hahaha, nie było ani Sereny w środku :P

... i żaden Dan nie czekał :(

udało mi się to zdj, huh? :D

odwołując się na masową TV,
toż to hotel z Kevina!

piesełę z Central Parku

MMOA;
z Laurą.

Junior's :)

pozdrówka!
Mój organizm doznał szoku cukrowego.

A to hit wieczoru :D

Dzień 3.
Szybciutko już, bo bardzo dużo tekstu wyprodukowałam i pokłony jeśli przez wszystko przebrnęliście :)
Wraz z Domi pożegnałyśmy się z naszą hostką i Brooklyn'em, a przywitałyśmy Museum of Natural History, do którego wstęp zapłaciłam całe $ 2, a gdzie spotkałyśmy się z prawdziwym Nowojorczykiem (dzięki Bogu za CS :P), który oprowadził nas po muzeum. 
Potem był bieg na pociąg, a późnym popołudniem dotarłam do domu, padłam na łóżku i już z niego nie wychodziłam aż do dnia następnego. 

dziam dziam!

Twarzowo ze szkieletem w tle.

no i mamy dwie blondi :P

fantastyczne, prawda?

chcę takiego!

i takiego też!

główne wejście do muzeum.

Koniec :-)
Podsumowując, było fantastycznie i jedyne, co mogę powiedzieć - Nowy Jork jest uzależniający. Już planuję powrót, bo mam ogromny niedosyt i już nie mogę się doczekać kolejnej wyprawy.

Keep tight,
M

16 komentarzy:

  1. o boze NYC!!! zazdroszczę Ci strasznie tych wszystkich miejsc a nawet amerykańskiej kawy w amerykańskim Starbacksie ;d widze że EMU tak samo jak w Polsce to must have ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. haha :D moje 'emu' to podróbkowe 'emu' w wersji nieprzemakalnej, więc traktuje te buty raczej jako kaloszki niż śniegowce :D

      Usuń
  2. gdybys byla au pair 4 lata temu to mieszkalabys cale 30 minut ode mnie :D Dokladnie wiem c znacza zamiecie sniezne w stanach NJ albo NY , sama to przezylam :d Matko, tak Ci zazdorszcze, ze juz jestes w USA!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no cos Ty?! A gdzie mieszkalas? :)

      Taaak, sama w to jeszcze nie moge uwierzyc :)

      Usuń
  3. co to jest ten couchsurfing ? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Asiu, to strona, która zrzesza ludzi z całego świata. logują się tam ludzie, którzy potrzebują darmowego noclegu na kilka dni i tacy, którzy oferują się, że ich przyjmą. to oczywiście działa w dwie strony- raz gościsz (jeśli możesz), raz jesteś goszczonym :)

      Martyna, odwołania do GG mnie rozwalają <3 ale głównie dlatego, ze właśnie z powodu NYC zaczęłam oglądać ten serial, później będę chodzić i wszystko pokazywać tak jak Ty. Cudowny jest ten Nowy Jork, super, że miałaś taką możliwość!

      Usuń
    2. tak :-) couchsurfing to taki facebook dla podróżników. Nie chodzi tylko o nocleg, ale pozwala poznać rzesze różnych ludzi na meetingach, czy spotkaniach językowych (=tandemach).

      *Marto :D :*

      Usuń
  4. Cudowne widoczki *____* a sernik, o mamusiu <3 chyba bym tam siedziała i płakała, że nie dam go rady zjeść całego xD
    Pozdrowienia z zaśnieżonych i mroźnych Katowic :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. haha :D dopiero co skończyłam rozmawiać z rodzicami i mówili, że - 11 :P Spoko, tutaj -8 :D

      sernikowe buziaki :D

      Usuń
  5. Chciała bym mieć taki widok z okna ! :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Świetnie ;D
    Ale Ty jesteś ładniutka ;p ile masz lat ?
    Wyglądasz bardzo młodo :)
    Super widoki ♥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. hoho, jestem stara dupa :) 22 lata.
      Ale czesto slyszę, że wyglądam na 16 :P
      Jem dużo warzyw i piję codziennie wodę z cytryną - żadne kremy tak nie działają jak matka natura haha

      Usuń
  7. Couchsurfing to dobro tego świata ! :) Piękne zdjęcia a Ty jesteś jeszcze piękniejsza :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. zgadzam sie, praktykowalas juz?

      Ojeju, dziekuje pieknie!

      Usuń
  8. CS najlepsze! Dopiero poznaję uroki tej strony, ale jeśli można spędzić Sylwestra z CS'owymi znajomymi, to zwiedzać NYC jak najbardziej!!! :) Super, laska mega ci zazdroszczę, że już sama miałaś okazje zobaczyć te cuda!! <3 Ej no i nie zapominajmy o Hotel Empire, może Chuck gdzieś tam czeka???? ;> (o ile Ed nie byczy się w Anglii hahaha)
    Buziaki z Polszy!!! :* <3

    OdpowiedzUsuń
  9. Ale dużo zdjęć :-) Lubię takie fotorelacje.
    Jeśli chodzi o te ciastka to jakaś porcja XXXL :D
    W Polsce to ze 3 kawałki by z tego były.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń