niedziela, 31 stycznia 2016

Żegnam się czule. 365 dni w Polsce

Kochani,

Piszę tego posta dokładnie rok po powrocie do Polski. O ironio, również znajduję się teraz w Warszawie, która poniekąd stała się moim drugim domem i gdzie staram się skupić całą swoją uwagę na magii studiowania. Zaledwie rok temu byłam w punkcie zero - zaczynałam wszystko od nowa i nie miałam bladego pojęcia jak wiele pozytywnego wyniknie jeszcze na długo po opuszczeniu Stanów, a będącego skutkiem doświadczeń tam nabytych.

Ostatnia sobota stycznia 2015. Wylądowałam na lotnisku Chopina w Warszawie. Scenariusze tegoż momentu pojawiały się w mojej głowie przez ostatnie kilka miesięcy, gdy próbowałam za wszelką cenę pogodzić w zadowalający mnie sposób (a wierzcie mi, że charakter perfekcjonistki sporo komplikuje) obowiązki au pair, studentki i podróżniczki. By móc przetrwać te ciężkie chwile zza oceanem, wyobrażałam sobie jaka będzie pogoda w dniu mojego powrotu, w co się ubiorę i nawet co powiem, gdy zobaczę bliskich. Jednakże, jak wiadomo – życie bywa przewrotne nawet w tak prowizorycznych sprawach, więc oczywiście wszystkie moje wybujane scenariusze idealnego ‘come-back’u’ legły w gruzach. Dzięki Bogu za to!

Po pierwsze, w związku z warunkami atmosferycznymi mój lot został całkowicie odwołany, co wiązało się ze sporą frustracją, przepychanką telefoniczną na linii agencja – linie lotnicze, a tym samym – późniejszym powrotem do domu. Po drugie, globalne ocieplenie spłatało kolejnego figla i pod koniec stycznia Warszawa wydawała się bardziej jesienna i depresyjna niż idyllicznie zimowe wschodnie wybrzeże Stanów. Takich drobiazgów można by było mnożyć bez końca. Chociaż, nie jest to moim celem by skupiać się na błahostkach, gdyż najważniejszym jest fakt, że wróciłam cała i zdrowa. Ponadto, moje scenariusze spełniły swoje zdanie, bo przecież przetrwałam te wszystkie ciężkie chwile...

Powrót do domu był dla mnie swoistym symbolem zakończenia pewnego rozdziału, który trwał przez kilka dobrych lat, gdy uciekałam z plecakiem i kilkoma groszami w kieszeni w siną dal, daleko za granicę Polski. Mama zwykła mnie nazywać powsinogą. To rozdział, gdy próbowałam nowych rozwiązań na różnych płaszczyznach, co w rezultacie doprowadziło do wielu bolesnych doświadczeń, ale też wspaniałych przygód i wniosku, że nic nie stoi na przeszkodzie do zrealizowania naszych marzeń.

Wychodząc z hali przylotów, targałam za sobą wielką walizkę, będącą jeszcze pamiątką po moich ‘buntowniczych’ czasach, i psioczyłam w wniebogłosy, gdyż obsługa lotniska totalnie ją zmaltretowała, co sprawiło, że bardziej przypominała obitą ze wszystkich stron cegłę ... Puf! Nagle  zobaczyłam znaną mi twarz przyjaciółki, a potem mojego Taty – wiedziałam, że jestem w domu i wygląd mojej walizki zupełnie przestał mnie interesować. Wtedy jeszcze zupełnie nie zdawałam sobie sprawy, że opuszczając lotnisko oraz znane mi do tej pory amerykańskie życie (o ironio, wracając ‘na stare śmieci’), wychodzę naprzeciw zupełnie nowym wyzwaniom, które całkowicie odmienią moje życie.

W ciągu ostatnich 365 dni doświadczyłam niesamowitych chwil uniesienia i momentów, gdy byłam przekonana, że świat ma się ku końcowi. Udało mi się poznać niesamowitego człowieka, który diametralnie zrewolucjonizował moje życie, mające teraz zupełnie inną jakość. Wyprowadziłam się z rodzinnego domu już miesiąc po wyjeździe ze Stanów, mam ogromne szczęście pracować i spełniać się w tym co robię, a studiowanie na czołowym polskim uniwersytecie daje mi dużo satysfakcji. Poznałam zupełnie nieszablonowe i niezwykłe osoby, które z czystym sumieniem mogę nazwać moimi przyjaciółmi. Z drugiej jednej strony, wiele ważnych dla mnie znajomości utraciłam bezpowrotnie - taki jest już koszt podróżowania. Bolesne, ale prawdziwe.

Był to też rok, kiedy spłynęło na moją rodzinę wiele ciężkich chwil i batalii, które na szczęście udało nam się wygrać, a tym samym wzmocniło więzi i sprawiło, że wszyscy jeszcze bardziej zdaliśmy sobie sprawę jak ogromną wartością jest bycie razem, bycie rodziną.

2015 nie był absolutnie idylliczny. Był cholernie trudny, pełen wyzwań. Gdyby nie fakt, że miałam przy sobie kochające mnie osoby, a bieganie stało się dla mnie nawykiem tak naturalnym jak mycie zębów, to mogłabym zupełnie inaczej podsumować ten rok. Tutaj możecie przeczytać co nie co na temat mojej przygody z bieganiem :-)
Osiągnęłam pewien stan świadomości, gdy mimo zawrotnego tempa życia, człowiek odnajduje spokój w najbardziej prowizorycznych rzeczach, które przypominają mu o co walczy i jak wiele już osiągnął. By utrzymać ten cały chaos w ryzach został podjęta decyzja – biegniemy ultramaraton w 2016 roku.

COOO.

No, tak to mniej więcej wyglądało. A tak poważnie,  bieganie ultra stało się naszym (moim i D.) marzeniem od praktycznie początku naszej znajomości, a ten rok zdaje się wręcz idealny do zrealizowania celu. Mamy tyle na głowie, że tajemnicą jest jak znajdujemy czas na sen, ale tym samym wymaga to od nas naprawdę nieźle przygotowanego planu oraz dyscypliny by w tym wszystkim nie zwariować. W związku z tym, że nasze życie stało się istnym roller-coasterem, doszłam do wniosku, że to całkiem niezły pretekst by znowu zacząć pisać, co zawsze pozwalało mi na uporządkowanie myśli, a fakt, że ktoś mógłby się dowiedzieć czegoś pożytecznego i praktycznego sprawia, że miałabym dodatkowy bodziec by poszerzać swoją wiedzę.

Tym samym, drogi Czytelniku/Czytelniczko, zapraszam Cię na nowego bloga, poświęconego mojemu zwykłemu życiu, w którym staram się pogodzić rzeczy tak prowizoryczne jak naprawa zepsutego termostatu mojego piętnastoletniego opla, przygotowanie kolejnego wegańskiego deseru z dziwnie wyglądających składników, odhaczenie podbiegów i zbiegów w ramach co tygodniowego treningu biegowego, wstanie przed 5 w sobotę by móc zdążyć na uczelnię 300km od domu oraz tego typu podobne czynności, które składają się na moje ‘ultra-living’.

Żegna się z Wami Marta-au pair by móc rozpocząć fascynujący projekt biegowo-lifestylow’y, gdzie będzie dużo konkretów biegowych oraz tych związanym ze zdrowym odżywaniem, masa inspiracji, pozytywnej energii i naprawdę dużo blogerowo-czytelniczej swobody. Będę się starała pisać po polsku i angielsku, więc mam nadzieję, że każdy znajdzie coś dla siebie.
Na razie pomysł kiełkuje i stronka będzie przechodziła wiele modyfikacji, ale hej - gdzieś trzeba zacząć, prawda?

https://martaruns.wordpress.com/

Pozdrówka i dzięki za wszystko - to była super przygoda!

Marta

Świat tylko czeka by go zdobyć!



3 komentarze:

  1. Mistrzyni powróciła <3 Strasznie fajnie było móc znowu coś tu przeczytać, jak zobaczyłam informacje o poście to byłam w szoku, ale pozytywnie. :) Cieszę się, że będziesz dalej pisać, nowego bloga dodaje do ulubionych i będę regularnie zaglądać.
    Dzięki, że znowu jesteś! Powodzenia we wszystkim co robisz! :)

    Ola

    OdpowiedzUsuń
  2. Ciekawy post:-) i plan na pisania bloga o Twoim codziennym życiu w Warszawie, które brzmi fascynująco:-). "Byłam Au Pair - i co dalej" - to pytanie zadaje sobie wiele au pair po powrocie do Polski. No właśnie, nie tylko wyjazd Au Pair to wielka zmiana, ale tez powrót, odnalezienie nowych celów, dostosowanie się do życia tutaj. Gratulacje i czekamy na Twoje dalsze motywujące posty:-) i opinie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak ten czas szybko zleciał :)

    OdpowiedzUsuń