wtorek, 25 listopada 2014

Happy Bday!

Nie ukrywam, że zawsze podobał mi się fakt, że mam urodziny w listopadzie, który dzięki temu nie był dla mnie tak bardzo szarym i ponurym miesiącem, kojarzonym z deszczem, krótszymi dniami i Andrzejkami (za którymi zresztą osobiście nie przepadam). Po drugie, pozwala mi to również poczuć, że jest to pewnego rodzaju zwieńczenie całego roku. Coś na co pracuję 11 miesięcy - czy to pod kątem pracy, szkoły, czy rozwoju osobistego. Po prostu, zwieńczenie wysiłku. Nagroda. Urodziny.

Ten rok jest szczególny w każdym możliwym tego sensie znaczeniu.
Ostatnie 11 miesięcy spędziłam nie tylko w innym kraju, ale przede wszystkim na innym kontynencie.
Mam pracę. Mam host rodzinkę, z którą mam niesamowity kontakt.
Nawet dorobiłam się dwóch dzieciaczków! (szybko poszło, co?)
Mam zupełnie nowych znajomych, jak i również przyjaciół, z którymi nie wyobrażam się rozstać pod koniec stycznia.
Znienawidziłam Time Square, co oznacza, że jest we mnie co nieco z Nowojorczyka :-)

Nigdy nie byłam materialistką i dlatego nie planowałam żadnego zakupu na urodziny. Dla mnie prawdziwym prezentem było to, że spędziłam niesamowite urodzinowe dni (a było ich aż 4!) z najbliższymi mi tutaj ludźmi, którzy w znaczny sposób nie tylko wpłynęli na moje zdolności poznawcze w Stanach, ale przede wszystkim mieli znaczną rolę w zmianach, które ukształtowały osobę, którą jestem teraz.

Dziękuję wszystkim. Tym dobrym i złym. Przyjaciołom i wrogom. Naprawdę doceniam to, że w pewnym momencie pojawiliście się na ścieżkach mojego amerykańskiego życia.

Jestem również wdzięczna losowi za przyjaciół, którzy czekają na mnie w PL. Gdyby nie fakt, że jest kilka BARDZO bliskich i ważnych mi osób na ojczystych ziemiach, to prawdopodobnie bym zrobiła wszystko by zostać tutaj. Tak więc, również ślę soczyste całuski w stronę Śląska (i Zagłębia Dąbrowskiego - żeby nie było haha).
Dostałam przepiękne życzenia, niesamowitego maila z uroczymi zdjęciami, fenomenalny filmik z motywem 'Kiepskich' i szczerze? Żaden iphone, torba od MK, czy designerskie buty nie są w stanie dać takiego poczucia szczęścia jaki daje świadomość, że ludzie o Tobie pamiętają bez względu na upływ czasu i dystans.

OK, tyle z wprowadzenia. Jedziemy dalej ...

Cóż mogę rzecz?
To były NAJDŁUŻSZE urodziny mojego życia. Nie tylko dlatego, że świętowanie zaczęło się już w czwartkowy wieczór (formalnie obchodziłam urodziny w sobotę), a zakończyło w niedzielę, ale również dlatego, że duchem świętowałam je na dwóch różnych kontynentach i w dwóch bardzo różnych strefach czasowych.

W czwartek po pracy moja host rodzinka zabrała mnie na kolację do Cheesecake Factory, gdzie o dziwo od razu udało nam się znaleźć stolik. Usiedliśmy sobie w uroczej loży - ja z małą po jednej stronie, a mama z chłopcem po drugiej. Spędziliśmy dobre dwie godziny po prostu rozmawiając, żartując i dzieląc się przemyśleniami na temat tego, co nas w przyszłości czeka - mnie po powrocie do domu oraz rodzinkę po przybyciu nowej au pairki. Wykorzystaliśmy też tę okazję do małych podsumowań i po prostu ... ah serce mi się kraja na myśl, że w styczniu będę musiała się z nimi pożegnać. Miesiącami pracowaliśmy nad tym by się dogadać i w końcu 'zakliknęło', a jak to w końcu nastąpiło, to staliśmy się jedną drużyną. Z dobrymi i gorszymi dniami, ale drużyną :-)

No i cóż jeszcze ... Było dobre czerwone wino, chicken pasta oraz cheesecake ze świeczką oraz przystojnymi kelnerami (i jedną średnio ogarniętą kelnerką haha) śpiewającymi 'Happy Birthday'.
I nasz szeroki uśmiech na twarzy. I poczucie, że to najlepszy rok mojego życia. I że w życiu nie chciałabym mieć innej host rodzinki.

polecam z całego serca chleb z Cheesecake Factory - pychota!

warto było być na diecie lekkostrawnej przez ostatni tydzień haha

no i proszę bardzo - z moim dwoma aniołkami/potworkami :D

nie ma to jak głupiutkie selfie!

na scenę wkracza sławny Oreo Cheesecake (sernik)

nic tylko by jeść i ... tyć!
Piątek rozpoczął się standardowo, bo od 6 rano, gdy zaczęłam budzić dzieciaki do szkoły, a tym samym usłyszałam już po raz drugi 'Happy Bday', na co odpowiedziałam, że dziękuję, ale techniczne urodziny mam dopiero dnia kolejnego :D. Gdy odwiozłam je do domu, to postanowiłam jeszcze się trochę przejść, gdyż mimo temperatury poniżej zera, to zapragnęłam złapać kilka promieni słońca, a tym samym witaminy D. Krótki spacer dodał mojej buzi trochę kolorów, co od razu poprawiło humor. Cały dzień szybciutko zleciał, bo miałam do ogarnięcia jeden playdate, fryzjera z Paris oraz szofer duties z moim małym. Na kolację przyszła ciocia dzieciaczków, która w zeszły weekend również przebiegła pół-maraton (w LV!) i chciała mi życzyć powodzenia oraz 'happy bday!'. Mega pozytywna energia i ... bardzo dobry teriyaki chicken autorstwa mojego hosta :-)

uwielbiam to zdjęcie :D
Paris wyglądała jakby miała iść na ścięcie - a przecież to tylko wizyta u psiego fryzjera!

No i te flagi wszędzie :-) 
Przymrozki sprawiły, że wszystkie liście pospadały z drzew w ostatnim tygodniu

Sobota - drrrrrryń drrrrrryń. Godzina 6.30. 
Wyłączam budzik. Przewracam się na drugi bok.
'Mam 23 lata... (mija około 10min) Cholera, spóźnię się na autobus jak teraz nie wstanę!!!'
I jak poparzona wyskakuje z łóżka, ogarniam co trzeba, biorę śniadanie i zarzucam torbę na plecy by nie spóźnić się na spotkanie z Magdą, z którą wyruszamy na autobus do Nowego Jorku, gdzie mamy spędzić cały weekend. Zero Internetów. Zero kontaktu ze światem wirtualnym. Czysty relaks i ... bieganie :-) 

Wylądowałyśmy na 14th St i wielkim zbiegiem okoliczności postanowiłyśmy, że poczekamy na kolejny pociąg L i tym samym wpadłyśmy na Adriana! Haha. No shit happens without a reason, right? Udaliśmy się na Jefferson Street, skąd skierowaliśmy nasze kroki do centrum Bushwick'u, gdzie wynajmowałyśmy mieszkanko (ja i Magda oraz 3 inne au pairki, które miały dołączyć do nas wieczorem). Początkowo wydawało nam się, że okolica jest dość podejrzana (wszystko było pozamykane, zabite dechami), ale z biegiem czasu okazało się, że jest to okolica pełna hipsterów i młodych ludzi. Nasze mieszkanko okazało się fantastyczne - bardzo przestronne i czyste, z widokiem na Manhattan i wyjściem na dach. Czego więcej chcieć? A co więcej, wynajmował nam je prawdziwy hipster z krwi i kości haha. 


Zostawiliśmy bagaże i udaliśmy się na Queens, gdzie przeszliśmy się wzdłuż linii 7 - czyli zaczęliśmy od wpływów indyjskich, przez Latinocity (gdzie nie można było się zupełnie dogadać po angielsku) aż do Chinatown. Skręciliśmy w okolicy 111st Street by przejść się przez Flushing Meadows Corona Park, gdzie nie tylko udało nam się zobaczyć budowle, których styl architektoniczny przypominał ten za czasów komunizmu, ale również odwiedziliśmy Queens Museum, gdzie nauczyliśmy się czegoś na temat New York World's Fair, które miało miejsce w 1964 właśnie na Queens (http://en.wikipedia.org/wiki/1964_New_York_World%27s_Fair - tutaj możecie więcej o tym poczytać). 


linia M w kierunku Manhattanu

Przerwa na lunch: Delhi Heights
Bardzo fajna sprawa, bo płacimy $10 i mamy cały dostępny bufet
(oferta tylko na lunch; w czasie kolacji cena wzrasta dwukrotnie)

Żebym ja teraz pamiętała te wszystkie nazwy potraw, których popróbowałam ...
Dobre, nawet bardzo - ale jeden taki wypad na indyjskie jedzenie wystarczy.



a to już Latinocity, wciąż wzdłuż linii metra 7
biedny Adrian i Magda ...
tyle wstydu im narobiłam.


Flushing Meadow Park

Flushing Meadow Park

Taaak nam jest wesoło

no i uśmiechnięta Magda






Wieczorem wróciliśmy do mieszkania, gdzie spotkaliśmy się z pozostałymi dziewczynami, które nie miały pojęcia, co robić z wolnym czasem i przez 5h siedziały w kawiarni :D Pozdro - nie ma to jak nudzić się w Nowym Jorku, co? Ale mniejsza, jak lubią, to niech sobie robią co chcą!
Wszyscy byli zmarznięci i postanowiliśmy, że zamówimy jakieś jedzonko i wyczilujemy się przy winie w mieszkanku. Było super sympatycznie i naprawdę bardzo dobrze będę to wspominać. Dziewczyny doszły do wniosku, że chcą się wyszaleć w sobotnią noc i przed 10 wyszły się pobawić na Williamsburg, a my z Magdą i Adrianem zgarnęliśmy kubełek lodów, rozsiedliśmy się wygodnie i zajadając waniliowe pyszności podziwialiśmy panoramę Manhattanu, rozpościerającą się za oknem. 
To są właśnie TE chwile, gdy człowiek chce by czas stanął w miejscu. Magia.

od lewej: Lisa, Anna, Caro, Magda


najepsiejsze winko z hipsterskich szklaneczek

no i jest jedzonko!

trochę niewyraźne, ale Manhattan jest
(Empire State Bldg była oświetlona na biało-czerwono <3)

Niedziela
Pobudka po 7.15.
Magda już się przygotowywała, a ja leniwie zrzuciłam nogi z łóżka i zaczęłam się zastanawiać, co tym razem przyniesie dzień, którego punktem kulminacyjnym miał być nasz pół-maraton (Festival of Lights). Ostrożnie przeszłam pomiędzy dmuchanym materacem, a kanapą, gdzie reszta dziewczyn spokojnie spała po wieczornym balowaniu. 
W 20 min byłyśmy z Magdą gotowe: buty - checked, ciepłe i wygodnie ciuchy - checked, spakowane śniadanie - checked! Nie było sensu jeść w mieszkaniu, gdyż czekała nas dość długa podróż metrem do miejsca, gdzie odbywał się pół-maraton. 
Wyszłyśmy z mieszkania i skierowałyśmy się w stronę Central Av St, gdzie pociąg M miał nas zabrać do linii L, a następnie do Union Sq, gdzie miałyśmy złapać R aż do Bay Ridge
Kawa. Zero problemów z pociągami. Biegacze w metrze. Pozytywnie

Na miejscu wylądowałyśmy jakoś po 9.30, co znaczyło, że mamy godzinkę na odebranie numerków i względne ogarnięcie się. Oczywiście, wypadałoby jeszcze skorzystać z toalety PRZED, ale kolejka do  toi-toi ciągnęła się przez całą ulicę i doszłyśmy do wniosku, że nie będziemy tyle czekać i poszłyśmy szukać czegoś na własną rękę haha. Funny as it may seem, udało nam się znaleźć łazienkę w ... spożywczaku. Nie sądzę, żeby była ona dostępna publicznie, ale chyba desperacja była widoczna na naszych twarzach, bo właściciel sklepu dał nam klucz, a potem życzył powodzenia na biegu haha.

Godzina 10.15.
Czas na ciemną czekoladę, wodę i rozciąganie. 

Godzina 10.30 - biegniemy!

Muszę przyznać, że trasa biegu była bardzo łatwa i niesamowicie malownicza ze względu na Verrazzano Bridge oraz bezpośredni kontakt z East River. Żadnych górek, czy nierówności sprawił, że miałyśmy bardzo dobre tempo z Magdą. Oczywiście wystartowałyśmy jako jedne z ostatnich i zupełnie nam się nie spieszyło, ale po 2 mili dałyśmy ostro do pieca (haha, uwielbiam to wyrażenie) i nie było osoby, która by nas wyprzedziła. Praktycznie przez cały bieg rozmawiałyśmy, podziwiałyśmy widok na Statuę Wolności i Dolny Manhattan. A największym komplementem i istnym kopem energetycznym była rozmowa z jedną z biegaczek w okolicach 11-12 mili, która uznała, że cały czas stara się nas trzymać, bo mamy super tempo (a to my próbowałyśmy doścignąć ją!) i gdy przyszło do ostatniej mili, to została w tyle i cały czas nas dopingowała. Jestem przekonana, że nie ukończyłybyśmy biegu z tak dobrym czasem (oczywiście, to bardzo osobiste), gdyby nie pozytywne wibracje wynikające ze wspólnego biegania oraz kontaktu z innymi biegaczami.
Mogę dumnie napisać, że miałam fantastyczną zabawę podczas swojego drugiego pół-maratonu, który ukończyłam w 1:56:48 i tym samym jest to mój osobisty rekord :-)

W drodze na miejsce - poubierane na cebulkę z kawą w ręku

rozgrzeweczka PRZED



mega pozytywne nastroje :-)

Adrian - Magda - ja - Vilma - Lisa - Anna - Caro

Na linii mety czekały nasze koleżanki, które wyściskały nas i pomogły w sprawach organizacyjnych po  biegu. Zjadłyśmy bajgle, wypiłyśmy gorącą czekoladę i udaliśmy się (dołączył też Adrian) do metra. W drodze na Bushwick oprócz próby regeneracji sił, udało nam się też wymienić kilkoma cennymi spostrzeżeniami na temat tego całego doświadczenia au pair, Nowego Jorku i społeczeństwa jako-takiego. Co najważniejsze, udało nam się znaleźć odpowiednie słowo, które w 100% oddaje istotę mojego roku tutaj. Otóż proszę Państwa, jest to przymiotnik 'thirsty'.
Jednakże, nie ma to nic wspólnego z potrzebami natury czysto fizycznej/fizjologicznej, a z głodem wiedzy oraz doświadczeń ('thirsty for knowledge'). Osobiście czuję wieczny niedosyt w podróży - chciałabym doświadczyć w pełni tego, co oferuje dane miejsce. Ma to bardzo mało wspólnego z tym, co widzimy na ekranach TV, czy czytamy/przeglądamy w Internetach. Mam na myśli malutkie rzeczy, wydawałoby się, że zupełnie codzienne i naturalne, ale które w pełni oddają charakter danego miejsca i wpływają na to, iż w nas samych zachodzą pozytywne zmiany.

Czy już wspominałam, że kwintesencją Nowego Jorku jest metro i osobistości, które możemy tam spotkać?
Otóż zmierzaliśmy w stronę Essex St linią M, która przebiega przez Williamsburg Bridge i pozwala na chwilę refleksji dzięki widokowi na Manhattan. Nagle zagadał nas jakiś blond chłopaczek, który okazał się studentem 'fashion and design' z własnym mieszkaniem na Upper East Side (pozdro!!!) i który podzielił się z nami PRAWDZIWYMI historiami z nowojorskiego metra, który dla Nowojorczyka jest podstawowym środkiem transportu . Daruję sobie szczegółów na temat kobiety, która zaczęła się dosłownie myć na środku pociągu, czy drag queen, szukającej/ego poklasku, a  co jej/jemu zafundowali, to dość niesympatyczny wyjazd z pociągu. No i nauczyliśmy się jednej rzeczy: jeśli cały pociąg jest zapchany i w jednym wagonie nie ma praktycznie nikogo może to oznaczać tylko jedno. Kupę. Dosłownie. Na tym poprzestanę, bo aż mi się słabo robi na samą myśl :P

Dotarliśmy na Penn St bez problemu. Gdyby nie fakt, że pociągi jeżdżą jak chcą, udało nam się wsiąść w C, gdzie w teorii nie powinien jeździć i tym samym udało nam się zdążyć na nasz NJ Transit kierunek - Dover! 

Godzina 18.15 - New Jersey
Pociąg zatrzymując się, wydał charakterystyczny syk, tym samym oznajmiając, że dotarliśmy na miejsce i moje wielkie nowojorskie urodzinowanie dobiegło końca. Jednak, czy na pewno ... ?
Po powrocie do domu czekała na mnie ogromna niespodzianka - moja host rodzinka przygotowała kolację, a potem było ciasto i prezenty. Gdy przyszło mi zdmuchnąć świeczki, to tak naprawdę nie miałam jednego konkretnego życzenia w głowie. Co więcej, jestem tak szczęśliwa tutaj - na tle 'zawodowym' i osobistym, że cały czas żyję moim American dream. 

happy bday!


oh, będzie mi tych potworków brakować :-(
Co mogę więcej powiedzieć?
Dziękuję wszystkim za przepiękne życzenia. Fenomenalnych przyjaciół. Cudowne chwile w Nowym Jorku. Fantastyczną host rodzinkę.

A teraz pakuję manatki, bo ... wyjeżdżamy do zasypanego Buffalo, gdzie wraz z rodzinką spędzę Thanksgiving (aaa, super excited!!!)

Trzymajcie się cieplutko, do następnego
M





10 komentarzy:

  1. Ale te Twoje dzieci sa duze ! Gratuluje biegu ! :) i tak sobie patrze na Twoje zdjecia, w szaliku, emu i czapce i mysle sobie, ze mam szczescie na tej mojej norweskiej Majorce bo caly ostatni miesuac jest kolo 10 stopni i poginam w swetrze :D do Swiat moze dobijemy do 4 stopni na plusie, to ubiore czapke :D i zazdroszcze Ci zasypanego Buffalo :) ja snieg to moge sobie w telewizji zobaczyc :D chociaz nie, w niedziele bylisny z chlopakiem w gorach i widzialam 5 cm warstewke sniegu na poboczu :D stoo lat, stooo lat niech zyje zyje naaaaam, stoooo laaaat, stoooo laaaaaat, niech zyje zyje naaaaaaaaam, jeszcze raz jeszcze raz, niech zyje zyje naaaaaaaaaaaaam, nieeeeeeech zyyyyjeeee naaaaaaam! A kto? Martusia! :) buziaki :*:*:*

    OdpowiedzUsuń
  2. Wszystkiego Najlepszego! Ale powiem Ci, ze jak Ci ten chleb z cheescake smakuje to jednak jesteś juz trochę amerykańska :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetny post, czytało się z przyjemnością!! ;))

    OdpowiedzUsuń
  4. Mogłabyś napisać posta o twojej przygodzie z bieganiem? Jak i od czego zaczynałaś? Chciałabym się za to zabrać, ale ciągle coś mi staje na drodze... a wiem, ze to takie głupie wymówki;/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No prob! Następny post przygotuję o bieganiu :-)

      Usuń
  5. Jak zwykle bardzo dużo ciekawostek i zdjęć :)
    Mam nadzieję, że kolejny rok będzie obfitował w tyle samo, albo i więcej przyjemnych wydarzeń.

    Pozdrawiam mega pozytywnie

    OdpowiedzUsuń
  6. Wiadomo - rzeczy materialne mają się nijak do przyjaciół :-). Bardzo fajny post, jak zawsze!
    No i wszystkiego najlepszego raz jeszcze!!!

    OdpowiedzUsuń
  7. Tez ostatnio się zastanawiałam nad rodziną, naszym kontaktem i jak to będzie, kiedy będę musiała ich zostawic. To chyba najdziwniejsze uczucie na świecie, ze jestes tylko na chwilę, a potem przyjdzie ktoś, zeby Cię zastąpic. Ale to juz dłuzszy referat. 23 lata to powaznie straszny wiek, Matko Bosko, tez mnie to niedługo czeka. Mam nadzieję, ze kazde Twoje nowe marzenie będzie się spełniało tak dobrze jak to :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Mogę zapytać dlaczego nie zostajesz na drugi rok?:)
    a kolejne pytanie: Jak doszłaś do tego momentu gdzie półmaraton to pestka?:>

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie zostaję na drugi rok, bo ktoś kiedyś uwierzył w moje marzenie o życiu w Stanach i teraz moja kolej by wesprzeć ludzi mi bliskich w realizacji ich marzeń w Polsce :-)

      Pół-maraton to nie jest pestka i raczej nigdy nią nie będzie. Żaden bieg nie jest pestką tak naprawdę :-) Bieganie jest przyjemnością samą w sobie, ale też ogromnym wysiłkiem dla organizmu. Dzięki sumiennym treningom, cierpliwości i przezwyciężaniu mniejszych i większych trudności możemy dojść do etapu, gdy bieganie sprawia więcej przyjemności niż udręki hihi :-)

      Usuń