środa, 5 listopada 2014

Long Island University / Fall (2) / Halloween

W kwietniu po raz pierwszy zawitałam na Long Island University, którego kursy tak bardzo mi się spodobały, że postanowiłam zdobyć pozostające mi 3 kredyty właśnie tam jeszcze przed Halloween. Zdecydowałam się na kurs Enhancing Your Digital Lifestyle, który na pewno nie należy do najbardziej wymagających pod względem wiedzy, ale przyznam szczerze, że praca z Mac'iem bardzo mi się podobała i jako, że udało się zorganizować większą grupkę znajomych - więcej z tego było zabawy i przyjemności niż faktycznej nauki.

Co więcej, tym razem udało mi się zyskać troszkę bardziej kampusowego doświadczenia, bo nie tylko wyrwałyśmy się z Carolin (razem byłyśmy na tym samym kursie; reszta znajomych uczestniczyła w pozostałych dwóch kursach) na mecz siatkówki, gdzie mniej chodziło o wynik, a więcej o doping i cały fun z nim związany. Ponadto, mogę spokojnie odhaczyć imprezkę na kampusie, która była bardzo ciekawym przeżyciem :D

Nie będę się rozpisywać jak dojechać/jakie są warunki na LIU, bo w jednym z kwietniowych postów możecie znaleźć wszystkie informacje.


pierwszy posiłek na kampusie





Tak właśnie uważamy na zajęciach :-)

z Anną i Carolin
Jako, że zajęcia na LIU miały się rozpocząć już o 18 w piątek, poprosiłam hostów o połowę dnia wolnego i tym samym udało mi się być na Manhattanie już o 11.30. Wzięłam PATH pod WTC i uznałam, że to świetna okazja by fundnąć sobie spacer i zwrócić uwagę na troszkę inny Nowy Jork - nie pod kątem hitów turystycznych, a zwykłych (i niezwykłych) ludzi oraz maleńkich detali, które składają się na urok Big Apple.

Street food - bardzo charakterystyczne dla NYC



Soho - tylko tam możemy przejść się uliczkami wybrukowanymi kostką

Film shoot - smile everybody!

kawunia, piesio, gustowny outfit - a to wszystko CZARNE

nie trzeba mieć profesjonalnego bębna by świetnie grać :-)

hey mommy, I love u!




Halloween - nie ukrywam, że co roku wraz z moja cudowną Kasiarzyną robiłyśmy coś na Halloween od czasu, gdy byłyśmy małymi dziećmi. Bawiłyśmy się w dyniowe dekoracje, szalone popisy kulinarne (tak, wyobraźcie sobie te delicje w wykonaniu kilkuletnich dziewczynek), robiłyśmy swoje własne przebrania i chodziłyśmy 'trick or treat' po sąsiadach, którzy zupełnie nie znając zwyczajów krajów anglosaskich (a przypomnijmy, że był to jeszcze XX wiek!) patrzyli się na nas z ogromnym strwożeniem i zaskoczeniem ...
Dlatego też widok dekoracji Halloween'owych, które pojawiły się już w połowie września, czy to w sklepach, czy na domach - sprawił, że ogromny uśmiech zagościł na mojej twarzy. Bo w końcu mam szansę by zrobić z siebie totalnego głupa, dobrze się bawić i po prostu być żywą częścią amerykańskiej kultury.
A jak było w praktyce?

Zacznę od dnia 30 października, kiedy jest tak zwana Mischief Night. Nie będę się tutaj rozpisywać, bo wikipedia przychodzi z pomocą i uważam, że to dość trafny opis całego zwyczaju:

'Mischief Night tends to include popular tricks such as toilet papering yards and buildings (należy to rozumieć jako istne bombardowanie papierem toaletowym domów/drzew), powder-bombing and egging cars (nie jest to zbyt popularne, gdyż oprócz bałaganu możliwe są dość duże szkody), people, and homes, using soap to write on windows [...] smashing pumpkins and jack-o'-lanterns (w naszym cichym Chatham raczej tego nie praktykowali, bo za dużo tutaj idyllicznych rodzinek z dziećmi, które by umarły z rozpaczy, gdyby ktoś poniszczył ich dynie).  Less destructive is the prank known as "Knock, Knock, Ginger", "Ding-Dong Ditch", "knock down ginger", or "knock-a-door-run", in which children ring doorbells or knock on doors and then run and hide. (stosowane na potęge)'

W rezultacie, w naszym ogrodzie znalazła się ogromna dmuchana świnia i kilometry papieru toaletowego, który zwisał z drzew i z dachu ...

A Halloween? Odwiozłam dzieciaki do szkoły i po załatwieniu kilku spraw, doszłam do wniosku, że czas najwyższy zacząć pracować nad swoim własnym przebraniem. Hostka pożyczyła mi część kostiumu, a nad resztą musiałam sama popracować. Wszystko zakończyło się sukcesem, bo po dzieciaki przyjechałam już w stroju Oktoberfest girl :D Po powrocie do domu trzeba było zrobić kilka rzeczy, a po 5 byłam już OFF :-) Witaj weekendzie!
Najpierw odwiedziłam Magdę, a następnie razem przeszłyśmy się do Caro, która zaprosiła nas na imprezę Halloween'ową, która mimo tego, że była zorganizowana dla ponad 15 dzieciaków w wieku 3-6, to i tak świetnie się bawiłyśmy :D
Po powrocie do domu moje dzieciaki pochwaliły się zdobyczami słodyczowymi - to się w palę nie mieści ile tego zebrały. Mój M. uznał, że za 1000 lat tego nie zje i chce wszystko oddać na akcje charytatywne, ale mała M. uparcie twierdzi, że wszystko zje. A wierzcie mi, że to są OGROMNE ilości liczone w reklamówkach :P





Oh, kocham to zdjęcie!

 No i troszkę zdjęć jesiennych:







już się troszkę chłodnawo zrobiło ...



Loantaka Reservation - podczas jednego z naszych magdowo-martowych lunchy :D

no i moje pytanie: to jest bardziej fajne/straszne/obciachowe?


oczywiście ... po co komu umiar - lepiej postawić GIGANTYCZNEGO kota przed domem.


Sobota przyniosła deszcz. Bardzo dużo deszczu.
Depresyjna aura nie zepsuła jednak naszych planów, bo wraz z Magdą wybrałyśmy się do Elizabeth, gdzie odwiedziłyśmy Jersey Gardens i IKEA. Nie ma za bardzo co opisywać oprócz tego, że troszkę rozczarowała mnie IKEA. Po pierwsze była o wiele mniejsza od tej katowickiej (haha, ale sentymenty), a po drugie - jedzenie było no ... zamerykanizowane! Ze standardów 'ikeowych' były klopsiki i łosoś - koniec. Reszta to mac'n'cheese, frytki i fried chicken ... Nie było mojego ulubionego ciasta migdałowego, a kawa była 'regular' albo 'decaf' i podawana w papierowych kubkach ... No kurczę, nawet IKEA musiała się dopasować do warunków panujących w Ameryce.
Do tego tak zwanego - d o b r o b y t u.

nie ma to jak zakupy - to zawsze poprawia humor :-)

bardzo ciekawa obserwacja:
było tyle ludzi i tak ogromne kolejki, że frustracja/głód wzięły górę i kupiłyśmy zwykłą
chińszczyznę by było szybciej. Dało mi to do myślenia, bo normalnie w życiu bym się na to nie zdecydowała,
ale pod wpływem głodu i ogromnej masy ludzi, było mi już wszystko jedno.
Wtedy też zauważyłam, że w Jersey Gardens nie ma zbyt dużo zdrowych opcji -
w sumie, nikt i tak nie ma czasu się głębiej zastanowić co zjeść, bo panuje tam istny MŁYN.


a to już lotnisko w Newark, które znajduje się zaraz przy Jersey Gardens i IKEA.

prawie jak w domu :-)



a tak wyglądała 'stołówka' - udało nam się dorwać miejsce przy oknie
i tym samym mogłyśmy obserwować lądujące samoloty
i wzdychać by znowu móc się w jakimś znaleźć haha

Cóż jeszcze ... dość ciężki tydzień, bo dzieciaki nie mają szkoły przez 2.5 dnia, co spowodowane jest zakończeniem 'grading period' i tym samym konferencjami/spotkaniami nauczycieli, którzy dyskutować będą na temat ocen dzieciaków. No, ale za to mam weekend dla siebie i planuję chill out, pieczenie i gotowanie, skajpowanie oraz ... porządki (w końcu muszę wziąć się za selekcję papierzysk/ciuchów/pierdół, które nazbierałam przez 10 miesięcy i które można wyrzucić, a które trafią do paczuszki w kierunku Polski).

Have a great week,
M

7 komentarzy:

  1. Twoj kostium tez byl mega fajny, mierzylam takie w sklepach z kostiumami, ale wiekszosz tych sukienek byla na mnie za krotka... Wiec psotanowilam wkoncu sama cos wykombinowac! I o maaaaaaaaaaaaaatko mam ogromna nadzieje, ze w grudniu uda mi sie przyjechac do Nowego Jorku, jestem tu juz pol roku i ani razu tam nie bylam hahaha :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no ta też była bardzo króciutka, więc hostka pożyczyła mi jeszce taką różową haleczkę, która tak fajnie rozkloszowała spódniczkę od kostiumu i było spoko :D
      Ale przyznam szczerze - ja się ledwo wbiłam w ten kostium i aż mi się dziwnie zrobiło na myśl, że moja hostka jeszcze 2 lata temu się w nim pięknie prezentowała na Oktoberfeście w Niemczech :P

      Usuń
  2. Pojęcia Amerykanie i umiar zazwyczaj się ze sobą kłócą, więc dla nich i ten kot pewnie jest gustowny :P

    o matko, 10 miesięcy ale przeleciało :o

    OdpowiedzUsuń
  3. Fajny kostium, sama chciałam coś takiego, ale tak, jak koleżanka wyżej - wszystko było za krótkie :P.

    OdpowiedzUsuń
  4. Za każdym razem zachwyca mnie różnorodność USA pod wieloma względami :) Zdjęcia tylko utwierdzają mnie w przekonaniu, że warto poznawać nowe kultury i podróżować by zobaczyć "inny" punkt widzenia.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. Widzę, ze zdrowo się jada na tym kampusie :D
    Kostium udał Ci się super, totalnie wyglądasz jak z Oktoberfestu, brałabym od Ciebie piwo! :D A tak serio to jak dzieciaki zareagowały jak Cię zobaczyły? I za co były przebrane?

    Trochę mi tęskno do takiej kolorowej jesieni jak oglądam te wszystkie jesienne zdjęcia.

    Zapomniałam, ze juz niedługo wracasz do domu, jak ten czas leci.... Jak się z tym czujesz? Masz jakiś plan na to co zrobisz jak wrócisz?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. haha. Mam nadzieję, że w styczniu będziemy miały okazję wybrać się na piwo w Cali :-)
      Mała dostała prawie zawału, bo uznała, że jeszcze takiej 'girly' wersji mojej osoby nie widziała :P

      No jesień jest tutaj przepiękna - kto by pomyślał, że przełom października/listopada będzie tak kolorowy.

      Wracam już w styczniu! Pierwsze miesiące się ciągną niemiłosiernie, ale po 3-4 miesiącu ... Ja nie mam pojęcia, gdzie mi wrzesień/październik uciekł.
      Czuję się dobrze. Cieszę się, że wracam, ale staram się jak najwięcej wynieść z czasu, który pozostał mi tutaj :-)
      Planów miliard. Co z tego wyjdzie - zobaczymy!

      Usuń