środa, 2 października 2013

Fall is much more positive here


Przed napisaniem tej notki szczególnie nic ciekawego się nie działo, więc powoli chciałam coś stworzyć na temat pewnych praktycznych informacji dot. Włoch. Nawet zaczęłam co nieco pisać na temat jedzenia tutaj w sercu półwyspu Apenińskiego, ale przyszedł weekend i TYYYLE się wydarzyło :)

Zeszły tydzień był tygodniem bardzo pracowitym. Praktycznie nie miałam w ogóle czasu na to by usiąść i ponarzekać nad czymkolwiek. Wpadłam w bardzo pozytywną rutynę, bo codziennie rano wstawałam z zamiarem porannego joggingu i ćwiczeń. Ba, w większości przypadków udało mi się to zrealizować. A z drugiej strony, aż chce się biegać, gdy za oknem piękna pogoda i jest gdzie wyruszyć w trasę. Kilka zdjęć:








Generalnie sportowy outfit we Wloszech jest czesciej spotykany niz taki styl casual.
Innymi slowy - styl sportowy i wszelaka outdoor'owa aktywnosc jest bardzo na topie :)

OK, w czwartek już myślałam tylko wyłącznie o weekendzie, bo stęskniłam się za życiem w mieście, wśród ludzi i gdzie wszystko jest na wyciągniecie ręki. Nadszedł piątek godzina 16.30 – juhu! Czas w drogę. Wraz z host mam i dziewczynkami pojechałyśmy do Casalecchio di Reno, gdzie dzieciaki chodzą na basen i skąd jest o rzut beretem do Bolonii komunikacją miejską. Dotarłam na miejsce jakoś w okolicach 17.30 i od razu umowilam sie na spotkanie z Gabs. Doszłyśmy do wniosku, że to bez sensu, żeby przyjeżdżała tylko na godzinę, by zdążyć na ostatni autobus do domu, więc przenocowalam ja u siebie w mieszkaniu rodzinki. Jak się okazało, podczas prac renowacyjnych w mieszkaniu elektryk całkowicie wyłączył prąd, więc jedynym źródłem światła były latarki w telefonach. Jak się cieszyłam, że G zostaje, bo bym chyba dostała kręćka w tym ogromnym, starym i ciemnym mieszkaniu, gdzie ponad stuletni zegar „odzywa się” leniwym głosem co 15 min. Wraz z G pochodziłyśmy po Piazza Maggiore, zahaczyłyśmy o Via Zamboni i najlepszy deal naszego życia, czyli 2 mojito za 6 Euro, a równo o północy poszłyśmy na najlepsze lody świata, by zacząć świętować urodziny G.
Na drugi dzień wyruszyłyśmy na ponad 4h spacer do San Luca. Gaby wzięła jeszcze jednego znajomego, więc poszliśmy we trójkę. Najpierw dotarliśmy do samego centrum, potem skierowaliśmy się na Porta Saragossa i tak naprawdę trzeba było dojść do samego końca ulicy, skąd przez Meloncello Arch górę prowadził okropnie długi i zabytkowy korytarz zlozony z ponad 600 łukow (tak, były ponumerowane!) i nawet nie wiem iloma tysiącami schodów. Uff, po ponad godzinie dotarliśmy na szczyt.







Wracając – zgłodnieliśmy. Ale jako, że była to pora sjesty wszystko było zamknięte oprócz jedynej pizzerii (nasz best!) na Strada Maggiore, zaraz naprzeciwko Due Torri. Pożegnaliśmy się i umówiliśmy na wieczór by świętować urodziny Gabs.
W okolicach 20 miałyśmy się spotkać z G przed Fontana del Nettuno. Ogromnym zbiegiem okoliczności wpadłam na Stefano, który mieszka jakieś 20km pod Bolonią i który wraz ze znajomym oprowadzali dwie Polki z couchsurfingu. Gdy w końcu miałam okazję pogadać po polsku, to od razu mi się odechciało patrząc na ich miny, kiedy się dowiedziały, że i ja jestem Polką. Wtedy przypomniałam sobie, dlaczego tak strasznie chciałam wyjechać z naszego pięknego kraju. Tia, niby spędziłyśmy potem wieczór razem, ale nie zamieniłyśmy praktycznie żadnego słowa, a jak już coś powiedziałam, to mina typu „mam głęboko gdzieś kim jesteś i obchodzi mnie wyłącznie czubek własnego nosa” bardzo skutecznie odstraszyła mnie od tych dwóch dziewczyn.

OK, ale przechodząc do meritum. Dzięki temu przypadkowemu spotkaniu umówiliśmy się w English Empire w okolicach 21 by móc razem posiedzieć i poświętować urodziny Gabs. Zanim jednak wszyscy spotkaliśmy się w EE, wraz z Gaby i au pairką z Austrii – Johanne poszliśmy na … mohitto! Tak, znowu :D Ale tym razem na jednym się nie skończyło i generalnie było bardzo wesoło. Doszłysmy do wniosku, że nie możemy zmarnować takiej szansy, gdy mamy ze sobą nejtiva und wir haben Deutsch gesprochen :D  Tak, nigdy w życiu nie byłam zmotywowane do nauki języków tak jak tu. Kogokolwiek nie spotkam zna 3-4 języki i włada nimi bez zadnych problemow. Dlatego postanowiłam wrócić do niemieckiego, skupić się na szwedzkim i odświeżyć zapomniane słownictwo z angielskiego :)

z Johanne, poczatek wieczoru :) wielkim zbiegem okolicznosci mialysmy dokladnie
te same bluzki :D
Next, oczywiście nauczyłam się tutaj spóźniać (niemożliwe co?), więc i do EE dotarłyśmy PO czasie. Nie wiem jak to się stało, ale nagle uzbierało się tyle ludzi i nasza grupka powiększyła się do ogromnych rozmiarów. Miałam oczywiście swojego Guinessa (5 Euro …. O.o), który był całkiem ok, a reszta cóż … What happens in Bologna, stays in Bologna ;)

mniej wiecej wszyscy. Na poczatku wieczoru znalam tylko Gabs i Stefano,
wiec ja nie wiem jak udalo mi sie uzbierac tylu nowych znajomych :D

Z Gaby wróciłyśmy po 4 do domu i od razu padłyśmy spać. Jednak, nie pospałyśmy długo, bo już o 7.30 trzeba było wstać, bo moja rodzinka zaplanowała malowanie mieszkania, więc musiałyśmy być w miarę ogarnięte przed ich przyjazdem. Gaby poszła na autobus, a ja zakasałam rękawy i wraz z HM i HD malowaliśmy mieszkanie. Super było to, że w połowie pracy zamówiliśmy pizzę (jezu znowu…) i HD kupił też colę, która okazała się być „bez środków konserwujących” – dokładnie, nie wiem jak to możliwe, ale kupił pyszną polską colęęęę :D Niby to tak strasznie brzmi, że poświęciłam dzień wolny by malować jakieś mieszkanie – ale sęk w tym, że dla mnie przebywanie z Anną i generalnie rodzinką w żadnym stopniu mnie nie męczy. Oczywiście, potrzebuję od nich też odpocząć, ale chodzi mi o to, że jak Anna mnie o coś poprosi, bym jej pomogła w danej czynności nawet kosztem dnia wolnego, to nawet się nie zastanawiam, bo oni bardzo często dostosowują się do mnie i generalnie nie wyobrażam sobie, że można być bardziej flexible.
Wczoraj generalnie byl dosc ciezki wieczor dla rodzinki i Anna zostawila mi karteczke, ze przeprasza za dziwna sytuacje zeszlego wieczoru, na co ja napisalam jej smsa, ze nie o czym mowic i ze zawsze moze na mnie liczyc. Anna odp tylko: 'In Italy we write TVB -Ti voglio bene = I love you' i wlasnie takie malenkie rzeczy sprawiaja, ze na nowo chce mi sie zyc i cieszyc z tego, co mam :)

To mi tez dało do myślenia w związku z moja amerykańska rodziną. Bo tutaj we Włoszech jest ta moja prawdziwa host rodzinka i uzmysłowiłam sobie, że nie wyobrażam sobie, że mówiąc o rodzince w USA będę używała wyrażeń host mam i dad. Pewnie i tak zmieni mi się troszeczkę perspektywa, ale na dzień dzisiejszy zaczynam mieć obawy, że się rozczaruję jak tam przyjadę, bo będę ich ósmą au pair i że no hmm – kolejną. A tu jestem traktowana jako ta szczególna, która stała się autentycznie częścią rodziny ...
BTW, dziewczyny kochane! Napisalam dzisiaj wiadomosc do agencji w sprawie wizy, bo zastanawialam sie, czy lepiej starac sie o nia w Warszawie, czy w Krakowie (mimo tego, ze slyszalam o jakims perfidnym konsulu). Prosze jaka odpowiedz dostalam:


'Zdecydowanie polecam ambasadę w Warszawie, nie w Krakowie. Nie możemy Ci zagwarantować na 100%, że dostaniesz wizę, aczkolwiek nie powinno być z tym problemu generalnie. Spwodowane jest to tym iż w Warszawie pracują bardziej kompetentni konsulowi, którzy lepiej znają nasz program i zasady w nim obowiązujące, w odróżnieniu od Krakowa.Dlatego zdecydowanie rekomenduję Ci Warszawię, nie Kraków. Zaoszczedzisz sobie wielu stresów.'


To tyle. AAA! Słyszałam, że u nas w PL jesień zagościła na dobre? Tutaj także. W niedziele i poniedzialek padalo, a cale Rasiglio bylo spowite mgla, co przypominalo sceny z fenomenalnej ksiazki King'a:


Wczoraj pogoda sie juz polepszyla i wraz z Anna pojechalismy do Casalecchio odwiezc dziewczynki, a nastepnie przejsc sie na spacer. To znaczy, ja bylam przekonana, ze to zwykly spacer po miescie, wiec sie ubralam w stylu 'miejskim'. Jak sie okazalo, byl to 100% trekking. Przeszlysmy jakies 4-5km i udalo nam sie dotrzec az do San Luca jakby z drugiej strony. Cos pieknego.



A dzisiaj i jutro mam woooolne, oh yeah :D Oprocz porannego biegania, zrobieniu prania i powierzchownego wysprzatania kuchni - CHILL OUT! Siedze w pizamie przed komputerem i uwierzcie, ze to wlasnie ten dzien, kiedy mozna sie byczyc bez zadnych wyrzutow, pic kawe i jesc nutelle przy ulubionym serialu #thesuits. Pozdrowka i mam nadzieje, ze wprawilam Was w rownie czilautowy nastroj. 



Keep tight,
M

6 komentarzy:

  1. Widzę, że działo się całe mnóstwo rzeczy :-) świetnie, im więcej tym lepiej.
    Zdjęcia bardzo fajne choć zapewne nie oddają prawdziwej atmosfery tych miejsc.
    Pozdrawiam Paweł Zieliński

    www.twojwybortwojaprzyszlosc.pl

    OdpowiedzUsuń
  2. Ehh Boże, na prawie każdym blogu piszę to samo i chyba milion razy już Ci to mówiłam, ale powtórzę - zazdroszczę pogody!!!!

    Bardzo fajnie czytało się tę notkę :). Ale że nauczyłaś się spóźniać... Nieźle :D.

    OdpowiedzUsuń
  3. Zawijane, pozakręcane... Ahhh to życie we Wloszech! :) BTW, czy kiedykolwiek spotkam kogos, kto przekona mnie i mega zmotywuje do biegania??? Wiele razy probowalam, ale ciagle tego nienawidze ;/ ehh... a tak zazdroszcze ludziom, ktorzy uwielbiaja jogging!!! :(((
    Trzymam kciuki za wize! ogolnie chcialam jechac do krk, ale widze, ze wwa lepsza, wiec raczej zmienie zdanie (jesli juz znajde family i bede musiala wybierac ofc ^^)
    Poza tym moim zdaniem teraz sobie nie wyobrazasz innej HF, ale... podejrzewam, ze jesli juz przyzwyczaisz sie do rodzinki z usa, to bedzie ci lepiej :) Zawsze poczatki sa ciezkie, zwlaszcza, ze to nie bedzie twoja pierwsz aHF, jednak wierze, ze bedzie ok! :) :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. oj ja nie znosilam biegac :P Az w koncu sie zmobilizowalam sie, wzielam udzial w biegu przelajowym i koniec, uzaleznilam sie :)

      Usuń
  4. ja miałam zamiar biegać, ale przez miesiąc biegałam dwa razy ;x
    kocham te okrągłe ciasteczka waniliowo-czekoladowe :D

    pozdrowienia z Mediolanu :)

    OdpowiedzUsuń
  5. dokładnie ;c tu tak samo parszywie, pochmurnie, deszczowo i zimno :(( wybierasz się może do Mediolanu? jak będziesz się wybierała to napisz, mogę robić za przewodnika :D

    OdpowiedzUsuń