środa, 15 października 2014

Jak nie przytyć w Stanach? // Fall part 1.




Na długo przed przylotem do Stanów miałam w głowię obraz siebie większej o trzy rozmiary po roku spędzonym na amerykańskiej ziemi, gdzie co trzecia osoba uważana jest za otyłą. Dla ścisłości, otyłość stwierdza się przy BMI większym niż 30 (19 - 25 wartość prawidłowa, 25 - 30 nadwaga). Przyznam szczerze, że byłam lekko spanikowana jak to będzie wyglądać przez ten rok, bo w końcu tyle pokus, tyle hamburgerów .... Ale hola! Nic bardziej mylnego.

Nie będę się tutaj rozwodzić na temat chemii, która jest pakowana w te wszystkie ulubione przez Amerykanów solone snacki (czipsy, gold fish, precle), dania gotowe (mac'n'cheese, mashed potatoes, spaghettios), słodycze (oreos, chocolate-chip cookies, chocolate bars), słodkie napoje (cola, gatorade, capri sun) etc. Nie chcę pisać o kwestiach technicznych tego, co jest tak naprawdę w jedzeniu (albo raczej w czymś na wzór jedzenia), które sprzedawane jest w Stanach. Jednakże, chciałabym podzielić się z Wami kilkoma obserwacjami na temat tego, dlaczego Amerykanie jedzą tak dużo i jak nie przytyć żyjąc właśnie zza oceanem.



Po pierwsze, czy zwróciliście kiedykolwiek uwagę jak OGROMNE są kuchnie w Stanach? Włączcie sobie jakiś serial amerykański (chociażby Modern Family) i zwróćcie uwagę, że na środku w większości przypadków jest tak zwana 'wysepka', która stanowi centrum pomieszczenia. Znajduje się tam bardzo dużo małych i dużych szufladek oraz szafek, które aż się proszą o wypełnienie ich jedzeniem. Poza tym, lodówka (również bardzo dużych rozmiarów) świeci pustkami, a dwie zamrażarki w piwnicy proszą się o uzupełnienie zapasów ... No, ale nic nie szkodzi, bo dopiero co (w porze lunchu/po śniadaniu) usłyszeliśmy w TV, że jest super deal w Costco (siecówka nastawiona na sprzedaż hurtową; wymagany jest wykup członkostwa; świetne okazje idą w parze z ogromnymi ilościami) i tym samym odpalamy naszego Chevi albo GMC (sporej wielkości samochody, które pozwolą nam na zapakowanie naszych wielkich zakupów) i w drogę!



No i się zaczyna. Okazja goni okazję ... Kupujemy coraz więcej i więcej ... ale w końcu o nic nie musimy się martwić, bo mamy sporo miejsca: a) w samochodzie do przewiezienia zakupów b) w kuchni. Moje pytanie brzmi: czy naprawdę potrzebujemy takiej ilości jedzenia w naszych żołądkach?

Kolejną sprawą jest wielkość zastawy kuchennej. Im większy talerz, tym więcej sobie nakładamy, a tym samym - więcej jemy. Polecam zrobić sobie małe doświadczenie i wybrać się do jakiegoś antykwariatu/sklepu z antykami i poprosić o zastawę kuchenną. Dostaniemy malutkie talerzyki i kubeczki. Malutkie? Nie, kiedyś zastawa była po prostu mniejsza, bo jedzenie nie było tak dostępne jak teraz i w rezultacie - jedli by żyć, a nie na odwrót jak to się utarło w dwudziestym pierwszym wieku. Ta sama kwestia tyczy się szklanek i kubków - niejednokrotnie można kupić ogromne szklanki (nawet do 0.75 L), do których bezmyślnie wlewamy sobie ulubiony fuzzy drink, rozpychający nam żołądek i wyżerający wapń z kości.

Podsumowując - wszystko sprowadza się do słowa NADMIAR. Nadmiar miejsca w kuchni, samochodzie, czy nadmiar produktów w sklepie i 'świetnych' okazji wraz z brakiem ruchu oraz wiedzy na temat zbilansowanej diety/zdrowego odżywania i czystego lenistwa (Amerykanie to mistrzowie w opracowywaniu strategi mających na celu pogłębienie ich lenistwa) owocuje ogromną liczbą osób otyłych. Oczywiście, składa się na to milion innych czynników, ale wymieniłam kilka kluczowych, które często są pomijane (no bo wszystko się zwala na fast-foody, złe jedzenie na stołówkach w szkole, brak ruchu), a przecież w ogromnym stopniu wpływają na szerokość naszej talii.

Po ponad 9 miesiącach w Stanach wyrobiłam sobie kilka zdrowych (!) nawyków, które nie tylko sprawiły, że maratony mi nie straszne, ale również zaowocowały świetnym samopoczuciem i energią na cały dzień :-).
A więc, co robię by nie zwariować w hamburgerowym raju zwanym USA?
1) Jem na małych talerzach (jesteśmy w stanie najeść się mniejszą porcją jeśli jest ona zaserwowana w odpowiedni sposób)
2) W restauracji dzielę danie na pół i tym samym mam obiad + lunch na drugi dzień
3) Piję bardzo dużo wody (nawet 2 - 2.5 L dziennie); przed każdym posiłkiem wypijam szklankę wody, co sprawia, że automatycznie mniej jem. Jednakże, nie popijam posiłku.
4) Jem 5-6 posiłków dziennie w odstępach 2-3h (śniadanie, lunch, kolacja, dwa snacki)
5) Uprawiam sport (biegam 3-4 razy w tygodniu, ćwiczenia siłowe 2-3) - zawsze to lepsze od bezmyślnego łażenia po centrach handlowych dla zabicia czasu :P
6) Dzień zaczynam od szklanki wody oraz ciepłej wody z cytryną, która cudownie odkwasza organizm
7) Staram się jak najwięcej chodzić (spacery, wycieczki piesze)

A poza tym to jem najnormalniej w świecie. Od czasu do czasu pozwolę sobie na coś słodkiego albo niezdrowego - wszystko jest dla ludzi, ale w granicach rozsądku. Przecież jesteśmy w zupełnie nowym kraju i to naturalne, że chcemy wszystkiego spróbować :-)

*powyższe zdjęcia zostały zapożyczone z wesołych Internetów!

To tyle z kwestii jedzeniowych, teraz troszkę fotek z ostatnich 2 tygodni. Jesień w pełni :-)

spacerki w skąpanym w słońcu Chatham

froyo z Caro i Lisą :D

No i zaczynają się Halloween'owe dekoracje!

Niektóre są naprawdę przerażające (zwłaszcza w nocy) ... ale niektóre są po prostu komiczne!




Halloween się zbliża i cała machina zakupowa ruszyła ... 


a to moja trasa biegowa :-)

w weekend miałam wolne i wybrałam się do Anny z Carolin.
Urządziłyśmy sobie babski wieczór :-)

najpierw wino i spaghetti

a potem wesołe śpiworki, just dance oraz filmy do godzin porannych

a to nasz towarzysz - Sandy

niedzielny chill out z Sunny

ah, kocham takie niedziele :-)

wybrałyśmy się na wycieczkę do Paterson, ale nic oprócz wodospadu tam nie było.
To chyba jedno z najgorszych miejscówek pod względem przestępczości w jakich dane mi było być :P

Pierwsza fota z rangersami !!!!
z Vilmą, Anną i Caro

Paterson Waterfalls (że niby największe po tej stronie Missisipi - jakoś nie chce mi się wierzyć!)

6 komentarzy:

  1. "Nadmiar" to IDEALNE słowo. Do tej pory czasami łapię się za głowę, jak widzę niektóre porcje... Według mnie, jeśli ktoś w Polsce nie miał problemu z tyciem, a w Stanach nagle przybywa mu kilogramów, to problem jest tylko w kwestii samokontroli. A raczej braku samokontroli :).
    Fajny post!

    OdpowiedzUsuń
  2. pozdrawiam od mojej hostki. w domu nie mam cukru, soli ani słodyczy. w lodówce sama zielenina i organiczny jogurt za 11$ chleba też nie ma (ewentualnie i to czasami bajgiel pełnoziarnisty). mięsa prawie nie ma (tylko ryby). jak tak dalej pójdzie to może nawet schudnę;p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. hahaha, miałam to samo + porady mojej Hostki i jej koleżanek dotyczące najlepszych sposobów odchudzania (:

      Usuń
  3. Jak czasem oglądam "łowców promocji" to się za głowę łapię, po co komu TYLE żarcia! Ja uważam, że nawet jak się w ciągu dnia ulegnie pokusie i zje słodycze, czy fast food to wystarczy wieczorem poruszać się i wszystko wróci do normy. Ja mam tak, że biegam prawie codziennie, a w diecie nie robię żadnych rewolucji, dopiero gdy chcę coś "zrzucić" odstawiam słodycze, białe pieczywo i inne tuczące produkty :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Przyznam szczerze, że przyciągnął mnie już sam tytuł :) Temat bardzo ciekawy mogący przynieść mnóstwo długich rozmów i porównań.

    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie ma co masz rację, więcej jedzenia to zawsze większa pokusa i jeszcze jeśli na każdym kroku można znaleźć jakieś słodkie przekąski i sklepy w których pełno nieznanych nam słodkości :)
    Najważniejsze znać umiar a nie ograniczać sobie wszystkiego!

    Pozdrawiam
    Ana :)

    OdpowiedzUsuń